W drodze do równowagi

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo trudne. Stałam nad przepaścią i czułam, że jeśli zrobię jeszcze jeden krok znów popadnę w depresję. Znów wstanie rano z łóżka będzie dla mnie ogromnym wysiłkiem, a do pracy pójdę tylko dlatego, że mam kredyt do spłacenia i nie mogę obarczyć nim rodziców. Nie chciałam tego. Bałam się, że drugi raz nie wypłynę na powierzchnię. Udało mi się na szczęście znaleźć siłę i zawrócić. Zdecydowałam się jednak pójść w końcu inną drogą i zmienić swoje życie.

Na mój stan złożyło się wiele aspektów. Niepowodzenia związane z walką o swoje zdrowie (więcej tutaj), przyrost wagi związany z wprowadzeniem węglowodanów i mocnym treningiem siłowym, brak efektów ketozy odżywczej (więcej tutaj), kiepskie samopoczucie, nieustanne zmęczenie, brak sił do treningu, fatalna sytuacja w pracy, spadek klubu do 1. ligi, wypalenie zawodowe, napięta sytuacja w domu, zawał mamy, brak pieniędzy, zrozumienia i samotność… Czułam się po prostu bardzo źle.

Miałam ochotę zostawić wszystko i pojechać w Bieszczady…

Kiedyś odreagowałabym wszystkie stresy przerzucając tony ciężarów na siłowni, ale po prostu nie miałam siły. Poza tym już wiem, że w moim wypadku trzeba trenować z głową (więcej tutaj). Inna sprawa, że ostatnio nawet trening korekcyjny dla początkujących (taki jak tutaj) był ponad moje siły. Zmuszałam się do ciężarów. Nie czułam radości z treningów. W końcu odpuściłam i przez jakiś czas nie ćwiczyłam w ogóle.

Pewnego dnia sięgnęłam z ciekawości po poradniki Beaty Pawlikowskiej. Opinie na ich temat są podzielone, ale muszę przyznać, że dały mi dużo do myślenia. Chyba więcej, niż terapie na które kiedyś chodziłam. Czasami aż do znudzenia Beata powtarza, że to my jesteśmy najważniejsi i nasze życie zależy tylko od nas. Przemówiło to do mnie. Zrozumiałam, że powinnam pomyśleć w końcu o sobie. Polubić siebie i swoje odbicie w lustrze. Zadbać o jakość swojego życia. O stan umysłu. Pawlikowska uświadomiła mi również przyczynę wielu moich „destrukcyjnych” zachowań z przeszłości. To, dlaczego znalazłam się znów nad przepaścią. Nie dała mi recepty na szczęście, ale stała się motorem napędowym zmian. Przestałam się ich bać.

Od dłuższego czasu codziennie rano oglądam „żółte karteczki” z motywacyjnymi hasłami na profilu Beaty Pawlikowskiej na Facebook’u. W końcu sięgnęłam po jej książki. Przede mną jeszcze kilka pozycji.

W międzyczasie miałam urodziny. Ostatnie przed trzydziestką. Nie celebrowałam ich jakoś specjalnie poza wypadem do kina na „Zanim się pojawiłeś” (polecam!) z Justyną i spotkaniem z koleżankami. Nie miałam ochoty. Wieczorem usiadłam jednak nad kartką papieru i podzieliłam ją na pół. Z jednej strony wypisałam wszystko to, czego nie lubię w swoim życiu, zobowiązania. Z drugiej – swoje marzenia.

Dziękuję wszystkim za życzenia :) Tyle zdrowia mi życzyliście, że muszę w końcu cudownie wyzdrowieć 🌱. Będzie to o tyle łatwiejsze, że moim priorytetem dla mnie jestem w końcu ja sama. W najbliższym roku stawiam na swoje zdrowie, regenerację, odpoczynek, ale i samorozwój, by nie tylko sobie, ale i innym pomagać wracać do równowagi 🐾 To daje mi obecnie największą radość i satysfakcję, ale wiem też, że jeszcze sporo muszę się nauczyć. Wkrótce napiszę na blogu o moich planach. Trzymajcie kciuki 👍 ➡www.joannahasnik.wordpress.com⬅ #birthday #glamour @glamourpoland #mood #myself #motivation #idea #goal #blog #blogger #healthylife #healthyeating #holistichealth #holisticlifestyle #naturalmedicine #health

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Postanowiłam, że czas przestać martwić się o wszystko i w końcu zacząć żyć.

Zdobyłam się w końcu na odwagę i postanowiłam, że w moim życiu w końcu to ja będę priorytetem. Zrobię wszystko, by przywrócić mój organizm do równowagi. Postawię na odpoczynek i regenerację. Zadbam jeszcze bardziej o swoje zdrowie i poszukam dla siebie nowych rozwiązań. Przepracuję wszystkie błędne „kody podświadomości”, jakie stworzyłam przez lata. Uwolnię się od ludzi, którzy zabierają mi pozytywną energię. Poświęcę więcej czasu bliskim osobom. Otworzę się na nowe znajomości. Będę rozwijać swoje pasje i zajmę się tym, co daje mi szczęście. Zrobię wszystko to, co odwlekałam od dawna. Będę w końcu panią swojego czasu. Już nie będzie „chujowo, ale stabilnie”. Będzie tak, jak chcę. Jak sobie na to zapracuję. Nie chcę spędzić reszty swojego życia narzekając na wszystko. Martwiąc się. Płacząc. Nie chcę wegetować. Chcę zacząć żyć.

Pawlikowska postawiła jedynie „kropkę nad i”. Już od dawna sporo moich przyjaciół dawało mi do zrozumienia, że muszę wziąć się w garść i zacząć działać. Że nie mogę stać w miejscu, albo jeszcze gorzej, cofać się. Wszyscy, którym mówiłam nieśmiało o swoich planach, stwierdzili, że jestem skazana na sukces. Uwierzyłam w to.

Największą motywacją do zmian byli jednak moi czytelnicy. Tak, tak, właśnie Wy. Wszystkie osoby, które czytają tego bloga, piszą do mnie, dziękuję za poszczególne artykuły, zwracają się z prośbą o pomoc. W ostatnim czasie otrzymuję mnóstwo maili i wiadomości na Facebook’u. Staram się jak mogę odpowiadać na wszystkie, przez co tak niewiele ostatnio pojawia się nowego na blogu (muszę sobie lepiej rozplanować pracę). Wiem jednak, co to znaczy płakać z bezradności i szukać pomocy. Nie chcę kazać tym osobom czekać w nieskończoność na odpowiedź.

Dzięki takim wiadomościom wiem, że to co robię ma sens. 

Walka o swoje zdrowie sprawiła, że zainteresowałam się medycyną i dietetyką. Już wcześniej mój czas zajmowały tematy okołotreningowe. Zrobiłam kursy trenera personalnego, Strenght Training Specialist i Fizjotrenera.  Zgłębianiu wiedzy poświęcałam coraz więcej czasu, a na kursy i szkolenia wydawałam większość swoich pieniędzy. Cały czas miałam jednak niedosyt. Chciałam więcej i więcej. Postanowiłam tym samym, że poświęcę temu cały swój czas. Tym bardziej, że w klubie nie poukładało się po mojej myśli.

Podobno co 7 lat trzeba zmieniać pracę…

To była chyba jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Z zamiarem odejścia z Górnika nosiłam się już po tym, jak rok temu zrezygnowałam z funkcji rzecznika prasowego. Zawsze marzyłam jednak o pracy w Zabrzu i nie wyobrażałam sobie, że mogłabym pracować gdziekolwiek indziej. Myślałam, że wszystko się jakoś ułoży. Miniony rok był jednak dla mnie ogromnym krokiem wstecz i wiedziałam, że nie będę w stanie dać już z siebie tyle, ile powinnam. Dostałam propozycje objęcia nowego stanowiska, ale nie przyjęłam jej. Bo nie robiłabym tego, na czym się znam, w czym dobrze się czuję.

Nie ukrywam, że chciałabym w dalszym ciągu współpracować z Akademią Górnika. Rozmowy trwają. Zobaczymy w najbliższym czasie co z tego wyniknie.

Co dalej? Szukam pracy na siłowni i jestem po rozmowie z właścicielem siłowni, a w zasadzie całego kompleksu łącznie z kriokomorą i gabinetami lekarskimi, który otworzy się na początku nowego roku w Zabrzu. Mam nadzieję, że to wypali, bo byłabym nie tylko trenerem personalnym, ale i odpowiadała za stronę internetową i media społecznościowe. Myślę więc, że warto poczekać te kilka miesięcy.

Po tym, jak ogłosiłam w mediach społecznościowych swoje odejście z Górnika, rozdzwoniły się telefony. Dostałam różne propozycje pracy. To było strasznie miłe, że tyle osób zainteresowało się moim losem. Postanowiłam jednak, że zawalczę o swoje marzenia.

A na razie zapraszam na wspólne treningi do SmartGym w Zabrzu (więcej tutaj). Wkrótce ta sama sieciówka otworzy się w Rudzie Śląskiej. 

Chcę pracować jako trener. Jednocześnie wiem, że cały czas muszę się rozwijać i kształcić w tym kierunku. Nie ukrywam jednak, że to w dietetyce odkryłam swoje powołanie i z nią chcę związać swoją przyszłość. Byłam na różnych kursach, szkoleniach, uczestniczyłam w wielu webinarach. Rozpisałam niejedną skuteczną dietę. Wiem jednak, że chcąc związać z tym swoją przyszłość muszę nabyć odpowiednie uprawnienia. Mówiąc krótko – ukończyć studia. Po głowie chodziła mi psychodietetyka, ale ostatecznie zdecydowałam się na zaoczne studia licencjackie w Śląskiej Wyższej Szkole Medycznej w Katowicach. Tak, dokładnie tak. W październiku wracam na studia! I nawet nie wiecie, jak się z tego powodu cieszę. Jestem magistrem historii, ale nigdy nie chciałam pracować w szkole. Nie stać mnie było na prywatną szkołę dziennikarstwa sportowego, więc wybrałam historię, którą zawsze lubiłam. Nie pasjonowałam się nią jednak nigdy jakoś szczególnie i chyba zapomniałam już wszystko, czego się przez pięć lat studiów nauczyłam. Teraz czuję natomiast, że dietetyka to jest właśnie to, co chcę robić. Chcę mieć swój gabinet. Chcę pomagać ludziom znaleźć optymalne rozwiązania żywieniowe, odzyskać równowagę i zdrowie i jednocześnie poczuć się lepiej we własnej skórze. Myślę, że to da mi szczęście i satysfakcję.

Na prawdę nie mogę się już doczekać października :) Z opinii znajomych wynika, że Śląska Wyższa Szkoła Medyczna to dobry wybór.

A na razie, jako że nie brakuje mi czasu wolnego staram się cały czas rozwijać swoją wiedzę, czytając sporo w Internecie (więcej tutaj). Jednocześnie w najbliższym czasie wezmę udział w dwóch kursach organizowanych przez Akademię Dietetyki Sportowej w Warszawie.

akademia

Wykupiłam już udział w kursie „Żywienie osób aktywnych” (więcej tutaj) oraz w szkoleniu „Żywienie, kobita a sport: od teorii do praktyki” (więcej tutaj). Cieszę się na spotkanie z Łukaszem Jaśkiewiczem i Bartkiem Pomorskim. Do Warszawy przyjadę na trochę dłużej, niż weekend, dzięki gościnności Marity (o ostatnim pobycie u niej pisałam tutaj). Mam nadzieję, że spotkam się z wszystkimi osobami ze stolicy, z którymi miałam dotychczas tylko kontakt drogą online.

W przyszłym tygodniu chcę zobaczyć natomiast webinar Iwony „Ajwen” Wierzbickiej o nietolerancji glutenu i celiakii (więcej tutaj) oraz Aleksandry Garbacz „Podstawy Tradycyjnej Medycyny Chińskiej” (więcej tutaj). Co dalej? Będę informować na bieżąco. Bo planów mam sporo, ale wszystko zależy od finansów. Nie ulega jednak wątpliwości, że jestem głodna wiedzy.

Oczywiście, zamierzam się nią z Wami w dalszym ciągu dzielić na blogu. Mam nadzieję, że częściej, niż ostatnio. W ogóle chciałabym przebudować bloga, zadbać o ładne zdjęcia, grafiki, logo. Polecacie kogoś, kto się tym zajmuje?

Nowy numer Food Forum.

Wiadomo, chcę mieć jak największą wiedzę, aby pomagać innym, ale najważniejsze jest dla mnie moje zdrowie. Cały czas szukam bowiem dla siebie rozwiązań moich problemów. W ostatnich miesiącach kilkukrotnie myślałam poważnie nad powrotem do antykoncepcji (więcej tutaj). Ironia losu, całe życie nie chciałam mieć w ogóle miesiączki, a teraz codziennie modlę się o jej powrót. Menopauza dalej mi w kość. Uznałam jednak, że dam sobie jeszcze czas, powalczę naturalnymi metodami i skonsultuję się z kolejnymi lekarzami.

Dwa tygodnie temu zaczęłam kurację Novothyralem (zaczynałam od ćwiartki tabletki, teraz biorę połówkę ), zwiększyłam dawkę Glucophage do 1000mg (po 500mg rano i wieczorem) i wypróbowałam kilka nowych suplementów (napiszę o nich wkrótce odrębny post). Na 3 sierpnia mam również umówioną wizytę u endokrynologa-ginekologa, profesor Barbary Zubelewicz-Szkodzińskiej, która specjalizuje się zaburzeniach miesiączkowania. Na co dzień kieruje Oddziałem Endokrynologii w Piekarskim Centrum Medycznym. Słyszałam o niej same pozytywne opinie, więc wiążę z nią duże nadzieje.

Ciężko mi na razie powiedzieć, czy Novothyral coś zmienił w moim samopoczuciu. Jedynie ostatnio, po zwiększeniu dawki czuję się czasem tak, jak kiedyś przed miesiączką. Nie wiem co o tym myśleć.

Zastanawiam się również nad kuracją jodem. Czytałam o jego pozytywnych skutkach w leczeniu niedoczynności, Hashimoto i PCOS. Muszę się jednak lepiej wgłębić w temat. W końcu najważniejsz to nie szkodzić.

Co do mojego jedzenia. Kilka dni temu wyszłam z ketozy odżywczej. Spróbowałam, wbrew temu co mówiła mi Julia Cichaczewska na ostatniej konsultacji, ale faktycznie to nie było to. Początkowo czułam się dobrze, w końcu nie miałam spadków poziomu glukozy we krwi, jedzenie było bardzo smaczne (boczek, karkówka i smalec :D), ale z dnia na co dzień było coraz gorzej. Nadnercza i układ nerwowy były tak obciążone, że brakowało mi sił na wszystko. Musiałam to przerwać.

Kto nie lubi takich steków ?!

Co dalej? Ostatnio dużo myślałam, analizowałam swoją sylwetkę z przeciągu ostatnich lat. Doszłam do wniosku, że najlepiej wyglądałam, kiedy nie wiedziałam jeszcze o chorobie, ćwiczyłam sobie rekreacyjnie 4-5 razy w tygodniu na siłowni na niezbyt dużych obciążeniach i robiłam redukcję na rozkładzie makroskładników: 2g białka i węglowodanów na 1kg masy ciała i 1g tłuszczu na 1kg masy ciała. Postanowiłam nie kombinować już z niczym i wrócić do tego.

Redukcja czas start. Nie, nie na ketozie. Musiałam z niej wyjść, bo moje nadnercza nie wytrzymały obciążenia. I przybierałam na wadze, zamiast chudnąć. Wszystko trzeba jednak przetestować i nie żałuję. W każdym razie, doszłam do wniosku, że spróbuję redukcji na takich samych zasadach, na jakich ją robiłam parę lat temu, gdy nie wiedziałam o chorobach. Makro: 2g białka i 2g węglowodanów na 1kg masy ciała i 1g tłuszczu na 1kg masy ciała. Oczywiście, bez produktów, których nie mogę jeść i wprowadzając zboża bezglutenowe. Wiadomo, na razie węglowodany trzymam nisko (ok. 1g na 1kg masy ciała), a tłuszcze wyżej, ale powoli będę zmieniać proporcje i rozkręcać metabolizm. Trening: 5 razy w tygodniu 1-1,5godz. Zobaczymy co z tego będzie. #gym #workout #trainingsession #strongwoman #stronggirls #girlwithmuscles #girlsthatlift #personaltrainer #strengthcoach #fitgirl #hashimoto #pcos #adrenalfatigue #hypothyroidism #insulineresistance #bodybuilding #bodybuilder #muscle #shelifts #body #barbell #instafit #abs #fitbody #fitspo #fitness

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Masa jest :D

Wiadomo, nie chcę znów popłynąć jak przy poprzednim włączeniu węglowodanów bezglutenowych. Ustaliłam sobie zapotrzebowanie kaloryczne, rozkład makroskładników, podzieliłam je na cztery posiłki w zależności od godziny treningu i staram się od kilku dni tego trzymać. Bardzo powoli będę zwiększać ilość węglowodanów. Na razie jem 1g na 1kg masy ciała. Z batatów, quinoa (znajomy przypomniał mi jej istnieniu), kaszy gryczanej, owoców jagodowych lub chleba żytniego 100% na zakwasie. Czuję się lepiej. Powoli wracam do żywych.

Ciekawa jestem tylko, czy mimo chorób ten system znów się u mnie sprawdzi. Mam nadzieję, że tak, bo w ostatnim czasie naprawdę myślałam już, że moim jedyny wyjściem jest Post Dąbrowskiej. Powstrzymało mnie znów zbytnie obciążenie nadnerczy. Byłam jednak już tak zdesperowana. Ostatecznie uznałam jednak, że najważniejsza w życiu jest jednak równowaga i mój organizm potrzebuje białka, tłuszczy i węglowodanów. Wiadomo, nie zamierzam wracać do nabiału, strączków, glutenu czy orzechów, bo po prostu czuję się po nich źle. Ale jajka znów jem. Nie piję natomiast na razie kawy z kofeiną, żeby odciążyć nadnercza. Niech trochę odpoczną.

Mając Hashimoto, insulinooporność, hipoglikemię i rozwalony system hormonalny bardzo łatwo buduje się… tkankę tłuszczową :) Nieustannie walczę o to, by zamienić ją na mięśnie. Znalazłam ostatnio swoje pomiary sprzed roku i zrobiłam porównanie wyników z lipca 2015 i 2016: – waga 67,4kg -> 71,2kg – tkanka tłuszczowa 27,1% -> 25,6% – masa mięśni 44,3kg -> 50,3kg Cieszy duży przyrost masy mięśniowej, ale tkanka redukuje się niestety bardzo opornie. Gdyby udało mi się w końcu odkryć mięśnie, byłoby pięknie :) Tragedii nie ma, obecna forma na zdjęciu. Walczę dalej 💪 #hashimoto #pcos #adrenalfatigue #hypothyroidism #insulineresistance #bodybuilding #bodybuilder #muscle #shelifts #body #barbell #instafit #abs #fitbody #fitspo #fitness #motivation #polishgirl

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Mimo, że zdaję sobie sprawę, że ubyło mi tkanki tłuszczowej, a przybyło mięśniowej, nie czuję się z tym faktem dobrze. Tym bardziej, że mój wielki tyłek nie mieści się już praktycznie w żadne stare spodnie :D Ale Jen Selter ostatnio wrzuciła zdjęcie rozprutych spodni, więc nie jestem sama. 

Jeśli kiedyś będę miała pieniądze, zrobię badania w kierunku nietolerancji pokarmowych. Postanowiłam też, że oddam się w ręce fachowca, najlepiej Tadeusza Sowińskiego, jeśli nie będzie żadnych rezultatów redukcji. W sumie powinnam już rok temu podjąć z nim współpracę, ale ostatecznie zrezygnowałam.

W kwestii treningu, miałam w ostatnim czasie chwilę załamania i myślałam, że faktycznie będę tylko spacerować, chodzić na jogę i leżeć na hamaku. Ostatecznie jednak uznałam, że w tym temacie również wracam do dawnych, sprawdzonych metod redukcji. W planie mam więc pięć treningów w tygodniu, maksymalnie 1-1,5-godzinnych. Żadnych dużych ciężarów. Potraktowałam się trochę, jak osobę początkującą. W końcu ostatnie dwa miesiące były dla mnie fatalne, jeśli chodzi o treningi. Trzeba odbudować formę. Nie mogę rzucać się na głęboką wodę.

Udałam się również do niezastąpionego fizjoterapeuty Marka Pośpiecha do Rybnika. Cały czas bolała mnie bowiem stopa. Okazało się, że mam płaskostopie poprzeczne. Tego się nie spodziewałam :( Musiałam więc kupić wkładki do butów i faktycznie, odczuwam różnicę.

Roluję ponadto stopy na piłce tenisowej. Polecam!

Wkrótce chyba znów jednak odwiedzę Marka. Strasznie bolą mnie ostatnio plecy w odcinku piersiowym :( Obawiam się jednak, że to z siedzenia przy komputerze. Muszę pomyśleć nad remontem w pokoju i lepszym stanowiskiem pracy. Piszę na małym komputerze i za bardzo się pochylam nad nim.

Chciałabym też zrobić kolejne podejście do jogi, ale w klubie

Zdecydowałam się na treningi siłowe pięć razy w tygodniu tylko dlatego, że zamierzam poświęcić sporo czasu na odpoczynek fizyczny, jak i psychiczny. Zdaję sobie sprawę, podkreślała to również Julia, że mam bardzo obciążony układ nerwowy. Czas na reset. Nie zamierzam jednak zalegnąć przed komputerem w piżamie. Postanowiłam, że w końcu zacznę robić to, na co nie miałam dotychczas zbyt wiele czasu. Spędzać więcej czasu z przyjaciółmi i z rodziną. Poznawać nowych ludzi. Przebywać na świeżym powietrzu. Podróżować. Zwiedzać. Czytać książki. Słuchać muzyki. Gotować. Celebrować śniadania. Pić herbatę na balkonie. Tak, brakowało mi na to w ostatnich miesiącach czasu i może chęci. Wprowadziłam więc plan naprawczy w życie.

🐐🐒🐪 @ilyasafronau #zoo #silesia #saturday #walk #animals #chillout

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Niedawno byłam w chorzowskim ZOO i na spacerze w Parku Śląskim ze znajomym poznanym… na Tinderze. Niedawno odkryłam w ogóle, że taki portal istnieje. Nie, nie szukam męża, a raczej towarzystwa do wspólnego spędzania czasu.

Sto lat nie jeździłam :) #burloch #burlocharena #rudaslaska #silesia #freetime

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Jeździłam na rolkach na rudzkim Burlochu. W ogóle pierwszy raz tam byłam mimo, że to w moim mieście.

Chillout przed meczem :) #aquadrom #rudaslaska #silesia #sun #freetimes

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Raz, dwa razy w tygodniu staram się chodzić na basen do rudzkiego Aquadromu. Dokładnie, chodzić, bo taki spacer na basen zajmuje mi godzinę. Ostatnio szłam w obie strony :D Ale tam głównie relaksuję się na słońcu, w saunie i seansach parowych, w jacuzzi, na biczach wodnych.

Na wakacje się nie wybieram, ale jak widać palmy są też w Katowicach.

W planach na wakacje mam wypad w góry, do stolicy jak już wspominałam, na mecze Górnika, bo oczywiście wracam na trybuny, do Muzeum Śląskiego, bo jeszcze nigdy tam nie byłam, wycieczki rowerowe i wypady nad jezioro, gdy tylko poprawi się pogoda, spotkania z dawno niewidzianymi znajomymi. Ogólnie jestem otwarta na wszystkie propozycje :) Nie zależy mi na karierze, nie zależy mi na pieniądzach. Chcę mieć tyle, by móc przeżyć od pierwszego do ostatniego, a na koncie odłożyć kilka groszy na czarną godzinę. Znajomy ostatnio kusił mnie pracą w korporacji. Nie wyobrażam sobie tego. Zresztą z tego co widzę i czytam na blogach, nie tylko ja. Slow life!

Chcę się cieszyć z małych rzeczy…

Chcę również poświęcić trochę więcej czasu dla swojego ciała. Nauczyć się w końcu malować, podkreślać brwi i kupić nowe okulary.  Szczotkować codziennie ciało i nakładać krem antycellulitowy (więcej o mojej naturalnej pielęgnacji pisałam tutaj). Zadbać lepiej o włosy, by wróciły do dawnej formy (więcej tutaj). Z drugiej strony muszę przestać chodzić „w bawełnianych gaciach”, jak to kiedyś napisała Ania z bloga aniamaluje.com, częściej ubierać sukienki, podkreślać swoje atuty i myśleć o tym, jak wyglądam nawet, gdy idę do sklepu. Ostatnio brakowało mi funduszy i praktycznie nie kupowałam żadnych ubrań. Czas to zmienić, by poczuć się lepiej we własnej skórze.

Shopping time. Z kremem BB się niestety nie polubię. Ktoś ma ochotę? #beauty #shopping #cream #skin #girl #woman

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Zaczęłam od małych zakupów kosmetycznych.

Muszę jednak poukładać sobie różne sprawy w głowie. Jestem świadoma wielu rzeczy, ale muszę je przepracować, zrozumieć. Jak już wspominałam chodziłam na terapie, ale to nie było to, czego oczekiwałam. Postanowiłam spróbować prywatnej, indywidualnej. Szukam na razie odpowiedniego psychoterapeuty, któremu będę w stanie zaufać. Nie, nie wstydzę się tego w żaden sposób. Jeśli mam szansę sobie pomóc, to muszę to zrobić. Zresztą, zrozumiałam ostatnio, że moja choroba nie wzięła się znikąd i jest wynikiem nadmiernego obciążenia mojego organizmu. Fizycznego, ale przede wszystkich psychicznego. Kiedyś napiszę o tym na pewno osobny artykuł, bo widzę, że nie jestem z tym sama. Sporo osób, które do mnie pisze i zmaga się z problemami zdrowotnymi, Hashimoto, kompulsywnym objadaniem się, depresją, nie miało łatwego życia. Nawet ostatnio mój dobry znajomy, który wiele przeszedł w dzieciństwie z ojcem alkoholikiem, po trzydziestce zachorował na bielactwo.

Rewolucja? Mało brakowało. Byłam już spakowana, by wyprowadzić się z domu, ale ostatecznie zdecydowałam się nie uciekać przed problemami, ale je rozwiązać. Myślę, że mi się to udało, choć ostatnie dwa tygodnie były dla mnie koszmarne. Powoli wychodzę już jednak na prostą. A na kolejny krok przyjdzie czas. Wszystko w swoim czasie. Trzymajcie kciuki!

P.s. Jeśli macie jakieś propozycje, o czym chcielibyście przeczytać w najbliższym czasie, piszcie :)

Reklamy

10 thoughts on “W drodze do równowagi

  1. Pingback: Owoce w diecie | JOANNA HAŚNIK

  2. Pingback: Pierwszy miesiąc redukcji | JOANNA HAŚNIK

  3. Pingback: Polekowa nadczynność tarczycy | JOANNA HAŚNIK

  4. Pingback: Kurkumina | JOANNA HAŚNIK

  5. Pingback: Światełko w tunelu | JOANNA HAŚNIK

  6. Pingback: Hashimoto | JOANNA HAŚNIK

  7. Pingback: Nowe suplementy | JOANNA HAŚNIK

  8. Cześć Asiu,
    Znalazłam Twój blog kilka miesięcy temu szukając czegoś o crossficie i przeczytałam cały. Podobnie jak Ty mam PCOS, IO, problemy z włosami. Też mam za sobą rewolucję zdrowotno-mentalną i jestem już na właściwej drodze, czego i Tobie szczerze życzę :)
    Wiem jak to jest chodzić od lekarza do lekarza, szukać różnych rozwiązań, to wykańcza, dlatego szczególnie Ci kibicuję. Jednakże czuję, że mimo wszystko jesteś silna psychicznie i na pewno sobie poradzisz :) I naprawdę podziwiam Twoją cierpliwość, wytrwałość w dążeniu do celu.
    Może to i dobrze, że ostatnio znalazłaś się w tym dołku, bo jak widać po tym wpisie, dużo pozytywnych zmian wprowadzasz w swoje życie.
    Zawsze podziwiałam to, ile podnosisz na siłowni, ilość treningów ale jednocześnie myślałam, że przeginasz. Też tak miałam jak wkręciłam się w crossfit, obecnie już jest ok, ale swego czasu też byłam przemęczona ;) Cóż, aktywność fizyczna uczy nas pokory do własnego ciała :)
    Pozdrawiam serdecznie
    Natalia

  9. Uczono mnie, że depresja jest objawem niedożywienia. Może po prostu niepotrzebnie liczysz pożywienie. Może brakuje Ci białka skoro weglowodany Ci nie służą. Ale to wszystko nie na zasadzie wyliczeń teoretycznych tylko faktycznego zapotrzebowania. Może kierowanie się głodem byłoby miarodajnym wskaźnikiem?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s