Równowaga

Ostatnie kilka tygodni to był dla mnie wyjątkowo trudny czas na siłowni (i poza nią, ale to już inny temat). W sumie – zmarnowany. Męczyły mnie choroby i urazy. Miałam przymusowe przerwy, potem wracałam do pełnych obciążeń, by znów za chwilę siedzieć w domu. To było bardziej męczące, aniżeli 7 dni treningowych w tygodniu. Popełniłam kilka błędów, ale najważniejsze, że wyciągnęłam odpowiednie wnioski i mam nadzieję, że będzie lepiej :)

Sauna w dni wolne
W poprzednim miesiącu miałam karnet w pakiecie z sauną. Po jednym z crossfit’ów byłam strasznie zmęczona. Zamiast dodatkowego treningu cardio postanowiłam się zregenerować i pójść na saunę. To był duży błąd. Już w trakcie treningu obciążyłam mięśnie, a na saunie dodatkowo je dobiłam. Rozgrzanie powoduje bowiem rozszerzenie naczyń krwionośnych i tym samym uszkodzenie mięśni na skutek większego wynaczynania krwi. Zamiast przyspieszyć, spowolniłam swoją regenerację. Co więcej, zgrzana wyszłam na dwór. Do domu mam 5 minut drogi, ale i tak na drugi dzień wstałam z katarem i bólem gardła… Nie wiem, czemu mi się wydawało, że sauna po treningu jest dobra. Bo piłkarze tak robią? Nie wiem, ale zawsze po wizycie po treningu na saunie byłam chora. Obwiniałam jednak swój brak odporności.

W każdym razie, teraz chodzę do sauny tylko w dni wolne od treningu. Najchętniej do Aquadromu w Rudzie Śląskiej – Halembie. Seans w saunie suchej, sauna parowa, jacuzzi, wanna z lodowatą wodą, okłady z lodu i relaks na podgrzewanym łóżku. Najlepiej z Karoliną, żeby przy okazji się nagadać :) Obiecałam sobie, że będę starała się chodzić na saunę raz w tygodniu. Aquadrom to wydatek rzędu 30zł, a nie mam karty Benefit, ani OK System. Dzisiaj, w ramach prezentu na „Mikołaja” rozszerzyłam sobie więc karnet na siłowni o saunę i rolletic (rolowanie wałkiem nie jest tak efektywne, jak na urządzeniu). W dni nietreningowe będę się więc regenerować.

Wyleżeć chorobę
Po wizycie w saunie po treningu, o której wspominałam wcześniej rozchorowałam się. Najpierw był katar i delikatny ból gardła. W sumie nic poważnego, więc trenowałam dalej. Z dnia na dzień było coraz gorzej, więc zaczęłam brać jakieś tabletki na gardło. Takie do kupienia w każdym sklepie. Oczywiście nic nie pomogły, ale ja nie mogłam odpuścić sobie treningu. Dopiero wysoka gorączka położyła mnie do łóżka. Trzy dni siedziałam w domu z reklamówką antybiotyków. Czwartego dnia poszłam do pracy. Kolejnego pojechałam na mecz do Bełchatowa, gdzie strasznie zmarzłam. Po powrocie trzy godziny snu i wyjazd do Wronek na mecz Centralnej Ligi Juniorów. Mrozu nie było, ale ciepło też nie. Na drugi dzień pojechałam jeszcze zrobić zdjęcia na mecz juniorów starszych, bo im obiecałam. W poniedziałek byłam już na siłowni. Chodziłam do pracy. Kiepsko się czułam. W czwartek byłam jeszcze na derbach Górnika z Gwarkiem juniorów starszych. Wróciłam do domu, zebrałam się na siłownię, ale skończyło się na rozgrzewce. „głowa” chciała, ale ciało odmówiło posłuszeństwa. Znowu gorączka, kolejny antybiotyk i ostatecznie musiałam przez 10 dni odpoczywać od siłowni.

Pewnie gdybym za pierwszym razem wyleżała tydzień w łóżku, skończyłoby się na tygodniu przerwy, a nie na straconych trzech. Sama więc jestem sobie winna, ale to dla mnie dobra nauczka na przyszłość. Muszę nauczyć się odpuszczać, żeby nie tracić dwa razy.

Bez przesady
Siłownia to dla mnie najlepsza terapia. Na „chorobę”, stres, zmęczenie i kiepski nastrój. Do godz. 18 mogę mieć najgorszy dzień w życiu, czuć się beznadziejnie, być „tykającą bombą”, aby potem pójść na trening i odżyć na nowo :) Dlatego tak trudno mi rezygnować z treningów.

Po zmaganiach z anginą i grypą powoli wchodziłam na pełne obciążenia. Nie chciałam znowu wrócić do łóżka, więc zaczęłam od delikatnych treningów aerobowych, później siłowych bez obciążenia, by powoli wrócić do formy. W między czasie pojechałam na szkolenie z podnoszenia ciężarów, po którym moja motywacja wzrosła o 300 procent. Na każdym treningu robiłam dodatkowe ciągi, overhead squat’y, rwania czy podrzuty. Miałam kiepski okres, więc o wolnym nie było mowy, bo wtedy tylko mi się pogarsza. I przesadziłam. A w zasadzie znowu sobie nie odpuściłam. Po jednym z treningów miałam robić interwały na bieżni. Poczułam ból w pachwinie, ale zrobiłam sprinty. Na drugi dzień nie byłam w stanie podnieść lewej nogi. Poszłam do Bartka, naszego fizjoterapeuty z rezerw. Diagnoza – naciągnięte pachwiny i zapalone węzły chłonne pachwinowe. Pięć dni na antybiotykach, z lodem i Voltarenem MAX, jako najlepszymi przyjaciółmi. Cztery dni bez treningu, później tylko same górne partie i delikatne bieganie, bo już nie dałam rady w domu. Po tygodniu trafiłam do Bartka Spałka, fizjoterapeuty pierwszego zespołu i reprezentacji Polski. Okazało się, że tak, jak mówił mi kiedyś trener moja lewa noga była krótsza od prawej o jakieś dwa centymetry. To znaczy, faktycznie nie była, po prostu miałam tak przykurczony staw biodrowy, co powodowało pozorne skrócenie nogi i tym samym jej przeciążenie. Bartek pomęczył mnie, ponastawiał wszystko i tego samego dnia mogłam zrobić trening siłowy na dolne partie bez obciążenia.

Trener zalecił mi jednak zmniejszenie ilości treningów w tygodniu. Mam rozpisane 4 dni treningowe w tygodniu. Piąty, jeśli będę miała siły. Na razie odpuściłam crossfit, by popracować nad poprawą balansu i wszystkich moich zaburzeń w stawach, a ten trening mimo, że tak go lubię, niszczy wszystko. Mam więc tylko dwa razy w tygodniu 100 burpees po treningu górnych partii :) Ostatnie dni poświęciłam na testowanie obciążeń w nowym planie (zawsze poświęcam tydzień na nauczenie się nowych ćwiczeń, ustalenie ciężaru itd.). Muszę przyznać, że te 4 dni są bardzo wyczerpujące. Robię „siłę” i po treningu faktyczni jestem bez sił :D

Jutro rolowanie i sauna, a od poniedziałku jedziemy z tym koksem :) Co dwa, trzy dni obiecałam sobie jednak porządną regenerację. Plus codziennie stretching.  Jeszcze przydałyby się masaże, ale to chyba musiałabym znaleźć sponsora :)

Równowaga
Popełniłam kilka błędów. Jestem już jednak mądrzejsza i wiem, że muszę zachować równowagę między treningiem i odpoczynkiem i bardziej skupić się na zdrowym odżywianiu (niepodjadaniu między głównymi, zbilansowanymi posiłkami, co jest dla mnie prawdziwym wyzwaniem). Mam nadzieję, że uda mi się to w najbliższych 6 tygodniach.


Foto: www poliquingroup.com

Advertisements

One thought on “Równowaga

  1. Pingback: Tym razem się uda! | JOANNA HAŚNIK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s