Co dziś jesz? Wątróbkę!

Czego najbardziej nie lubiliście jeść w dzieciństwie? Jestem przekonana, że większość z Was powie, że wątróbki lub szpinaku. Osobiście słabo mi się robiło, gdy tata smażył wątróbkę na patelni i jej zapach unosił się po domu. Poza tym ociekała tłuszczem i miała okropny smak. Kilka razy próbowano bowiem ją we mnie wmusić, ale nie przechodziła mi przez gardło.

Przez długie lata unikałam więc wątróbki jak ognia. Do czasu, gdy przeszłam na paleo, później na protokół autoimmunologiczny. Przeczytałam, że jednym z niewielu produktów, które mogę jeść jest wątróbka. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że spróbuję. Jak wiecie, wszystko przygotowuję w parowarze (więcej tutaj), więc przy okazji, gdy tata kiedyś smażył ją na patelni, włożyłam kawałek na 15 minut do urządzenia. I przepadłam. Była pyszna. Od tej pory parowana wątróbka na stałe zagościła w moim jadłospisie. Żałuję, że tak późno, bo wątróbka ma wiele zalet. Gdybym miała wymienić najlepsze moim zdaniem „superfoods” wybór padłby na rosół, jajka, kiszonki i właśnie na wątróbkę.

Czytaj dalej

Reklamy

Kosmetyczny minimalizm

Kiedyś moje półki w łazience uginały się od ilości kosmetyków. Miałam kremy do wszystkiego. Stóp, nóg, pośladków, brzucha, rąk, biustu. Na dzień, na noc, na każdą okazję. Peeling do stóp, nóg, twarzy. Na każdy dzień inną maseczkę do włosów i szampon. Kremy do twarzy od wyboru do koloru. Zostawiałam mnóstwo pieniędzy w SuperPharmie, Naturze, Rossmannie, czy Hebe.

Sytuacja finansowa zmusiła mnie do ograniczenia zakupów kosmetycznych. Dzięki temu zaczęłam bardziej świadomie wybierać produkty ze sklepowych półek. Sugerować się składem, a nie reklamą w telewizji. Choroby sprawiły natomiast, że zaczęłam też maksymalnie ograniczać ilość szkodliwych substancji w otoczeniu. Przede wszystkim w jedzeniu, ale z czasem i w kosmetykach. W końcu wszystko to, co ląduje na naszej skórze zostaje wchłonięte do organizmu i przekłada się na nasze zdrowie. Unikam więc detergentów, silikonów, konserwantów, a przynajmniej wybieram te kosmetyki, które mają ich jak najmniej. Sięgam również po wiele „jadalnych” kosmetyków, znajdujących się w mojej kuchni. Staram się wybierać kosmetyki wielofunkcyjne, które mogę wykorzystać na różne sposoby.

Co mam więc w łazience?
Czytaj dalej

Mój obecny plan treningowy

Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, rozpoczęłam realizację nowego planu treningowego. W pierwszym tygodniu dobierałam obciążenia, a od minionego poniedziałku wzięłam się ostro do pracy.

Tym samym za mną już pierwszy tydzień 6-tygodniowego planu, więc mogę co nieco opowiedzieć o swoich odczuciach.

Czytaj dalej

Trudniej znaczy lepiej #2 / Deadlift

Tak, jak już pisałam wielokrotnie, aby efekty Waszej pracy były jeszcze lepsze, warto nie tylko co 4-6 tygodni zmieniać plan treningowy, ale i stawiać przed sobą nowe wyzwania w postaci dokładania kilogramów i wykonywania trudniejszych wersji danego ćwiczenia.

Namawiałam Was już do zwiększania obciążeń na treningach (czytaj więcej tutaj). Zachęcałam również do robienia bardziej wymagających przysiadów (czytaj więcej tutaj).

Dzisiaj chciałam przedstawić Wam natomiast, jak wygląda progresja w przypadku martwego ciągu, czyli kolejnego wielostawowego ćwiczenia, które powinno się znaleźć w każdym planie treningowym.

Czytaj dalej

Żadnych odstępstw, czyli zmiany w mojej diecie

Cóż, nie jestem idealna… Zdarzyło mi się pójść do restauracji YO w Katowicach i zjeść tradycyjne danie z Hiroshimy, czyli okonomiyaki. W Zielonej Górze na mistrzostwach Polski zmuszona byłam jeść ser typu włoskiego z Biedronki, bo brakowało mi białka w posiłkach, a nie miałam parowaru, by robić sobie kurczaki. Czasami (albo i częściej), gdy się bardzo zestresowałam, zjadałam całą paczkę nerkowców lub wafli ryżowych. Po treningu często na talerzu lądował natomiast u mnie makaron razowy. Pozwalałam sobie na takie odstępstwa…

b1To właśnie owe okonomiyaki :) Naprawdę polecam tym, którzy mogą się na nie skusić :) Zapraszam na stronę internetową restauracji tutaj.

Otrzeźwienie, że w przypadku Hashimoto, niedoczynności tarczycy, PCOS (Zespołu Policystycznych Jajników) i insulinooporności nie ma żadnych wyjątków od diety przyszło po odebraniu moich ostatnich, naprawdę kiepskich (gorszych niż pół roku temu) wyników badań krwi. Jeszcze dobitniej zrozumiałam to w trakcie mojego ostatniego wyjazdu na zgrupowanie Centralnej Ligi Juniorów do Zakopanego. Pierwszego dnia jadłam swoje lunchbox’y, a na kolację stek w termach „Gorący potok” w Szaflarach. Sam stek wołowy w sobie był super, ale skusiłam się też na sos kurkowy na bazie śmietany i pieczone ziemniaki. Na drugi dzień było jeszcze w miarę ok, ale musiałam zorganizować sobie już jedzenie. Na śniadanie miałam jeszcze kabanosy z domu, sałatę, awokado i ogórek, ale na obiad wpadła zupa w hotelu (pierogi już zostawiłam). Popołudniu szliśmy na Krupówki, więc od razu rozsiadłam się w Sphinx’ie i zamówiłam z letniej karty grillowanego kurczaka z sosem kurkowym (a co :D) i gotowane warzywa. Kolacja była natomiast prawdziwym hitem: mała paczka nerkowców, reszta kabanosów, kilka wafli ryżowych i czereśnie. Poszłam spać, a po kilku godzinach zaczęło się. To była jedna z najgorszych moich nocy w życiu, spędzona tw towarzystwie muszli klozetowej. Na drugi dzień wyglądałam, jakbym mocno zabalowała. Przez cały dzień piłam colę, miałam gorączkę i było mi niedobrze. Chłopaki grali mecz w Waksmundzie. Wytrzymałam jedną połowę meczu siedząc na ławce rezerwowych, a w przerwie poszłam się położyć do samochodu. Śmiałam się, że chłopaki muszą myśleć, że jestem nieźle skacowana :D A to mój organizm po prostu się zbuntował w wyniku wszystkich moich grzeszków i odstępstw od diety.

Wtedy powiedziałam dość. Żadnych odstępstw, choćby mnie miało skręcać na widok lodów, choćby mnie mama kusiła ciastkami owsianymi, bo kupiła ze względu na promocję, choćby znajomi, z którymi umawiam się na spotkanie w jakiejś nowej restauracji znalezionej na „Silesia smakuje” (polecam stronę – zobacz tutaj) namawiali mnie na spróbowanie jakiejś potrawy, choćbym miała obgryźć wszystkie pazury ze stresu, to nie zjem nic, czego jeść nie powinnam. NIE ZJEM!

P.s. Obiecałam sobie jednak, że jak wytrzymam do świąt, to będę mogła zjeść paczkę nerkowców. Mam jednak nadzieję, że do tego czasu w ogóle nie będę już miała na nie ochoty. Zresztą powoli zostaję „kabanosożercą” i cały dzień chodzą za mną kiełbaski drobiowe z Konspolu lub Drobimexu, które jem na śniadanie.

Czytaj dalej

Moja obecna suplementacja

Endokrynolog zaleca mi spokojne życie i zwrócenie większej uwagi na dietę. Ginekolog chce mi natomiast przepisać hormony, które po prostu wyciszą na chwilę problem, ale nie zlikwidują go. Lekarz rodzinny natomiast bagatelizuje moje problemy z poziomem cukru we krwi.

Zanim we wrześniu skonsultuję się z Moniką Skuzą z bloga „Tłuste życie”, a w październiku udam się do najlepszego endokrynologa na Śląsku, jakiego znalazłam, czyli doktora Klajnowicza, postanowiłam sama spróbować sobie pomóc w oparciu o suplementację i lekką zmianę diety. Ginekologom z NFZ-u i endokrynologom biorącym 120zł za wizytę, z której nic nie wynika serdecznie już dziękuję.

Dzisiaj kilka słów o tym, jak obecnie wygląda moja suplementacja.

Czytaj dalej