e4

Biblioteka dietetyka #2

Mam głowę pełną pomysłów na wpisy. W kolejce czeka chociażby PCOS, Metformina, moje treningi, nawodnienie, polecane produkty z supermarketów czy interpretacja badań laboratoryjnych (jeśli macie jeszcze jakieś życzenia, piszcie proszę w komentarzach). Niestety, ze względu na pracę, treningi, a przede wszystkim studia i naukę zaczyna brakować mi doby. Odpowiednia ilość snu jest jednak dla mnie rzeczą świętą i siedzenie po nocach przy komputerze zdecydowanie odpada. Moje nadnercza są najważniejsze! Zrobiłam jednak rachunek sumienia i po sesji postaram się lepiej zarządzać swoim czasem. Myślę, że zyskam chociaż godzinę dziennie, jeśli zrezygnuję (no dobra, ograniczę!) z przeglądania Snapchata czy InstaStory i wpisy będą pojawiać się częściej.

Czytaj dalej

owoce1

Owoce w diecie

W mojej diecie nigdy nie brakowało owoców. Pod każdą postacią. Zarówno świeżych jabłek czy bananów, które mama dawała mi do szkoły, soków z kartonika, ale i dżemów, które jadłam do kanapek na przemian z białym i żółtym serem, bo nigdy nie znosiłam szynki. Szczególnie latem potrafiłam zjeść codziennie z kilogram owoców. Z niecierpliwością czekałam na sezon na truskawki, maliny, jagody, arbuz czy czereśnie. Owoce traktowałam jako przekąski, jadłam je między „głównymi” posiłkami, a gdy zaczęłam trenować siłowo piłam zblendowane z białkiem w potreningowym shake’u. Nie ograniczałam się. Jadłam owoce rano, popołudniu i po kolacji, mimo zaleceń czytanych w kolorowych gazetach dla kobiet. Nie miałam żadnych problemów z wagą, więc nie zastanawiałam się, czy robię dobrze, czy źle. Zresztą mama od dziecka powtarzała mi, że owoce mają dużo witamin i trzeba je jeść. Z czasem jedynie zrezygnowałam z dżemów, soków, czy owoców z puszki, bo zaczęłam bardziej przykładać uwagę do tego, co jem i zrozumiałam, że lepiej sięgnąć po świeży owoc niż poddany obróbce, pozbawiony błonnika i z dodatkiem syropu fruktozowo-glukozowego.

owoce8
Nikt się nie oprze :)

Borówki – 8,0g węglowodanów/100g.

Czytaj dalej

ja

Drugi oddech

Budzę się około 6:00, ale nie muszę tak wcześnie wstawać. Mogę podrzemać jeszcze z godzinę. Łykam więc Letrox i kładę się z powrotem do łóżka. Rzadko kiedy mam nastawiony budzik. Chyba, że gdzieś jadę lub mam zaplanowany wcześnie rano trening personalny i nie chcę się spóźnić. Większość podopiecznych preferuje jednak popołudniowe godziny. Po pracy. Tak, jak ja, zanim w czerwcu tego roku odważyłam się w końcu przewrócić swoje życie do góry nogami.

Praca w Górniku była moim marzeniem. Kiedyś myślałam, że przy Roosevelta będę pracować do emerytury. Naprawdę. Włożyłam sporo serca w encyklopedię „WikiGórnik”, Akademię Górnika, obsługę biura prasowego, klubową telewizję, media społecznościowe. Jeździłam za zespołem po całej Polsce. Byłam na zagranicznych obozach przygotowawczych. Chodziłam na wszystkie mecze juniorów. Roosevelta było moim drugim domem. Całe moje życie było podporządkowane pod terminarz rozgrywek. Z gorączką, pomimo rodzinnego spotkania czy kosztem snu. Zawsze byłam do dyspozycji. A przynajmniej za czasów trenera Adama Nawałki. Później przez rok byłam jeszcze rzecznikiem prasowym i było to dla mnie cenne doświadczenie, choć z perspektywy czasu myślę sobie, że zostałam wrzucona na zbyt głęboką wodę. Kto nie przyjąłby jednak takiej propozycji?! Po roku zrezygnowałam. Pewnie powinnam była już wtedy odejść z klubu. Pracowałam jeszcze przez rok, by ostatecznie w czerwcu odrzucić propozycję nowej umowy. Oczywiście, to była bardzo trudna decyzja. Miałam chwile zawahania. Uznałam jednak, że to najlepsze rozwiązanie dla mnie i dla klubu, który po spadku z Ekstraklasy potrzebował świeżej krwi, a ja nowego bodźca do działania. Po siedmiu latach czułam się wypalona. Od lipca prawie w ogóle nie wchodzę ani na stronę internetową klubu, ani nie jeżdżę na mecze. Wiadomo, utrzymuję kontakt z wieloma ludźmi związanymi z klubem i których dzięki niemu poznałam, ale raczej prywatnie. Może wiosną wrócę na trybuny. Jak nabiorę dystansu. Nie znaczy to oczywiście, że nie interesuje się już w ogóle piłką nożną. Kibicem byłam, jestem i będę. Tylko już nie marzę o byciu najpopularniejszą dziennikarką sportową w Polsce. Kariera mnie już nie interesuje.

Jesienią byłam jedynie spikerką w IV-ligowym klubie. Miałam pomóc zaprzyjaźnionemu trenerowi na jednym meczu, ale zostałam na całą rundę. Mam nadzieję, że wiosną terminy też się zgrają z moimi zjazdami na studiach.

Czytaj dalej

cho4

Pierniczki last minute!

Jak Wasze przygotowania do Świąt? U mnie prawdę mówiąc bez stresu. Nawet choinki nie ma komu w domu postroić. W tym roku nie gościmy nikogo przez Święta. Tata dopiero co wrócił ze szpitala. Mama też raz czuje się lepiej, raz gorzej. A mnie dopadł jakiś wirus i cały wtorek przeleżałam w łóżku ze strasznym bólem brzucha. Jakby mi ktoś odciął prąd. Dziś na szczęście już dużo lepiej. W każdym razie nie ma żadnego przedświątecznego szaleństwa. Zupa z głów karpi wystarczy mi do szczęścia. Plus miska orzechów. Totalny minimalizm.

cho1

Nie będziemy mieć dużej zielonej choinki w domu. Za to pojawiła się… szklana, którą tata dostał w prezencie na urodziny od siostry. Kasia wypełniła ją owocami, ciastkami i cukierkami, które rodzice zdążyli już zjeść. Postanowiłam więc upiec i włożyć do niej pierniczki.


W ubiegłym roku piekłam pierniki z batatów (zobacz przepis tutaj).

W tym roku zmodyfikowałam jakiś przepis znaleziony w Internecie, aby było bezglutenowo, bo tej zasady cały czas się trzymam, jeśli chodzi o moje żywienie. Jest tak prosty, że postanowiłam się nim podzielić, gdyby ktoś chciał robić jeszcze pierniczki last minute!

Czytaj dalej

miejski_chirurgia

Skierowanie do szpitala

Zjazd na uczelni za mną, kolokwia zaliczone, w poniedziałek i wtorek odpoczywam od nauki. Tak, tak, tylko w te dwa dni, później mam już rozpisany cały plan działania na najbliższe cztery tygodnie. Muszę ogarnąć notatki z wykładów do egzaminów z anatomii, fizjologii i biochemii (sic!) i przygotować się do pięciu kolokwiów, w tym z fizjologii układu pokarmowego. Trawienie, wchłanianie, hormony żołądkowo-jelitowe, rola wątroby – kto wie, o czym mówię, ten rozumie moje przerażenie. Do tego biochemia, angielski, organizacja i podstawy prawne pracy dietetyka i… (uwaga!) wychowanie fizyczne. Tak, mamy zaliczenie z teorii. Czym charakteryzuje się rekreacja fizyczna i jak wpływa na zdrowie? Po co stosujemy odżywki węglowodanowe? Według Ciebie, jakie formy aktywności ruchowej najkorzystniej wpływają na wygląd ciała? Wskaż urządzenia treningowe, na których kształtujemy uda i pośladki. Odpowiedzi na takie i podobne pytania musimy sobie przygotować. Wiadomo, mogłabym pójść z marszu na takie zaliczenie, ale to nie w moim stylu, więc przynajmniej muszę sobie przemyśleć odpowiedzi.

Na szczęście na zajęciach mogę realizować swój plan treningowy. Tutaj zdjęcie po piątkowym treningu nóg i pośladków.

Chociaż nie, nauka od czwartku. W środę muszę z rana pojechać do Piekar Śląskich do Szpitala Miejskiego i zawieźć swoje skierowanie.

Czytaj dalej

lokalny

Lokalny Rolnik

Dwa kroki od mojego domu znajduje się targowisko miejskie, na którym robię zawsze zakupy. Obok siłowni mam drugie. Świeże warzywa, owoce, jajka, kasze na wagę, a także mięso i ryby. Znam już większość sprzedawców. Wiem, którzy mają najlepsze produkty. Po znajomości zostawiają mi zawsze w czwartek i w sobotę lepszy towar „spod lady” w dobrej cenie. Nie każdy ma jednak taki komfort pracy, że może wyskoczyć z rana na targowisko. Około 13:00-14:00 zazwyczaj nie ma już śladu po straganach. Stoiska mięsne czy rybne już około 10:00 świecą pustki (przynajmniej tak to wygląda u mnie). Fakt, w promieniu kilometra znajduje się Biedronka, Lidl, Carrefour i Kaufland, jednak sporo osób robi zakupy jednak na targowisku. Nie powiem, w supermarketach jakość produktów jest coraz lepsza, jednak produkty z lokalnego bazarku smakują inaczej.

Świetnym rozwiązaniem dla osób, które pracują, nie mają możliwości robienia zakupów na bazarku, ani rodziny na wsi, od której dostają świeże jajka czy mięso z własnego chowu jest inicjatywa „Lokalny rolnik”. Słyszeliście o niej? To wirtualne targowisko, na którym można kupić zdrowe jedzenie bez chemii i konserwantów od lokalnych dostawców. Jej inicjatorami są Sylwia i Andrej Modic, których córka choruje na autyzm i ma silną alergię na konserwanty. Nie mogąc znaleźć dla swojej córki odpowiednich produktów w najbliższych sklepach, postanowili stworzyć inicjatywę grupowych zakupów dla osób świadomych, dbających o zdrowie, pasjonatów kulinarnych oraz wszystkich tych, którzy szukają dla siebie nowych rozwiązań w dziedzinie filozofii żywienia. Całą historię powstania „Lokalnego rolnika” możecie przeczytać tutaj.

Warto śledzić profil „Lokalnego rolnika” na Facebook’u – kliknij tutaj.

Czytaj dalej