Gym is my therapy!

Nie, nie jestem w stanie żyć bez siłowni. Uśmiecham się, gdy robię przysiady. Dzień z martwym ciągiem w planie jest już od samego rana jest zawsze udany. Jestem pełna energii i odliczam godziny do rozpoczęcia treningu. Moja mobilizacja w dniach z treningiem górnych partii jest niesamowita. Tak bardzo zależy mi, aby poprawić wygląd ramion i rąk. To teraz mój priorytet.

Tak, jestem bardzo samokrytyczna wobec siebie i uważam się za mało atrakcyjną kobietę, ale gdy podnoszę sztangę z ziemi, czuję się co najmniej tak piękna, jak Penelope Cruz. Nabieram pewności siebie. – Robisz przysiady na tej sztandze? Bo to chyba za mały ciężar, jak dla Ciebie! – gdy słyszę takie słowa od kogoś na sali treningowej, jestem królową życia. – Co trenujesz? Gdy patrzę na Twoje łydki, myślę, że to muszą być duże ciężary – to pytanie poprawiło mi kiedyś humor bardziej, aniżeli zakup wymarzonych butów, czy torebki od projektanta.

treninasia
Im mniej trenuję, tym lepiej wyglądam :D Ironia losu. 

Czytaj dalej

Reklamy

Wypalenie nadnerczy, czyli dlaczego jestem chronicznie zmęczona

Na zegarze godzina 21:00, a ja leżę w łóżku z laptopem. Oczy mi się zamykają. Poczytam chwilę i idę spać. Wcześniej niż moi rodzice, którzy mają już prawie siedemdziesiątkę. Zanim zasnę w głowie pojawi się tysiąc myśli. Minie więc dobra godzina. W nocy budzę się kilka razy, by pójść do toalety. O godz. 6 wstaję do pracy bardziej zmęczona, niż kładłam się spać. Na chwilę budzi mnie kawa, której nie powinnam pić, a bez której nie funkcjonuję i jakiś news dnia. Kofeina spowoduje jednak spadek poziomu cukru i ok. godz. 11 mam totalny zjazd. Dopóki nie zjem posiłku, cała się trzęsę. Poza tym nic mnie nie cieszy, nie mam w sobie ani życia, ani energii. Wszystko zmienia się dopiero popołudniu po treningu. Wysiłek stawia mnie na nogi. Ciężary powodują wyrzut hormonów szczęścia. Na kilka godzin, bo szybko znów tracę energię i marzę już tylko, aby szybko się wykąpać i iść spać.

Tak wygląda większość moich dni w ostatnich tygodniach. Jestem chronicznie zmęczona. Stres, o którym pisałam wcześniej tutaj wywołał już dawno w moim organizmie wielkie spustoszenie, by ostatecznie doprowadzić do wypalenia nadnerczy. W styczniu, gdy pójdę do szpitala okaże się, czy to już niedoczynność. W każdym razie, nie odpuszczam i robię co mogę, by złagodzić objawy, których poza zmęczeniem jest mnóstwo, by wzmocnić organizm i móc jakoś w miarę normalnie żyć. Choć nie powiem, na tym etapie może pomóc mi już tak na prawdę tylko jedno jedno. Urlop. Bardzo długi urlop od rzeczywistości.

pawlikowska
Na razie urlop jest niemożliwy, więc robię co mogę, by dodać sobie sił. Beata Pawlikowska i jej żółte karteczki są niezastąpione. Więcej tutaj.

Czytaj dalej

A jaki jest Twój trener?

Prawdę mówiąc nigdy nie myślałam, że zostanę trenerem personalnym. Co więcej, jeszcze kilka lat temu nie pomyślałabym, że dzień bez sztangi będzie dla mnie dniem straconym. Trafiłam jednak pewnego dnia na Sebastiana Kota, wielokrotnego mistrza Polski, medalistę mistrzostw Europy i Świata w trójboju siłowym, który zagadał do mnie na treningu i zaproponował ćwiczenia na dużo większych obciążeniach, aniżeli wcześniej robiłam. I tak mało efektywny trening na maszynach zamieniłam na hantle, kettleball i sztangę. Dzięki Sebastianowi jednak nie tylko jestem w stanie podnieść w martwym ciągu 100kg. Jako mój trener personalny, Sebastian wysłał mnie na badania, dzięki którym dowiedziałam się o moich chorobach. Odmienił moją dietę, przekonując do odrzucenia wielu problemowych produktów. Od jego rozpiski odżywiania zaczęła się moja przygoda z paleo. Zmotywował mnie również, by pójść na kurs trenera personalnego (pisałam o nim tutaj). Obecnie w dalszym ciągu układa mi plany treningowe, bo każdy trener musi mieć również swojego trenera, ale i wspiera w pracy z moimi podopiecznymi, których przybywa. Zdecydowanie jest dla mnie wzorem do naśladowania.

Obecnie, jak nietrudno zauważyć, cała Polska ćwiczy. Biega, chodzi na crossfit, czy na siłownię. Wiąże się to w tym, że coraz więcej osób kończy kursy trenerów personalnych i zaczyna pracę na siłowni. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że jestem jedną z tych osób. Nie jestem magistrem wychowania fizycznego, a nauczycielką historii z wykształcenia i skończyłam jedynie kursy i doszkalam się na własną rękę. Na siłowni jestem jednak praktycznie codziennie, jak nie na swoim, to podopiecznych treningu. I czasami po prostu łapię się za głowę, gdy widzę co niektórzy trenerzy zalecają swoim klientom, a Ci mimo miesięcy ćwiczeń nie osiągają żadnych efektów, co widać gołym okiem. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że są różne szkoły, różne systemy i nie jestem alfa i omegą, ale mam jakieś swoje wyobrażenie dobrego trenera personalnego, do którego dążę i właśnie nim chciałabym się z Wami dzisiaj podzielić. Ciekawa jestem, czy zgodzicie się ze mną. Czytaj dalej

Ciąg dalszy nastąpi…

Przede wszystkim chciałam bardzo podziękować wszystkim Wam, że jesteście. Że po ostatnim wpisie daliście mi tyle siły, by nie poddawać się i walczyć o swoje zdrowie i marzenia. Jak to mówią, prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Choć w bogactwie, a raczej w moim wypadku sukcesie też musiałam już kiedyś zweryfikować listę przyjaciół.

Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła się Wam wszystkim odwdzięczyć. Dzięki Wam się trzymam i jak pokazuje to zdjęcie główne tekstu, jestem już w lepszym nastroju.

cdn7
Zapraszam, jak coś na dobrą zupę – krem. Tutaj z buraków z parowaru z mlekiem i olejem kokosowym. 

Czytaj dalej

W rozsypce

Jubileuszowy, setny wpis. Powinien być radosny i pozytywny. Powinien, bo niestety, ale nie będzie taki. Nie wstałam w końcu w przysiadzie ze 100-kilogramową sztangą. Nie odważyłam się podjąć ważnych życiowych decyzji. Nie spłaciłam kredytu z wygranych w Totolotka pieniędzy. Nie kupiłam domu za miastem.

FOT WLODZIMIERZ SIERAKOWSKI 2015-10-26 PILKA NOZNA - EKSTRAKLASA GORNIK ZABRZE - PODBESKIDZIE B-B 0 - 2 PO MECZU, SIEMIANOWSKA - PANCZYK ELZBIETA, HASNIK JOANNA

Jedno z niewielu uśmiechniętych zdjęć. Ostatnie tygodnie to głównie badania, wizyty u lekarzy, mnóstwo nerwów, bezsilność, stracone marzenia i łzy w oczach. Tak, nie jestem taka silna, jak czasem się niektórym wydaje. Raczej potrafię uśmiechem i żartami zamaskować wewnętrzny ból.

Czytaj dalej