Smak zwycięstwa

Jestem przekonana, że oglądając ceremonie wręczania medali na olimpiadzie, czy też radość zawodników po wygranych meczach nie raz wyobrażaliście sobie siebie w takiej sytuacji.  – To musi być niesamowite uczucie – myślałam, patrząc na zwycięzców. Ta nutka zazdrości i oczywiście ogromny podziw dla nich towarzyszyła mi przez wiele lat.

Nigdy nie zostaną mistrzynią świata ani nie zagram na Stadionie Narodowym w zwycięskim meczu reprezentacji Polski. To niesamowite uczucie związane z wygraną, przekroczeniem kolejnej bariery swoich możliwości i pokonaniem siebie poznałam już jednak doskonale. Codziennie czuję się mistrzem! Po każdym treningu na siłowni!

„Smak zwycięstwa” to jeden z powodów, dla których praktycznie codziennie można mnie spotkać na siłowni.

Niestety, jako dziecko nie chodziłam ani na tenisa, ani nie trenowałam siatkówki. Nie grałam na skrzypcach. Przez rok chodziłam tylko dodatkowo na język niemiecki. Fakt, zawsze miałam świadectwo z czerwonych paskiem, ale nie byłam najlepsza w szkole. Otrzymywałam różne wyróżnienia i nagrody, ale bycie „kujonem” nigdy nie oznaczało uznania w oczach reszty. Raczej z tego powodu byłam traktowana troszkę gorzej. Chyba, że był sprawdzian i trzeba było kogoś poprosić o pomoc, to wtedy zawsze okazywałam się potrzebna. Podobnie, jeśli chodzi o przepisanie zadania domowego. Najbardziej dało się to odczuć w gimnazjum. Mniej w liceum. O studiach nie mówię, bo tam to raczej ja liczyłam już na innych. Brakowało mi motywacji.

Inaczej zawsze podchodziło się do tych uczniów, którzy osiągali sukcesy w sporcie. Wygrywali zawody, zdobywali medale na międzyszkolnych zawodach. Wszystkie oczy dziewczyn były skierowane na chłopaków z klasy sportowej. Mimo, że nie grzeszyli ocenami i najlepszym zachowaniem zawsze byli w centrum uwagi. Wszyscy ich lubili.

Nie powiem, zazdrościłam im trochę. Najbardziej tych medali, dyplomów, pucharów. Wejście na podium, czy wygranie meczu to musi być przecież wspaniałe uczucie. Nawet jeśli to „tylko” zawody w szkole, w mieście.

Mam dużą wadę wzroku i okulista kiedyś powiedział mi, że zbyt duży wysiłek fizyczny może spowodować utratę wzroku. Nie zapisałam się więc na żadne sportowe zajęcia. Przez krótki czas chodziłam jedynie na kung-fu, ale to w okresie przerwy od działalności w harcerstwie. Byłam ogólnie rzecz biorąc mało aktywna fizycznie.

Nie zmienia to faktu, że sportem interesowałam się od dziecka, bo starszy brat grał w piłkę, więc chodziłam na jego spotkania. W 2003 roku pojechałam na pierwszy mecz Górnika. Kibicowałam też koszykarzom i siatkarzom. Namiętnie oglądałam skoki. Cztery lata temu zaczęłam pracę na Roosevelta. Od tego czasu przeżywam każde zwycięstwo i każdą porażkę. Pierwszego zespołu, rezerw, drużyn młodzieżowych. Opisując ich sukcesy, mam wrażenie , że uczestniczę w tworzeniu historii klubu. To dla mnie ogromne wyróżnienie i powód do dumy.

Obrazek
Ze srebrnymi medalistami Bartkiem Pikulem i Bartkiem Poloczkiem.

Z każdym kolejnym zwycięstwem, kolejną strzeloną bramką, zdobytym przez chłopaków pucharem coraz bardziej chciałam poczuć na własnej skórze , co to znaczy smak zwycięstwa. I udało się!

Fakt, nie od razu, bo na siłownię chodzę już dobre parę lat. Dopiero jednak, kiedy ostatecznie zmobilizowałam się i powiedziałam sobie, że czas najwyższy wziąć się za siebie i rozpoczęłam współpracę z trenerem Sebastianem Kotem po każdym treningu czuję się zwycięzcą.

Każdy pobity rekord ciężaru w przysiadzie to moje osobiste mistrzostwo świata. Przeżyty crossfit jest jak złoto na olimpiadzie. Kolejny przebiegnięty kilometr daje mi tak dużą satysfakcję, jak zwycięstwo 3:0 nad największym rywalem.

Oczywiście, są też ciemne strony. Czasem nie jestem w stanie wstać z łóżka z bólu po dobrym treningu nóg. Czasem mam dość rutyny i morderczej pracy i chciałabym po prostu leżeć i nic nie robić. To byłaby jednak moja porażka. A ja się nie zamierzam poddawać! Dopóki odczuwam smak zwycięstwa, nic nie jest w stanie mnie przekonać, by sobie odpuścić.

Nie spałam dzisiaj pół nocy. Tak bolały mnie nogi po wczorajszym treningu. Jak tylko opublikuję post, idę na siłownię. W planie bieganie na powietrzu, o ile pogoda pozwoli i interwały na rowerku spinningowym. Dwie godziny szczęścia!

Reklamy

One thought on “Smak zwycięstwa

  1. Pingback: Coś się kończy, coś się zaczyna | JOANNA HAŚNIK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s