Hashimoto

Półtora roku temu endokrynolog zdiagnozował u mnie Hashimoto – autoimmunologiczne, przewlekłe zapalenie tarczycy. W zasadzie to lekarz potwierdził jedynie moje przypuszczenia, bo przed wizytą z wynikami w ręku spędziłam kilka dni na szukaniu informacji na temat choroby, przeczytałam blogi Anity z alpacasquare.pl i Moniki z tlustezycie.pl i nie miałam już w sumie żadnych wątpliwości. Zarówno objawy, jak i wyniki badań wskazywały właśnie na Hashimoto.

W skutek dnie ukierunkowanej reakcji układu odpornościowego organizm przez pomyłkę atakuje sam siebie, doprowadzając do choroby autoimmunologicznej. W przypadku Hashimoto organizm obiera sobie za cel tarczycę, która przestaje produkować hormony. Nie jest to jednak choroba tarczycy samej w sobie, a całego organizmu. 

Przyznaję, początkowo byłam nieźle wystraszona. Moja siostra i ciocia zmarły na raka, ojciec również chorował, więc widmo rychłej śmierci stanęło mi przed oczami. Teraz się z tego śmieję, ale wówczas nie miałam żadnej wiedzy na temat tego schorzenia. Nikt w rodzinie, ani wśród znajomych nie borykał się z nim. Od tego czasu jednak sporo się zmieniło. Cały czas rozwijam swoją wiedzę i już wiem, że Hashimoto to nie wyrok, a motywacja do zmian. Niestety, nie tylko dla mnie. Coraz więcej osób z mojego otoczenia choruje. Sporo znajomych, którzy za moją namową wykonali badania, wykryło u siebie przeciwciała anty-TPO i anty-TG, a ich badanie USG nie pozostawiło dalszych złudzeń. Parę dni temu zdiagnozowałam swoją przyjaciółkę. Praktycznie codziennie zgłaszają się do mnie osoby z Hashimoto z chęcią podjęcia współpracy. Coraz liczniejsze są grupy wsparcia na Facebook’u zrzeszające osoby zmagające się z chorobami tarczycy. O Hashimoto zaczyna pisać się w codziennej prasie i mówić w telewizyjnych programach śniadaniowych. Według statystyk choruje już co dziesiąta kobieta i co dwudziesty mężczyzna. Niestety, ze względu na odmienną gospodarkę hormonalną kobiety chorują częściej. Choroba daje o sobie znać w każdym wieku, szczególnie w okresie ciąży, po porodzie oraz w menopauzie.

Choroby autoimmunologiczne, w tym Hashimoto zajmują obecnie trzecie miejsce na liście najbardziej przewlekłych chorób, tuż za chorobami układu krążenia i nowotworami. Powoli można mówić o epidemii.

Tymczasem, ostatnio zdałam sobie sprawę, że na blogu pisałam już o mojej walce z insulinoopornością (tutaj), zmęczonymi nadnerczami (tutaj) czy nieszczelnością jelit (tutaj), a tak naprawdę nie podjęłam szczegółowo tematu Hashimoto, od którego wszystko się zaczęło. Tutaj przedstawiłam szerzej symptomy choroby towarzyszące mi na co dzień, wielokrotnie nawiązywałam do tematu w innych artykułach, nie napisałam jednak, co mogło wywołać u mnie chorobę autoimmunologiczną, jak wyglądała diagnostyka, a także jakie podjęłam kroki, aby wprowadzić ją w remisję. Postanowiłam więc zebrać wszystkie informacje w jedną całość i podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego artykułu chociaż jedna osoba zdecyduje się w końcu zrobić badania i znajdzie przyczynę swojego kiepskiego samopoczucia, z powodu którego jest odsyłana od lekarza do lekarza. Ktoś, kto właśnie dowiedział się o chorobie i będzie szukał informacji w Internecie uspokoi się, bo prawidłowo wdrożone zmiany w sposobie odżywiania, trybie życia oraz otaczającym go środowisku – dobrane w sposób indywidualny – nie tylko poprawią jego komfort życia, ale także wprowadzą chorobę w stan remisji. Chory, który od lat zmaga się z Hashimoto zrozumie, dlaczego w dalszym ciągu mu się to nie udaje. Natomiast ktoś, kto ma w rodzinie osobę chorą, dwa razy się zastanowi, zanim wyśle ją do psychologa. Tego bym sobie życzyła.

Niepokojące symptomy
Mijają właśnie dwa lata odkąd za namową swojego ówczesnego trenera personalnego Sebastiana Kota zrobiłam po raz pierwszy badania krwi. Zwlekałam z tym dość długo, bo nasza współpraca rozpoczęła się dobre kilka miesięcy wcześniej. Sebastian wielokrotnie wspominał, żebym skontrolowała swój stan zdrowia. W końcu to jedna z cech dobrego trenera personalnego (więcej tutaj). Zlecił mi jednocześnie listę badań, które powinnam wykonać. Była ona podobna do tej, którą sama z czasem stworzyłam dla swoich podopiecznych, z którymi obecnie nawiązuję współpracę (więcej tutaj).

W sierpniu 2014 roku nadarzyła się okazja na darmowe badania. Udało mi się zrobić sporą ich większość. Oczywiście z wynikami udałam się do Sebastiana, którego zaniepokoił stan mojej tarczycy, a dokładniej słaba konwersja hormonów. Miałam wynik fT3 na poziomie 3,46 pmol/l (norma 3,10-6,80, a więc 9,73%), a fT4 – 14,21 pmol/l (norma 12,00 – 22,00, a więc 22,10%). Moje TSH wynosiło 2,320 mlU/I (norma 0,270-4,200). Dla mnie wszystko było oczywiście w normie. Nie widziałam powodu do niepokoju, więc nawet nie poszłam z wynikami do lekarza. Byłam jedną z tych osób, które początkowo nie miały żadnych ewidentnych symptomów choroby, co sprawiło, że diagnoza została trafnie postawiona dopiero w miarę upływu czasu i progresji choroby, a więc gdy objawy niedoczynności tarczycy skutecznie zaczęły mi utrudniać życie.

Hashimoto uważane jest za główną przyczynę niedoczynności tarczycy. Szacuje się, że mija od 2 do 7 lat od pojawienia się przeciwciał do rozwinięcia choroby, dlatego tak ważna jest systematyczna kontrola swojego stanu zdrowia, nawet jeśli nic nam nie dolega! Badajmy się gruntownie co rok!

Z miesiąca na miesiąc czułam się jednak coraz gorzej. Byłam nieustannie zmęczona, bolały mnie mięśnie i stawy. Trenowałam jednak wówczas praktycznie codziennie (treningi siłowe, crossfit), więc myślałam, że po prostu przesadziłam z ilością i intensywnością aktywności fizycznej. Z treningów nie byłam jednak w stanie zrezygnować, bo siłownia była wówczas jedynym miejscem, w którym czułam się szczęśliwa. Miałam bowiem problemy w domu, mnóstwo stresów w pracy, ogromne wahania nastroju, od euforii po depresję. Byłam przewrażliwiona. Nawet błahostka była w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Zdarzało mi się płakać oglądając „Wiadomości”. Wcześniej miałam mnóstwo energii, a nagle straciłam ochotę do życia. Miałam problemy z koncentracją i z pamięcią (do dzisiaj patrzę na kogoś i nie potrafię sobie przypomnieć jego imienia). Ni stąd, ni zowąd dostawałam palpitacji serca. Było mi duszno. Raz trafiłam nawet na ostry dyżur, ale lekarze profilaktycznie podali mi kroplówkę z elektrolitami i odesłali do domu.

Mimo treningów moja sylwetka wcale nie prezentowała się korzystniej. Nie byłam w stanie zbudować masy mięśniowej. Gromadziłam za to tkankę tłuszczową na brzuchu, ramionach i udach. Zatrzymywałam wodę w organizmie. Ćwiczyłam, dbałam o odpowiednią ilość białka, tłuszczu i węglowodanów w mojej diecie, a mimo to tyłam. Chociaż w sumie, zdarzały mi się od czasu do czasu napady kompulsywnego objadania, choć łączyłam to raczej z nieustannym stresem. Spałam po kilkanaście godzin, niejednokrotnie budząc się co godzinę, a rano czułam się jak po całonocnej imprezie. Pękała mi głowa. Nie byłam w stanie obyć się bez kawy. W nocy strasznie się pociłam. Czasami w ogóle nie potrafiłam zasnąć, albo spałam w dzień po posiłku. Mimo wysokich temperatur, latem chodziłam ciągle w bluzach i długich spodniach. Kiedy wszystkim wokół było gorąco, ja odczuwałam zimno. Zima była dla mnie koszmarem. Fatalnie znosiłam niskie temperatury.

Na siłownię nie chodziłam tylko wtedy, gdy byłam chora i miałam anginę czy grypę. Trenowałam z przeziębieniem, bo inaczej tygodniami siedziałabym bezczynnie w domu. Nieustannie byłam chora. Pamiętam dokładnie wrzesień 2014. Najpierw miałam grypę, potem anginę i znów grypę. Zaliczyłam trzy antybiotykoterapie w jednym miesiącu. Ale już wcześniej bardzo dużo chorowałam. Nie pomagały mi żadne suplementy na odporność. Miałam również spore problemy żołądkowo-jelitowe. Zmagałam się naprzemiennie z biegunkami i zaparciami. Bolał mnie żołądek. Kilkukrotnie stan zapalny był tak duży, że nie byłam w stanie chodzić, siedzieć, ani leżeć. Nie mówiąc o jedzeniu. Lekarz oczywiście leczył mnie antybiotykami i lekami rozkurczowymi. Zamiast mi pomóc, wyciszył na chwilę problem, który wracał ze zdwojoną siłą. Męczyły mnie biegunki, gazy, wzdęcia i zaparcia. Robiłam badanie w kierunku Helicobacter Pylorii, ale na szczęście w moim niedokwaszonym żołądku nie rozwinęły się żadne bakterie. Mimo to ciągle odczuwałam ból. Za którymś razem lekarz wypisał mi skierowanie do psychologa.

Jako nastolatka nigdy nie zmagałam się z trądzikiem, a nagle na mojej twarzy pojawiło się mnóstwo wyprysków. Miałam suchą skórę. Nie pomagały mi żadne balsamy do ciała. Na twarzy pojawił się rumień, jakbym właśnie skończyła trening interwałowy. Byłam opuchnięta. Miałam kruche paznokcie. Wypadały mi włosy, choć jeszcze nie tak intensywnie, jak po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych pół roku później. Przerzedziły mi się brwi i rzęsy.

Do niepokojących objawów należą:
– głowa: bóle głowy, migreny, zawroty głowy, trudności ze snem,
– oczy: zapuchnięte, zaczerwienione powieki, podkrążone oczy, opuchlizna wokół oczy, zaburzenia widzenia, łzawienie, swędzenie oczu,
– umysł: zaburzenia jasności myślenia, problemy z pamięcią, zaburzenia koordynacji ruchowej, trudności z podejmowaniem decyzji, jąkanie się, deficyt uwagi, trudności z przyswajaniem wiedzy,
– nos: zwężenie nozdrzy, nadmierne wydzielanie śluzu, zapchany, cieknący nos, problemy z zatokami, kichanie,
– uszy: swędzenie, ból ucha, infekcja, gromadzenie się płynu, dzwonienie, niedosłuch,
– waga ciała: niemożność zbicia wagi, silny apetyt, otyłość, niedowaga, kompulsywne objadanie się, zatrzymywanie wody, obrzęki,
– usta: przewlekły kaszel, częste odkasływanie, ból gardła, opuchnięte wargi, owrzodzenie błony śluzowej jamy ustanej,
– trawienie: mdłości, wymioty, biegunka, zaparcia, wzdęcia, odbijanie, gazy, zgaga, niestrawność, ból jelit, żołądka, skurcze, Candida,
– serce: nieregularne tętno, przyspieszone tętno, ból klatki piersiowej, zazwyczaj niskie ciśnienie, zawroty głowy, omdlenia, palpitacje i zmiany rytmu serca,
– emocje: lęki, depresja, huśtawki nastrojów, nerwowość, drażliwość,
– płuca: przekrwienie płuc, astma, zapalenie oskrzeli, płytki oddech, trudności z oddychaniem,
– poziom energii: zmęczenie, ospałość, nadpobudliwość, niespokojność,
– skóra: trądzik, pokrzywka, wypadanie włosów, uderzenia krwi do głowy, nadmierne pocenie się, Atopowe Zapalenie Skóry i łysienie plackowate.
– stawy, mięśnie: ból stawów, artretyzm, sztywność mięśni, ból mięśni, osłabienie, zmęczenie,
– inne: częste chorowanie, ciągłe infekcje (w tym pochwy, ucha), częste oddawanie moczu, swędzenie odbytu, niestabilny poziom cukru we krwi, stan zapalny organizmu

Oczywiście, wiele z wymienionych wyżej symptomów wskazuje również na inne dolegliwości (niedoczynność tarczycy, zmęczenie nadnerczy, nieszczelne jelita, insulinooporność, zaburzenia hormonalne), które jednak bardzo często chodzą w parze z chorobami autoimmunologicznymi, w tym Hashimoto.

Długa droga
Siłą rzeczy zaczęłam interesować się bardziej swoim zdrowiem. Szczególnie, że przygotowując się do zawodów w trójboju siłowym, doznałam kontuzji pleców (więcej tutaj) i byłam uziemiona w domu. To był przełomowy moment. Początkowa rozpacz przerodziła się na szczęście w chęć działania. Szukałam więc informacji w Internecie, jednym tchem przeczytałam bloga Moniki Skuzy z „Tłuste życie”, następnie trafiłam na stronę Anity z „AlpacaSquare”. Grzebałam na amerykańskich i brytyjskich portalach. Powoli wszystko zaczęło mi się układać w jedną całość.

Wszyscy podkreślali zgodnym tonem, że najważniejsza jest diagnostyka. Wysłałam więc moją mamę z misją do lekarza rodzinnego i całą listą badań, którą chciałam zrobić. Mama potrafi załatwić wszystko. Może nie dostałam skierowania na wszystko to, co chciałam, bo część badań nie jest refundowana, ale na sporą większość. Pamiętam, że pielęgniarka, która pobierała mi krew stwierdziła, że lekarz chyba upadł na głowę, dając mi skierowanie na tyle badań, że narażam NFZ na wyrzucanie pieniędzy w błoto, że przecież jestem młoda i zdrowa. Pamiętam, że próbowałam jej tłumaczyć, jak fatalnie się czuję, ale niestety moje argumenty w żaden sposób do niej nie przemówiły. Nigdy więcej już tam nie poszłam na żadne badania.

W każdym razie, mój wynik TSH wzrósł do 2,5 qIU/ml (norma 0,270-4,200), a fT4 dalej utrzymywało się na niskim poziomie: 1,18 ng/dl (norma 0,93 – 1,70, czyli 21,47%). Na fT3 nie dostałam skierowania. W każdym razie już wiedziałam, że nie jest dobrze. Zaczęłam szukać endokrynologa, który przyjmie mnie jak najszybciej na wizytę. Państwowo musiałabym czekać ponad rok. Trafiłam więc prywatnie do dr n. med. Tomasza Stęchłego w Bytomiu. Powiedział, że wszystko jest w normie, ale mogę zrobić jeszcze badania w kierunku Hashimoto, a dokładnie anty-TPO. Nie zlecił anty-TG, ani anty-TRAb, których wykonanie również byłoby wskazane. Jednocześnie ze względu na bardzo wysoki kortyzol na czczo, wysłał mnie na test hamowania Deksametazonem. Ten wynik wyszedł w porządku, za to anty-TPO aż 60,27 IU/ml (norma 0-9,00). Dzięki wiedzy, jakiej już wówczas miałam, wiedziałam, że to Hashimoto, a kolejna wizyta u lekarza jedynie potwierdziła moją diagnozę. Lekarz nie zrobił mi jednak USG tarczycy. Stwierdził jedynie, że na syntetyczne hormony jest za wcześnie, że nie mam jeszcze niedoczynności tarczycy. Nie zalecił żadnej diety, żadnych suplementów, tylko kontrolę za pół roku. Jak już wspominałam, początkowo się przestraszyłam, ale jako, że miałam jeszcze wówczas zaufanie do lekarzy, wizyta w gabinecie trochę mnie uspokoiła. Jadłam więc dalej, jak dotychczas (zdrowo, co nie oznaczało, że odpowiednio dla mnie) i sporo trenowałam. Jedynie postanowiłam zrezygnować z antykoncepcji hormonalnej i wtedy tak naprawdę zaczęły się wszystkie moje problemy, o których już tutaj wielokrotnie tutaj pisałam. Czułam się tragicznie.

W czerwcu zgodnie z zaleceniem zrobiłam kontrolne badania. TSH zmalało do 1,988 uIU/ml (norma 0,34 – 5,6), fT3 było  dalej niskie: 2,65 pg/ml (2,5 – 3,9, a więc 10,71%), za to fT4 poprawiło się dwukrotnie: 0,89 ng/dl (norm 0,61 – 1,12, a więc 54,9%). Anty-TO spadło natomiast do 42,11 IU/ml (norma 0 – 9,00). Doktor Stęchły oczywiście powiedział, że wszystko jest w porządku, za co zapłaciłam kolejne 120zł. Zapomniałabym, jego zdaniem niepotrzebnie robiłam badanie anty-TPO, bo przecież ilość przeciwciał nie ma żadnego znaczenia i wystarczy zbadać je raz w życiu. Wyszłam z gabinetu zdegustowana. Czułam się fatalnie. Postanowiłam więc skonsultować się z innym endokrynologiem. Anita z bloga „AlpacaSquare” chwaliła dr n. med. Janusza Klajnowicza z Mysłowic. Niestety, na wizytę czekałam aż do końca października (opisywałam ją tutaj). Do tego czasu, dzięki informacjom uzyskanym w Internecie, zaczęłam łykać różnego rodzaju suplementy i zmieniać powoli swoje życie. Na niewiele się to jednak zdało. Przed wizytą zrobiłam komplet badań i moje TSH wynosiło 2,02 mlU/l (norma [0,270-4,2), fT3 3,83 pmol/l (norma 3,1-6,8, a więc 19,73%), fT4 17,24 pmol/l (norma 12-22 pmol/l, a więc 52,4%) a anty-TPO 174,5 iU/ml (norma <34). Moje samopoczucie było jednak jedną wielką katastrofą. Wizytę i zalecenia dokładnie opisywałam, więc nie będę się powtarzać. Chciałam jedynie powiedzieć, że dopiero praktycznie po roku miałam zrobione USG tarczycy, które potwierdziło Hashimoto. Moja tarczyca miała objętość 6ml, a więc jak u kilkuletniej dziewczynki! Doktor Klajnowicz stwierdził również subkliniczną niedoczynność tarczycy i wprowadził syntetyczne hormony tarczycy w postaci Euthyroxu 25mg. Dopiero po wizycie zaczęłam się zastanawiać, dlaczego kazał mi usunąć z diety laktozę (w dzieciństwie miałam skazę białkową), a przepisał lek z laktozą w składzie. Od razu poszłam więc do lekarza rodzinnego i zmieniłam lek na Letrox bez laktozy w składzie.

Jak widzicie, moja diagnostyka była przeciągnięta w czasie. Wynikało to z mojego braku wiedzy, którą sukcesywnie zdobywałam. Własne doświadczenia sprawiły jednak, że podopiecznym mających podobne dolegliwości do moich zalecam od razu w miarę możliwości finansowych pełną diagnostykę w kierunku niedoczynności tarczycy (o nadczynności innym razem) i Hashimoto, jeśli zmagają się z problemami symptomami do moich.

Podstawowa diagnostyka
Niezbędne jest wykonanie badań TSH, fT3, fT4, anty-TPO oraz anty-TG.  Niestety, często lekarze przepisują leki na podstawie samego wyniku TSH.

TSH – to najczulszy wskaźnik zaburzeń pracy tarczycy. Określa poziom hormonu tyreotropowego wydzielanego przez przysadkę mózgową i stymulującego pracę tarczycy. Obowiązujący obecnie zakres normy TSH mieści się w przedziale wartości od 0,2/0,4 – 4,5 mIU/l. Okazuje się jednak, że wyznaczony zakres referencyjny, a szczególnie jego górna granica nie jest miarodajna diagnostycznie. Amerykańska Narodowa Akademia Biochemii Klinicznej postuluje, aby górna norma TSH wynosiła w przyszłości 2,5 mIU/l, powołując się na fakt, że ponad 95% zdrowych ochotników bez osobistych i rodzinnych wywiadów choroby tarczycy, wola, przeciwciał anty-TPO i anty-TG oraz niezażywających leków, ma stężenie TSH w przedziale wartości 0,4 – 2,5 mIU/l.  W wielu przypadkach stężenie TSH powyżej 2,5 mIU/l wskazuje na obecność utajonej choroby tarczycy, np. zapalenia typu Hashimoto. Norma dla młodych kobiet w wieku ok. 20-30 lat powinna wynosić maksymalnie 1,5 mlU/l. Szczególnie powinny tego pilnować kobiety w ciąży lub starające się o dziecko – nawet jeśli nigdy nie miały i nie podejrzewają problemów z tarczycą. Zła praca tarczyca znacznie utrudnia zajście w ciążę, powoduje poronienia, a także zwiększa ryzyko urodzenia chorego, upośledzonego dziecka.

Tarczyca wytwarza dwa „główne” hormony: T3- trijodotyronine i T4 – tyroksynę. Jeśli jest ich za dużo, TSH maleje, jeśli hormonów jest mało- TSH rośnie (tzw. sprzężenie zwrotne ujemne).

fT3 – określa poziom wolnej, niezwiązanej z białkami trijodotyroniny T3. Większość tego hormonu produkowana jest z T4 na skutek konwersji. T3 odpowiada za przemianę materii, trawienie, wchłanianie, poziom energii, stan włosów, skóry i paznokci, prawidłową akcję serca i oddech. Wynik fT3 powinien być na poziomie ponad 50% normy laboratoryjnej, u osób chorych na Hashimoto czy niedoczynność tarczycy nawet w granicach 60-70%. Wszystko zależy indywidualnie od osoby. Sami rozumiecie, jak się czułam przy moich 10%.

fT4 – określa poziom wolnej, niezwiązane z białkami tyroksyny T4 (stanowi 85% produkcji hormonów). T4 jest prohormonem, produkowanym przez komórki tarczycy, który jest przekształcany do T3 na drodze dejodynacji – odczepienia jednego atomu jodu. Niepokojący powinien być wynik mniejszy niż 50% normy laboratoryjnej.

Kalkulator można znaleźć tutaj.

Moim zdaniem konieczne jest ich wykonywanie „trójki tarczycowej” minimum raz na 3 miesiące lub częściej przy zmianach leczenia lub w znacznym pogorszeniu stanu zdrowia. Dobranie dawki leku nie jest łatwe. Często zdarza się bowiem tak, że Euthyrox czy Letrox podniesie poziom fT4, a słaba konwersja sprawi, że fT3 w dalszym ciągu będzie w dolnej granicy normy. Wówczas konieczna jest zwrócenie uwagi na aspekty wpływające na prawidłową konwersję.

anty-TPO i anty-TG – określają poziom przeciwciał skierowanych kolejno przeciwko peroksydazie tarczycy (która jest enzymem produkowanym przez tarczycę i bez którego jod nie jest „wychwytywany”, w rezultacie czego hormony tarczycy nie mogą być poprawnie produkowane) i tyreglobulinie tarczycy (która znajduje się w komórkach tarczycy i zapewnia magazynowanie hormonów T4 oraz T3) i pozwalają zdiagnozować autoimmunologiczne zapalenie tarczycy typu Hashimoto. Niepokojące moim zdaniem są nawet najmniejsze ilości przeciwciał, znajdujące się w normie laboratoryjnej, świadczące o toczącym się procesie zapalnym.

Można mieć tysiące przeciwciał i brak jakichkolwiek symptomów choroby, jak i ich setkę i agresywny atak niszczący tarczycę. To, jak silny jest proces autoagresji nie zależy od poziomu przeciwciał. Często choroby autoimmunologiczne, w tym Hashimoto przez lata nie są więc zdiagnozowane. Przeciwciała we krwi mogą pojawiać się na długo przed manifestacją choroby. Ktoś może czuć się świetnie, a to znak, że już zaczął się proces autoagresji. W ostatnim czasie kilku moich znajomych zrobiło badania, w których zdiagnozowano Hashimoto, a nie odczuwają żadnych możliwych symptomów choroby.

Lekarze konwencjonalni uważają często, że badanie przeciwciał wystarczy wykonać raz w życiu, jednak moim zdaniem warto badań minimum raz na 3-6 miesiący ich poziom, by sprawdzić, czy wdrożone leczenie, suplementacja i zmiana tryby życia przynoszą zamierzone efekty w postaci spadku ilości przeciwciał (ocena tendencji wzrostowej lub spadkowej).

Podwyższony poziom może pojawić się również przy innych chorobach, takich jak: reumatologiczne zapalenie stawów, anemia złośliwa, toczeń czy cukrzyca typu I. Często są też obecne u kobiet, które mają problemy z zajściem lub donoszeniem ciąży.

Badanie ultrasonograficzne tarczycy – powinno być zlecone w przypadku nieprawidłowości w badaniach krwi. Czasami jednak przeciwciała są fałszywie negatywne, więc przy dolegliwościach wskazujących na Hashimoto, a przy braku przeciwciał konieczne jest wykonanie USG, które pozwala określić wielkość tarczycy (atrofia lub wole), charakter jej miąższu (np. hypoechogeniczny, kiedy zawiera mniej płynu), diagnozuje zmiany limfocytowe, zniszczenie komórek nabłonka, ogniska zapalne (tzw. guzki), ich wielkość oraz strukturę. Czasami konieczna jest również biopsja cienkoigłowa. Zdarzają się przypadki, że w wynikach badań krwi pojawiły się przeciwciała, a obraz USG tarczycy nie potwierdza choroby. Każdy przypadek należy więc rozpatrywać indywidualnie.

Jak już wspominałam, badanie USG tarczycy wykonał mi po raz pierwszy doktor Klajnowicz. Okazało się, że moja tarczyca ma jedynie 6,27ml, a więc jak u kilkuletniej dziewczynki. Prawidłowa objętość tarczycy dla kobiet to  13-18ml, u mężczyzn: 15-25ml, natomiast u dzieci w zależności od wieku 3-10ml. Mała tarczyca rzadko produkuje odpowiednią ilość hormonów. Po wdrożeniu leczenia, suplementacji i zmiany trybu życia warto kontrolować jej stan.

Objętość tarczycy można wyliczyć tutaj lub w aplikacji na telefon „Kalkulator tarczycowy”.

kalkulator

Rozszerzona diagnostyka
rT3 – odwrócone T3, odwrotna trijodotyronina, nieaktywna forma, zwana antyhormonem tarczycy, która uniemożliwia wykorzystanie T3.

rt3
Więcej na temat badania można przeczytać tutaj. Badanie można zrobić również w laboratorium „Diagnostyka”.

TRH – test tyreoliberynowy, wykonuje się, gdy stężenie hormonu TSH jest niewłaściwe. Przeprowadzając test TRH bada się poziom TSH we krwi, a następnie donosowo, dożylnie lub doustnie podaje się TRH. U zdrowego człowieka po podaniu TRH poziom TSH wzrasta po 30 minutach od 3 do 30 mj/I. Jeżeli przyrost jest mniejszy niż 3 mj/I wskazuje to na nadczynność, jeżeli większy niż 30 mj/I na niedoczynność. Test ten powinno wykonywać się w szpitalu, ale przyznam szczerze, że jeszcze się z nim nie spotkałam. Szczerze mówiąc, nie widzę większego sensu jego wykonywania.

Mutacja genu HLA-DR3/DR5 – badanie genetyczne, które może wykazać predyspozycję do zanikowego (atroficznego) zapalenia tarczycy oraz postaci z wolem. Nie wydaje mi się jednak, aby ta wiedza była komukolwiek przydatna.

Dodatkowa diagnostyka
Choroby tarczycy często łączą się z niedoborami witamin i minerałów, w tym witaminy D3 (osoby z Hashimoto często cierpią na polimorfizm receptora witaminy D3, co oznacza, że potrzebują więcej witaminy D niż inni ludzie – dobry wynik to 80-100 ng/ml, choć po tym artykule wynik 50 ng/ml uważam już za dobry), żelaza i ferrytyny (pełnią ważną rolę w syntezie hormonów tarczycy, aby zastopować wypadanie włosów konieczny jest poziom >40 ng/ml, aby odrosły >70 ng/ml, za optymalny poziom w Hashimoto uważa się 90-110ng/ml.) czy witaminy B12 i kwasu foliowego (wiele objawów niedoboru witaminy B12 może się pokrywać z objawami choroby tarczycy). Na niedobory w organizmie wskazują również parametry morfologii krwi (MPV, MCH, MCHC).

Wysoki poziom eozynofilów oraz monocytów często świadczy natomiast o chorobie autoimmunologicznej, a także wiążącymi się z nią nietolerancjami i alergiami pokarmowymi, czy pasożytami. W proteinogramie osób z chorobami autoimmunologicznymi diagnozuje się często podwyższony poziom alfaglobuliny i betaglobuliny oraz obniżone albuminy. Problemowe jest również podwyższone lub obniżone białko całkowite.

Hormony tarczycy wpływają również na pracę nadnerczy (więcej o diagnostyce pisałam tutaj), a także hormony płciowe (LH, FSH, testosteron, prolaktyna, estrogen). Sporo osób zmagających się z Hashimoto ma także nieszczelne jelita (więcej tutaj), insulinooporność (więcej pisałam tutaj), a także zaburzenia metylacji (więcej  tutaj) oraz złe wyniki profilu lipidowego (nieprawidłowy stosunek HDL do LDL oraz wysokie trójglicerydy, więcej tutaj) i enzymów wątrobowych (podwyższone, więcej tutaj).

vitaimmun
Bardzo popularne są ostatnio badania flory bakteryjnej jelit oraz w kierunku nietolerancji pokarmowych IgG/IgA, np. w Centrum Medycznym VitaImmun (więcej tutaj). Niestety, ceny są kosmiczne. Lekarze konwencjonalni uważają to za stratę pieniędzy, ale chociażby tutaj można przeczytać badania naukowe na ten temat.

Choroby autoimmunologiczne często chodzą parami, trójkami, a nawet czwórkami. Jeśli więc mimo odpowiedniej diety, suplementacji i zmiany trybu życia nie widać poprawy, warto wykonać dalszą diagnostykę, aby sprawdzić, czy nie borykamy się jednocześnie ze stwardnieniem rozsianym, zespołem Sjögrena, twardziną układową, zespołem antyfosfolipidowym, toczniem, autoimmunologicznym zapaleniem wątroby, reumatoidalnym zapaleniem stawów, cukrzycą typu 1, łuszczycą, chorobą Addisona, chorobą Gravesa-Basedova czy celiakią (wkrótce planuję większy artykuł na temat celiakii i glutenu).

W przypadku Hashimoto organizm może wytwarzać również przeciwciała przeciwko innym organom. Przykładowo tzw. brain fog, czyli mgła mózgowa jest wynikiem wytwarzania przeciwciał przeciwko własnemu mózgowi. Mówi się, że ma je aż 1/3 osób chorujących na Hashimoto. Dla świętego spokoju nie warto jednak ich badać.

Tym samym konieczne jest wykonanie badania przesiewowego ANA1 i określenie miana oraz typu świecenia. Wysoki wynik miana, powyżej 100 wskazuje na toczącą się chorobę autoimmunologiczną. Niektórzy jednak odczuwają symptomy choroby nawet przy niższych wartościach. Typ świecenia fluorescencji jądrowej (np. ziarnistej, jąderkowej, cytoplazmatycznej) powiązany jest natomiast z występowaniem antygenów, które przypisane są do konkretnych jednostek chorobowych. Zazwyczaj  jest ich kilka (laboratoria opisują wynik), dlatego można wykonać następnie już dokładniejsze testy, aby dokładnie zidentyfikować „wroga”.

ana

Badania w kierunku chorób autoimmunologicznych można wykonać na przykład w laboratorium „Diagnostyka”. Przymierzam się do niego. Z czystej ciekawości.

Ogólnie rzecz biorąc, konieczna jest pełna diagnostyka i odpowiednia interpretacja wyników. Wiem z doświadczenia, jak trudno jest uzyskać skierowanie na badania z Narodowego Funduszu Zdrowia. Szczególnie młodym osobom. Warto jednak szukać lekarzy, którzy chcą leczyć swoich pacjentów, a nie tylko wyciszać symptomy. Najlepiej pytać o polecenia znajomych, którzy również zmagają się z chorobami tarczycy, na forach i grupach wsparcia, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Dzięki akcji laboratorium Diagnostyki „Żyj zdrowo, bądź aktywny”, o której pisałam tutaj wielu moich znajomych zrobiło profilaktyczne badania. Warto śledzić promocje w okolicznych laboratoriach i z nich korzystać. Jeśli jesteście mieszkańcami Śląska, śledźcie profil Śląskiego Laboratorium Analitycznego (więcej tutaj). Obecnie mają w promocji pakiet badań enzymów wątrobowych.

Zachęcam jednocześnie, aby nie poprzestawać na podstawowej diagnostyce i szukać przyczyn występowania symptomów choroby. Diagnoza „taka jest Twoja natura” w żaden sposób mnie nie przekonuje i Was również nie powinna!

Przyczyny autoagresji
Kiedy zaczęłam się bardziej interesować tematyką zdrowia i Hashimoto, zaczęłam zastanawiać się, czym sobie „zasłużyłam” na tę chorobę. Dlaczego mój układ odpornościowy zaczął traktować mnie jako wroga? Myślę, że podobne pytanie zadaje sobie każdy, kto usłyszał diagnozę w kierunku Hashimoto. Nie znalazłam od razu odpowiedzi. Półtora roku temu nie zdawałam sobie bowiem sprawy z wielu rzeczy, które były dla mnie fatalne w skutkach. Dopiero, gdy zaczęłam czytać coraz więcej, zrozumiałam, gdzie mogłam popełnić nieświadomie błędy.

Dr Alessio Fasano, światowej sławy gastroenterolog oraz specjalista w leczeniu celiakii i chorób autoimmunologicznych przyrównuje proces tworzenia się autoimmunologicznej do trójnogiego stołka. Twierdzi, że muszą zostać spełnione trzy warunki, takie jak: predyspozycja genetyczna (choroby autoimmunologiczne u najbliższych krewnych), rozszczelniona bariera jelitowa oraz czynnik wyzwalający (toksyny środowiskowe, nadmierny stres), aby choroba z autoagresji uległa manifestacji.

Pamiętam, że kiedy zapytałam doktora Stęchłego o przyczyny autoagresji, wskazał na geny. Jeśli chorowali nasi dziadkowie, my również możemy zmagać się autoagresją. Osobiście trudno mi powiedzieć, w jaki sposób geny miały wpływ na rozwój mojej choroby. Mam jedynie pewne przypuszczenia. Mama mojego ojca miała problemy z tarczycą, zakończone ostatecznie jej usunięciem. Mój ojciec również ma za sobą zabieg. Babcia, której nigdy nie znałam z pewnością nie była diagnozowana w kierunku Hashimoto, a być może podobnie, jak ja zmagała się z chorobą. Moja kuzynka (córka siostry ojca) choruje natomiast na reumatoidalne zapalenie stawów. Być może obie dostałyśmy w spadku geny po babci? Trudno powiedzieć. Zresztą nie ma to dla mnie znaczenia.

Podobnie, jak doktor Fasano uważam, że mimo genetycznych predyspozycji można zapobiec chorobie.  Ludzkie geny ewoluują bowiem bardzo powoli, co oznacza, że częstotliwość występowania chorób agresywnych – zwłaszcza na przestrzeni kilku pokoleń – powinna utrzymywać się mniej więcej na tym samym poziomie. Z jakiegoś jednak powodu w przeciągu ostatniego półwiecza liczba zachorowań potroiła się. Skoro zatem genotyp człowieka nie mógł ulec tak dynamicznej zmianie, w grę muszą wchodzić czynniki środowiskowe.

W moim przypadku wstępem do rozwoju choroby autoimmunologiczne były z pewnością nieszczelne jelita, które są strażnikiem między światem zewnętrznym a wewnętrznym. O tym, w jaki sposób zaburzyłam ich pracę pisałam szczegółowo tutaj. Kluczowe dla ich nieszczelności były jednak niewątpliwie zła dieta, przetworzona żywność (GMO), nierozpoznawana (napromieniowana, poddane obróbce termicznej), martwa (paczkowana, sterylizowana, pozbawiona enzymów trawiennych), mocno obrobiona termicznie (tłuszcze trans), wysterylizowana (bez bakterii), ryby bogate w metale ciężkie, mięso nafaszerowane antybiotykami, sterydami i hormonami, nabiał (mimo skazy białkowej w dzieciństwie), oleje roślinne powodujące utlenianie (bogate w kwasy omega-6, prozapalne leukotrieny), substancje antyodżywcze (lektyny, kwas fitynowy, inhibitory trypsyny, taniny) promujące atak autoimmunologiczny, nadmiar węglowodanów, cukru i fruktozy z owoców, w tym gluten, który w przeciwieństwie do czasów naszych dziadków jest wszechobecny (co więcej na przestrzeni dziesięcioleci jego struktura chemiczna zmieniła się, przybierając o wiele bardziej złowrogą postać), wielokrotne leczenie antybiotykoterapią, kilkunastoletnie stosowanie antykoncepcji hormonalnej i przyjmowanie dużych ilości leków przeciwbólowych, przeładowanie organizmu toksynami (BPA, fluor, chlor, rtęć, bisfenole, chemia z jedzenia i kosmetyków, więcej tutaj) oraz zaburzenia hormonalne.

Powodem autoagresji mogą być również alergie pokarmowe i wziewne oraz tzw. alergie krzyżowe. Możemy bowiem odczulić się na sierść kota, a jeść spore ilości wieprzowiny i tym samym drażnić organizm alergenami krzyżującymi się. Listę alergenów reagujących krzyżowo można znaleźć tutaj. Przykładowo z glutenem krzyżują się takie produkty, jak: amarantus, gryka, czekolada, kawa, kukurydza, nabiał, jajka, proso (kasza jaglana), ziemniaki, ryż, sezam, soja, tapioka, drożdże, owies.

Ze względu na nieszczelne jelita miałam problemy z trawieniem białka i tłuszczu, selektywnie  wchłaniałam jedynie węglowodany, co odbiło się na gospodarce cukrowo-insulinowej. Szybkie i częste skoki poziomu cukru we krwi również promowały atak autoimmunologiczny (więcej tutaj).

Nie zmagałam się na szczęście z Candidą (nie walczymy z nią bezwzględnie!), infekcjami bakteryjnymi, pasożytami i wirusami, a przynajmniej nic mi o nich nie wiadomo. Z chorobami autoimmunologicznymi powiązane są m.in. wirus Epsteina-Barr, Yersinia, Chlamydia, Borelioza, Escherichia Coli, Helicobacter Pylori, chronicznie zapalenie zatok, czy infekcje grzybicze. Mówi się o trzech możliwych mechanizmach, poprzez które wirusy, bakterie i grzyby mogą zapoczątkować lub zaostrzyć przebieg procesów autoimmunologicznych. Pierwszy z nich dotyczy teorii molekularnej mimikry, polegającej na homologii i podobieństwie strukturalnym, serologicznym i funkcjonalnym pomiędzy antygenami drobnoustrojów a tkankami organizmu wyższego. Bakterie upodabniają się przykładowo do tkanek naszego organizmu przez co łatwiej im jest wniknąć do niego i wprowadzają w błąd nasz system immunologiczny, który nie będzie w stanie właściwie rozpoznać patogenów. Z tym zjawiskiem spotkał się kiedyś mój brat, który w wyniku niewyleczonej grypy zmagał się z zapaleniem mięśnia sercowego. Druga teoria dotyczy biernej aktywacji, zdaniem której stan zapalny rozprzestrzenia się na sąsiadujące, zdrowe tkanki poprzez aktywację autoreaktywnych limfocytów. Bierna aktywacja nie wymaga podobieństwa molekularnego, jakie ma miejsce w molekularnej mimikrze. Co gorsze, w tym przypadku zdrowe komórki podczas infekcji mogą zostać przypadkowo uszkodzone. Natomiast według trzeciej teorii infekcja powoduje prozapalne środowisko, które prowadzi do śmierci komórki, stresu oksydacyjnego i produkcji wolnych rodników. W konsekwencji własne proteiny stają się obcymi.

Badania wykazują powiązanie pomiędzy Chlamydią i Yersinią, a autoimmunologicznym zapaleniem tarczycy typu Hashimoto. Planuję cały czas zrobienie badań w tym kierunku. 

Istotną rolę odgrywają również leukotrieny, lipidy związane z układem autoimmunologicznym. Odgrywają istotną rolę w zapaleniu rozwijającym się w odpowiedzi na szkodliwe bodźce działające na organizm. Przypisuje im się kluczową rolę w patogenezie takich chorób, jak alergiczny nieżyt nosa, pokrzywka, wstrząs anafilaktyczny, reumatoidalne zapalenie stawów, czy łuszczyca. Należą do grupy biologicznie aktywnych, wielonienasyconych kwasów tłuszczowych zwanych eikozanoidami, powstających z kwasu arachidonowego (wytwarza się kwasów omega-6)  w wyniku działania enzymu 5-lipoksygenazy. Dlatego w diecie autoimmunologicznej odpadają oleje roślinne, pestki, słonecznik, dynia, sezam. Zdolność do produkcji leukotrienów posiadają komórki wywodzące się ze szpiku kostnego. Należą się nich eozynofile, neutrofile, monocyty, bazofile, makrofagi. Towarzyszy im często wydzielanie histaminy. Działają upośledzająco na układ odpornościowy. Mogą zaburzać produkcję interferonu (zmniejszają naszą odporność na wirusy) i nasilać reakcje autoimmunologiczne. Wywołują również reakcje ogólnoustrojowe, np. nadciśnienie tętnicze, upośledzenie czynności skurczowej lewej komory serca. Zwiększają ryzyko nowotworów. Pasożyty, które produkuję eozynofile również mogą produkować leukotrieny.

Swego czasu moją bolączką była natomiast zgaga, a zamiast zakwaszać żołądek, stosowałam leki zmniejszające ilość soków żołądkowych (IPP), co tylko pogarszało sytuację. Niewłaściwe PH żołądka powodowało, że niestrawione resztki mięsa trafiały do jelit i tam zalegały. Borykając się z nieszczelnymi jelitami, większe cząstki białek przenikały do mojego organizmu i wprowadzały układ odpornościowy w stan nierównowagi.

Epidemię chorób autoimmunologicznych tłumaczy też tzw. hipoteza higieny. Choć zwykliśmy postrzegać bakterie jak groźne dla naszego zdrowia drobnoustroje, większość gatunków jest neutralna lub wręcz przyjazna człowiekowi, by móc cieszyć się zdrowiem. Wedle hipotezy higieny sami wyniszczamy przyjazne bakterie, co przekłada się na funkcjonowanie układu odpornościowego. Ogromny wpływ na to ma cesarskie cięcie, karmienie butelką, antybiotyki, szczepionki, przebywanie w sterylnych warunkach, dezynfekcja rąk itd. Czasami się śmieję, że lepiej było pozwolić mi taplać się w błocie, gdy byłam małą dziewczynką.

Problemowy jest również brak limfocytów T regulujących odpowiedzialnych za odporność immunologiczną, hamowanie reakcji autoimmunologicznych i zwiększających tolerancję na własne antygeny. Sytuację pogarsza chroniczny stan zapalny organizmu, który w moim wypadku mógł być spowodowany nadmiernym stresem, przetrenowaniem (więcej tutaj), jedzeniem przetworzonej żywności, piciem zbyt dużych ilości alkoholu (a swego czasu piłam sporo),  zaburzeniami trawiennymi, siedzącym trybem życia, zaburzeniami snu, czy infekcjami wirusowo-bakteryjnymi.

Swoją cegiełkę do rozwoju choroby dołożyły w moim wypadku również zaburzenia metylacji (więcej tutaj) i przedostawanie się do organizmu toksycznych substancji. Z moich obserwacji wynika, że najpierw zmagałam się z Hashimoto, w wyniku którego rozwinęła się niedoczynność tarczycy. Nie mam jednak 100-procentowej pewności. Niski pozom hormonów tarczycy (niskie fT3 i fT4) powoduje bowiem wydzielanie TSH i w konsekwencji nadtlenku wodoru. Nadtlenek wodoru jest niezbędny do utleniania jodu z nieaktywnego w aktywny, by mógł brać udział w produkcji hormonów tarczycy. Przy zwiększonej podaży jodu zwiększa się produkcja nadtlenku wodoru. Jod może jednak nasilić autoagresje (za mała jego ilość również). Zwiększona oksydacja, ale również sama niedoczynność tarczycy (wysokie TSH) większa ilość nadtlenku wodoru, co prowadzi do uszkodzenia komórek. Temu procesowi powinna zapobiegać peroksydaza glutationowa. W przypadku zaburzeń metylacji proces ten jest jednak upośledzony.

Z nieszczelnością jelit, zasadowym PH żołądka, brakiem enzymów trawiennych zaburzeniami metylacji związane są również niedobory witamin i minerałów, głównie witaminy D3 czy selenu. Przez lata nie sprawdzałam ich poziomów, nie suplementowałam niczego, mimo ubogiej, monotonnej diety.

Ogromne znaczenie nie tylko dla jelit, ale i układu odpornościowego miały zanieczyszczenia najbliższego otoczenia.  Toksyny (rtęć stosowana w plombach amalgatowych, ołów, arszenik czy bisfenol A zawarty w puszkach do przechowywania żywności) mogły spowodować atrofię (zanik) grasicy, tym samym uniemożliwiając produkcję odpowiedniej ilości limfocytów T regulatorowych. Dodatkowo toksyny zaburzały pracę głównych centr energetycznych organizmu – mitochondriów, a także konwersję hormonu T4 do T3 (aktywnego biologicznie). Dr Amy Myers w książce „Możesz wyleczyć choroby autoimmunologiczne” porównuje organizm do filiżanki, którą toksyny napełniają kropla po kropli i twierdzi, że rozwój choroby autoimmunologicznej może być efektem „przepełnienia filiżanki” wykraczającym ponad możliwości detoksykacyjne organizmu. W przypadku problemów z metylacją jest do bardzo możliwe. Trudno jednak unikać toksyn mieszkając na Śląsku wśród hut i kopalni, podgrzewają jedzenie w mikrofalówce, jedząc sporo tuńczyka z puszki czy stosując kremy z parabenami.

Współczesny człowiek ma bezpośrednią styczność ze znacznie większą ilością substancji toksycznych niże jego przodkowie. Związki chemiczne obecne w powietrzu, wodzie i w pożywieniu – toksyny, z którymi stykamy się w domu, pracy, sytuacjach codziennych – w znacznym stopniu obciążają nasz układ odpornościowy.

Do rozwoju autoagresji przyczyniły się u mnie również zaburzenia hormonalne, mianowicie przewaga estrogenowa wywołana wieloletnim stosowaniem antykoncepcji hormonalnej (więcej tutaj), a przede wszystkim nadmierny stres i wynikająca z nich dysfunkcja nadnerczy (więcej tutaj). Generalnie stres uważam za jeden z kluczowych czynników wyzwalających moją autoagresję. Zarówno ten fizyczny, związany z przetrenowanie, brakiem snu, imprezami co weekend, jak i psychiczny. Co więcej, doświadczenie prowadzenia osób z chorobą Hashimoto pokazuje mi, że większość pochodzi z rodzin dysfunkcyjnych, jest Dorosłymi Dziećmi Alkoholików, ma stresującą pracę lub jest w toksycznym związku. Planuję napisać na ten temat osobny artykuł.

Dr Izabella Wentz w książce „Zapalenie Tarczycy Hashimoto” podkreśla rolę nadmiernego stresu, który wspólnie z niedoborami pokarmowymi i rozszczelnieniem jelit leży u podstaw choroby i jest odpowiedzialny za jej kontynuację. Liczne badania naukowe pokazują, że chroniczny stres hamuje funkcje trawienne, zmniejsza rozmiar tkanki limfatycznej oraz krążących w krwiobiegu komórek układu białokrwinkowego (limfocytów, eozynofili, bazofili, monocytów) oraz blokuje odpornościową odpowiedź komórkową czy generuje cytokiny prozapalne.

Przyczyn zachorowania może być więc bardzo dużo. Autoagresja na pewno nie rozwinęła się w moim wypadku nagle, a jest wynikiem wieloletniego procesu. Nigdy nie miałam jednak do siebie żadnych pretensji, ani do siebie, ani do rodziców, nie rozpamiętywałam przeszłości, a skupiałam się na tym co mogę dla siebie zrobić, by wprowadzić chorobę w remisję.

Leczenie
Pamiętam, że najtrudniej było mi przeboleć fakt, że Hashimoto nie można wyleczyć, że będzie mi towarzyszyło już do końca życia. Jak ostatnio napisałam znajomej w komentarzu na Facebook’u, która rozstała się z facetem, jedynym naszym stałym związkiem jest ten z Hashimoto. Fakt, jesteśmy w stanie doprowadzić Hashimoto do remisji, ale nie możemy wyleczyć go całkowicie. Obiecałam sobie więc, że dołożę wszelkich starań, by przywrócić równowagę w moim organizmie.

Optymalizacja diety i stylu życia to priorytet, jednak w moim wypadku, ze względu na obecność wielu symptomów choroby, pierwszym krokiem było ustabilizowanie poziomu hormonów tarczycy i włączenie terapii hormonalnej. Każda komórka naszego ciała posiada receptor tarczycy,dlatego wysokie TSH i zbyt niski poziom hormonów fT3 i Ft4 przez dłuższy czas jest destrukcyjny.

Wprowadzenie leczenia konieczne jest przy zawyżonym wyniku TSH, które powoduje złe samopoczucie, problemy z wypróżnianiem, wypadanie włosów, senność, zmęczenie. Oznacza mniej kwasu żołądkowego, mniej żółci, gorsze trawienie białek i tłuszczy, selektywne wchłanianie węglowodanów prowadzące do insulinooporności, hipoglikemii, wyrzutów kortyzolu i w konsekwencji wypalenia nadnerczy i produkcji rT3. Wysokie TSH to również produkcja nadtlenku wodoru. Poza tym ustabilizowanie poziomu TSH zwiększa szansę na remisję Hashimoto.

Zastosowanie leczenie jest również konieczne, gdy fT4 jest w dolnej granicy przy prawidłowym TSH oraz gdy fT3 jest w dolnej granicy przy prawidłowym T4 i TSH (najczęściej jednak wprowadzenie samego T4 nic nie daje albo mamy za dużo rT3 i musimy wprowadzić T3).

Zrozumiałam to jednak dopiero z czasem. Początkowo lekarz, jak już wspominałam wyżej, nie zdecydował się zastosować w moim przypadku leczenia syntetycznymi hormonami. Dopiero doktor Klajnowicz wziął pod uwagę nie tylko moje wyniki, ale również symptomy i zdiagnozował subkliniczną niedoczynność tarczycy. Zaproponował mi 25mg Euthyroxu, ale zmieniłam od razu na Letrox, który nie zawiera laktozy. Moim zdaniem Letrox w Hashimoto powinien być standardem. Zarówno Euthyrox, jak i Letrox zawiera jedynie T4. Z czasem sama zwiększyłam Letrox do 50mg i dopiero na tej dawce poczułam się lepiej (nie praktykujcie tego sami bez odpowiedniej wiedzy!). W każdym razie, jeśli widzicie, że Wasze wyniki nie są najlepsze (np. TSH powyżej 2,5 mIU/l, niskie fT3) lub czujecie się źle mimo dobrych wartości, poszukajcie lekarza, który zdecyduje się przepisać Wam najniższą dawkę hormonów i sami ocenicie, czy ich potrzebujecie.

Wprowadzenie Letroxu początkowo przyniosło oczekiwane efekty. W styczniu tego roku, w czasie pobytu w szpitalu na oddziale endokrynologii ginekologicznej w Katowicach (więcej tutaj) mój wynik TSH wynosił 0,77 uIU/ml (norma 0,35 – 4,94), natomiast fT4 1,07 ng/dl (norma 0,7 – 1,48, a więc 47,44%). W szpitalu nie widziano konieczności badania fT3, ani anty-TPO. Cały pakiet badań zrobiłam dopiero w maju i nie wyglądało to najlepiej. TSH 2,04 uIU/ml (norma 0,35 – 4,94), fT3 1,93 pg/mL (norma 1,71 – 3,71, a więc 10%), natomiast fT4 1,01 ng/dl (norma 0,7 – 1,48, a więc 40%). Czasami więc sam Euthyrox lub Letrox nie wystarcza. Gdy fT3 utrzymuje się w dolnej granicy normy, mimo naturalnych prób poprawy konwersji, wsparcia jelit i wątroby czy uzupełnienia niedoborów, koniecznie jest włączenie syntetycznego T3. Tak, jak pisałam tutaj, w ostatnim czasie zdecydowałam się na Novothyral (zawiera laktozę!), który zawiera zarówno T3, jak i T4. Początkowo brałam Letrox i Novothyral, ale ostatnie zostałam jedynie na tym drugim i na tę chwilę – odpukać – czuję się bardzo dobrze. W końcu wróciła moja energia życia i nie chodzę spać o godz. 20:00. Niektórzy stosują Cytomel lub Thybon, czyli sam T3. Trijodotyroninę należy wprowadzać bardzo ostrożnie, od jak najmniejszych dawek i regularnie badać poziom hormonów we krwi. To nie są leki na odchudzanie, jak się niektórym wydaje, choć faktycznie niskie poziom fT3 łączy się najczęściej ze spowolnionym metabolizmem, problemami z budową masy mięśniowej i spalaniem tkanki tłuszczowej. Po włączeniu Novothyralu moja waga ruszyła delikatnie w dół, ale dla mnie jest to przede wszystkim lek!

suple14
Obecnie przyjmuję 50mg T4 i 10mg T3.

Swego czasu miałam również podejście do świńskiej tarczycy. W Internecie można kupić WP Thyroid, Thyroid-S, TR Thyroid czy Thiroyd (na przykład tutaj). Niestety, po kilku tygodniach przerwałam kurację, gdyż czułam się fatalnie, ale wiele osób bardzo sobie ją chwali, gdyż zawiera zarówno T4, jak i T3 w proporcjach zbliżonych do naturalnych, a także niezbadane jeszcze dokładnie hormony T1 i T2. Jedna tabletka 65mg zawiera najczęściej 38mcg T4 i 9mcg T3 (proporcje 81% – 19%). Zazwyczaj zaczyna się kurację od 1/2 tabletki i co 2/3 tygodnie zwiększa o 1/4. Jaki zastosować przelicznik? Zaleca się, by było to 50% dziennej dawki T4 z syntetycznego, np. Euthyrox 50mg = 25mcg świńskiego T4, choć inne źródła podają 1:1. U osób z chorobami autoimmunologicznymi dawkę dobiera się wg zasady 1,56mg/kg masy ciała. Najlepiej skonsultować wprowadzenie świńskiej tarczycy z lekarzem (choć nie znam szczerze mówiąc takiego endokrynologa) lub doświadczonym dietetykiem. Przeszkodą może być jedynie dość wysoka cena i długi czas oczekiwania na przesyłkę.

Niezależnie jednak, po które hormony tarczycy sięgniemy, żaden z tych leków nie wpłynie na przyczynę niedoczynności i Hashimoto. Kiedy poziom hormonów tylko delikatnie odbiera od normy (np. fT3 jest na poziomie 40%, a fT4 30%, najgorzej gdy mamy kolejno 50% i 10%, jak w moim wypadku), warto spróbować unormować ich poziom dietą, suplementacją, uzupełnieniem niedoborów witamin i minerałów, zmianą tryby życia i skontrolować ich poziom na przykład po 3 miesiącach. Jeśli nie nastąpi poprawa lub co gorsza, wyniki będą jeszcze gorsze, wprowadzenie syntetycznych hormonów jest jedynym rozwiązaniem. Najczęściej hormonoterapię będziemy jednak musieli stosować już do końca życia. Lek wbudowuje się bowiem w cykl fizjologiczny i na skutek ujemnego sprzężenia zwrotnego endogenna produkcja zostaje zahamowana. Niedoczynność tarczycy może jednak zaburzać proces remisji choroby autoimmunologicznej i musi zostać uregulowana. Unormowanie TSH spowoduje bowiem zahamowanie wydzielania nadtlenku wodoru, który niszczył tkankę tarczycy. Samo unormowanie pracy tarczycy też jednak nie wystarczy. Rozwiązaniem nie jest również wycięcie tarczycy. Faktycznie, nie będziemy mieli stanu zapalnego w tym organie, ale choroba autoimmunologiczna, jak już pisałam, dotyczy całego organizmu i wkrótce mogą się pojawić przeciwciała skierowane przeciwko trzustce, wątrobie czy innym organom.

Doktor Klajnowicz zaproponował mi ze względu na stan zapalny tarczycy przyjmowanie sterydów w postaci Hydrokortyzonu. Fakt, najmniejszej dawki 10mg dziennie, ale po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw nie zdecydowałam się na terapię. Sterydy dają poprawę na krótko, w dłuższej perspektywie niszczą organy. Niektórym faktycznie cofają się przeciwciała. Mnie udało się to i bez sterydów. Poza tym w przypadku zaburzeń metylacji sterydy mogą spowodować ogromną szkodę.

W innych chorobach autoimmunologicznych, jak Reumatoidalne Zapalenie Stawów sterydy, np. Naltrexon może być jednak korzystny. Stosowanie niskich dawek Naltrexonu wzmacnia układ immunologiczny poprzez wzrost produkcji endogennych endorfin, redukcję stanu zapalnego, wpływ na syntezę DNA, sprzyjające procesom gojenia zmniejszenie perystaltyki jelit, a także poprzez zwiększenie cytokin związanych z komórkami T regulującymi, prowadząc do zmniejszenia Th-17. W Hashimoto stosuje się czasami dawki 1,5mg przed snem, czasami nawet 0,5-1g. Dawka musi być indywidualnie dobrana, gdyż lek może powodować irytację i rozdrażnienie. Gdy dochodzi do gwałtownej poprawy, konieczne jest czasem zmniejszenie dawki hormonów tarczycy. Małe dawki nie wykazują działania toksycznego na wątrobę, mogą być stosowane przez osoby po przeszczepach i przewlekle stosujące leki przeciwbólowe, są bezpieczne w ciąży.  Ważne jednak, aby przy leczeniu wzmocnić jelita i zadbać również o inne aspekty, bo lek nie załatwi wszystkiego. Czasami wystarczy 3-4 miesiące stosowania, czasami sterydy trzeba stosować jednak całe życie. Trudno znaleźć jednak lekarza, który poprowadzi to leczenie.

Suplementacja
W leczeniu Hashimoto i niedoczynności tarczycy niezbędne jest również uzupełnienie niedoborów witamin i minerałów. Jest ono szczególnie kluczowe dla poprawy konwersji hormonów T4 do T3. Dietą nie jesteśmy jednak w stanie zrobić wszystkiego, tym bardziej, że protokół autoimmunologiczny wyklucza wiele produktów, np. orzechy brazylijskie będące źródłem selenu (orzechy zawierają kwasy omega-6).

Wiadomo, przed doborem suplementacji należy wykonać odpowiednie badania i indywidualnie dobrać dawkę. Co polecam? Moim zdaniem absolutna konieczność to:

* witamina D3 łącznie z K2, która jest niezbędna dla prawidłowej pracy systemu odpornościowego, a jej niedobór jest ściśle powiązany z występowaniem chorób autoimmunologicznych, w tym Hashimoto. Witamina D3 korzystnie wpływa również na stabilizację poziomu glukozy we krwi. Należy pamiętać, że absorpcja witaminy D3 z jelita cienkiego wymaga zarówno zdrowych jelit, jak i obecności tłuszczu w diecie. Przy podnoszeniu poziomu witaminy D3 warto włączyć również witaminę K2, która działa synergistycznie, zapobiega osadzaniu wapnia w naczyniach krwionośnych, zmniejsza ryzyko osteoporozy,

* selen, który jest niezbędny do aktywacji peroksydazy glutationowej. Optymalny poziom selenu we krwi to 100 uG/L. Selen potrafi łączyć się z innymi metalami ciężkimi tworząc nieaktywne związki, a więc detoksyfikuje. Pomagają mu również witamina C (acerola, camu camu, liposomalna), beta-karoten, witamina A, E, B6, cynk. Nadmiar selenu może przyczynić się jednak do nowotworów, więc stosuję się raz na kilka miesięcy codziennie dawki 300-400mcg, a poza tym okresem 200mcg. Należy sięgnąć po produkt bez drożdży i przyjmować w odstępie minimum 4 godzin od hormonów tarczycy,

* żelazo, którego niedobór żelaza hamuje konwersję l-fenyloalaniny do l-tyrozyny, co obniża wydajność pracy tarczycy. Najlepszym rozwiązaniem jest przyjmowanie żelaza w w mniejszej dawce, a regularnie, bo poziom ferrytyny podnosi się bardzo wolno,

* magnez (chelat, cytrynian lub kąpiele w soli magnezowej), który jest polecany w szczególności osobom zestresowanym i aktywnym fizycznie,

* probiotyk, dla prawidłowej pracy jelit, z których pochodzi 75% naszej odporności. Tarczyca produkuje 93% hormonu T4, który jest nieaktywny, a tylko 7% T3. Aby hormon stał się aktywny (konwersja T4 do T3) potrzebny jest enzym sulfataza, produkowany przez bakterie znajdujące się w naszym przewodzie pokarmowym. Kiedy nasz przewód pokarmowy nie działa prawidłowo, a szczególnie właśnie gdy zaburzona jest flora bakteryjna, dochodzi do deficytu hormonu T3. Zalecam np. Sanprobi, o którym pisałam tutaj,

* kwasy omega-3 dla redukcji stanu zapalnego (EPA, DHA 1-3g dziennie), zalecam tylko te preparaty, które mają badania w kierunku obecności metali ciężkich,

* adaptogeny, czyli suplementy wpływające na  stymulację systemu odpornościowego, a także pracę nadnerczy, jak np. Holy Basil czy różeniec górski,

suple8
Obecnie stosuję różeniec górski.

* witamina C,  która pomaga wątrobie w konwersji T4 do T3 i wzmacnia układ odpornościowy.

Wiele suplementów może pomóc, ale trzeba unikać modulacji układu immunologicznego i obserwować swój organizm. O stosowanych przeze mnie suplementach pisałam tutaj, tutaj, tutaj i tutaj. Na pewno warto pomyśleć również o takich suplementach, jak:

* kwas R-ALA 3x100mg lub 3x300mg w przypadku insulinooporności,

* TMG 3x1000mg w zaburzeniach metylacji,

* cynk  (25/50mg (optymalnie 30mg), wyższe dawki mogą obniżyć poziom żelaza i miedzi w organizmie), który jest potrzebny do produkcji hormonów tarczycy, a także podczas procesu konwersji nieaktywnego hormonu T4 w  T3. Cynk pomaga także przy stymulowaniu przysadki mózgowej do sygnalizacji tarczycy do produkcji hormonów,

* miedź (1,5-3mg na dzień (1mg miedzi na każde 15mg cynku)),

* witamina B-complex (szczególnie w przypadku stosowania Metforminy lub Glucophage),

* betaina HCL, enzymy trawienne lub ocet jabłkowy (w formie kuracji przed posiłkami białkowo-tłuszczowymi),

* cholina 0,5-1g / inozytol 0,5-4g (w zaburzeniach gospodarki hormonalnej),

* kurkumina 500-2000mg (na redukcję stanu zapalnego),

* cynamon – wyciąg w kapsułkach 1000mg / Resveratrol 250-500mg / witamina C 10g (antyoksydanty),

* maca 10g (w zaburzeniach hormonalnych),

* multiwitaminy (uzupełnienie niedoborów przy restrykcyjnej diecie),

* sylimaryna 300mgx3 (wsparcie wątroby),

* MSM (skutecznie regeneruje tarczycę).

Najwięcej wątpliwości wywołuje u mnie suplementacja jodu. Każda komórka w organizmie ma receptory jodu. Jod wchłania się przez drogi oddechowe, ale i jelito cienkie. Jest niezbędny dla prawidłowego funkcjonowania tarczycy, ale i gospodarki hormonalnej. Dzienne zapotrzebowanie na jod to ok. 60-120mcg, u kobiet w ciąży ok. 150-200mcg, natomiast u matek karmiących nawet do 290mcg. Problemowy jest jednak zarówno brak jodu, jak i jego nadmiar, który może przyczynić się w poprzez nadtlenek wodoru do niedoczynności tarczycy, ale i choroby autoimmunologicznej. W wielu krajach zauważono dodatnią korelację pomiędzy zwiększeniem podaży jodu, a zachorowaniem na Hashimoto. Niedoczynność rzadziej wynika jednak z niedoboru, niż z nadmiaru jodu.

Osobiście nie zdecydowałam się jeszcze na suplementację jodem, choć słyszałam wiele pozytywnych opinii. Czytałam bowiem opinie, że przy wysokim wyniku przeciwciał suplementowanie jodu jest ryzykowne. Niektórzy uważają z kolei, że jod nieorganiczy (płyn lugola) nie indukuje chorób autoimmunologicznych. Są jednak badania na myszach, które pokazują coś całkiem innego. Wolę więc nie ryzykować. Decydując się na wprowadzenie jodu, na pewno na bieżąco należy kontrolować poziom hormonów tarczycy. Do prawidłowego wchłaniania jodu niezbędne są selen, żelazo, cynk, wapń, kobalt, mangan, witamina A, więc konieczna jest dodatkowa suplementacja. Warto również pamiętać, że fluor, brom i chlor łączą się z receptorami jodu, blokując je. Należy więc unikać plastiku, pasty z fluorem, pestycydów, czy herbat ziołowych.

wak
Raz na jakiś czas jem sałatkę z wakame (przepis tutaj), które są źródłem jodu. Do pozostałych należą m.in. sól morska, kelp, tran, jajko, algi nori, kombu, wodorosty, ryby morskie, szpinak czy agar-agar.

Chlorella i spirulina również zawierają jod. Nie zawsze są więc korzystne w chorobach autoimmunologicznych. Modulują bowiem układ immunologiczny. Tolerancja na jod jest to jednak kwestia indywidualna.

Plan działania
Najgorsze w chorobach autoimmunologicznych jest to, że człowiek czuje się, jakby jakaś obca siła przejęła kontrolę nad jego ciałem. Gdy dopada nas grypa, wiemy przynajmniej, że po kilku dniach wszystko wróci do normy. W przypadku choroby autoimmunizacyjnej człowiek ma natomiast wrażenie, że choroba wyssała z niego siły. Trzeba o wszystko pytać chorobę, bo czasy, gdy mogliśmy liczyć na swoje ciało, dawno minęły, a wraz z nim dawny poziom energii, możliwości umysłowe i zdrowie emocjonalne. W Hashimoto może objawy nie są tak straszne, jak w innych chorobach autoimmunologicznych, niektórzy nie odczuwają ich w ogóle, ale świadomość, że układ odpornościowy ni z tego, ni z owego zmienił strony i przypuścił atak na tarczycę, jest trudna. Trzeba jednak spojrzeć na swoje ciało, jak na najlepszego przyjaciela i sojusznika, a nie wroga i sabotażystę i zapewnić mu wszystko to, co dla niego najlepsze.

Konwencjonalni lekarze ograniczają leczenie Hashimoto do syntetycznych hormonów i sterydów, wyciszając jedynie symptomy choroby. Taka strategia może przynieść korzyści na początku, ale po jakimś czasie objawy wrócę ze zdwojoną siłą. Z własnego doświadczenia wiem, że tylko długotrwałe zmiany w diecie, suplementacja i odpowiedni tryb życia mogą doprowadzić chorobę do remisji i zapobiec jej rozwojowi. Priorytetem jest więc wyeliminowanie źródeł problemu, czyli usunięcie czynników, które spowodowały zaburzenia pracy układu autoimmunologicznego oraz wzmocnienie go. U każdego mogą one być inne. To kwestia indywidualna. Nie mówię, że nagle mamy zamieszkać w domu na wsi, jeść tylko to, co sami sobie wyhodujemy, wyłączyć telefon i odciąć się od wszystkich możliwych stresorów. To niemożliwe. Poza tym, czy właśnie to, da nam szczęście i zapewni odpowiedni poziom serotoniny niezbędnej do prawidłowego funkcjonowania organizmu? Niekoniecznie.

Choroba skłoniła mnie jednak do refleksji nad własnym życiem. Diagnoza była dla mnie jak kubeł zimnej wody. Kazała się zatrzymać. Stała się motywacją do zmiany swojego życia na lepsze. Do poprawy jego jakości. Do zwrócenia uwagi na rzeczy, o które nigdy wcześniej nie dbałam. Dzięki temu mój poziom przeciwciał zachowuje cały czas tendencję spadkową, a ja wcale nie czuję, że coś tracę.

W październiku2015 mój wynik badania anty-TPO wynosił 174,5 iU/ml, a w maju br. już tylko 70,17 iU/ml (norma <34). Jednocześnie ustąpiła większość objawów.

Jeśli mam ochotę iść na imprezę, to idę, ale tylko wtedy, gdy cały następny dzień mogę poświęcić na regenerację. Jeśli chodzi za mną „cheat meal”, to robię ciasto z dozwolonych dla mnie produktów, które czasami smakują lepiej, niż te dostępne w normalnej cukierni. Postawiłam też w końcu na własne szczęście i uwolniłam się od toksycznych osób i relacji. Choroba była więc dla mnie motorem napędowym.

Co w moim wypadku okazało się kluczowe, oczywiście poza leczeniem i suplementacją?

1. Uszczelnienie jelit – więcej na ten temat pisałam tutaj. Stwierdziłam wówczas, że to priorytet i podtrzymuję swoje zdanie. Regeneracja jelit trwa nawet do roku, ale chcąc wprowadzić Hashimoto w remisję, musimy uzbroić się w cierpliwość.

2. Optymalizacja diety – celem diety w chorobie Hashimoto jest optymalizacja układu odpornościowego i nerwowego, remisja choroby, regeneracja tarczycy, wątroby oraz nadnerczy, uzupełnienie niedoborów spożywczych, a także poprawa wchłaniania i stanu jelit. Najczęściej zalecana jest dieta bezglutenowa, wykluczająca jod, GAPS, Paleo, protokół autoimmunologiczny, bezmleczna i bezlaktozowa, z niskim FOODMAP’s, ekologiczna dla ciała, candida oraz eliminacyjna. Ostatnia z nich zdaje się mieć największą wartość – wykluczamy bowiem z diety produkty nietolerowane, uszczelniając jednocześnie barierę jelitową. Najczęściej wymienia się pszenicę, jaja kurze, drożdże piekarnicze i piwowarskie, mleko krowie oraz gluten.

Kiedyś myślałam, że protokół autoimmunologiczny jest koniecznością. Jest to jednak bardzo restrykcyjna dieta. Pisałam o niej więcej tutaj. Wyklucza m.in. spożywanie zbóż, glutenu, nabiału, jajek, orzechów i pestek, roślin strączkowych, warzyw krzyżowych i psiankowatych, tłuszczy roślinnych, przetworzonych węglowodanów, cukru i jego pochodnych, picia kawy, kakao, czy herbat. Swego czasu byłam zła na siebie, że nie jestem w stanie zrezygnować z jajek czy kawy. Obecnie uważam, że AIP jest zbyt restrykcyjne. Faktycznie, możemy zastosować protokół przez pierwsze 3 miesiące, ale radzę z czasem wracać do tych produktów, po których nie odczuwamy żadnych dolegliwości żołądkowo-jelitowych, nie powodują gwałtownych skoków insuliny i nie są przetworzone, zmodyfikowane i nafaszerowane chemią. Myślę, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek i równowaga. Wiadomo, jeśli po bananie wpadam w hipoglikemię, to go nie jem, jeśli po glutenie boli mnie brzuch, również go unikam, ale jeśli jajecznica na śniadanie powoduje u mnie wyrzut… serotoniny, to sobie jej nie odmawiam. Myślę, że udało mi się dojść metodą prób i błędów do takiego momentu, że czuję się naprawdę dobrze i nie narzekam na żadne dolegliwości ze strony układu pokarmowego.

Każdy przypadek jest jednak inny. U kogoś innego takie podejście, jak moje może spowodować, że symptomy choroby nie będą chciały ustępować, wręcz przeciwnie – będą się nasilać. Moim zdaniem wówczas dopiero wtedy warto sięgnąć po 2500zł i zrobić badania w kierunku nietolerancji IgG i IgA. W przeciwnym wypadku lepiej zostawić sobie te pieniądze na zdrowe, racjonalne odżywianie. U innych natomiast wystarczy indywidualne zbilansowanie diety pod względem ilości białka, tłuszczy i węglowodanów (przetestowałam różne schematy, w tym ketozę odżywczą i uważam, że każde skrajności są złe), unikanie przetworzonej żywności, w tym nabiału, alkoholu, papierosów i nadmiernej obróbki termicznej, dokładne przeżuwanie jedzenia, wprowadzenie superfoods takich, jak rosół (więcej tutaj), kiszonki (więcej tutaj), wątróbka (więcej tutaj), kokos pod każdą postacią (więcej tutaj), tłuste mięsa i ryby (więcej tutaj) i soli himalajskiej niezbędnej dla wsparcia nadnerczy. W Internecie trwa obecnie wzajemne obrzucanie się błotem zwolenników i przeciwników glutenu. Osobiście widzę więcej argumentów przeciw, ale o tym innym razem.

3. Wzmocnienie układu immunologicznego – system odpornościowy ma dwa główne ramiona: Th1 oraz Th2. Th1 jest odpowiedzialne za produkcję komórek komórek NK (natural killer) i limfocytów Tc (cytoksycznych), które są odpowiedzialne za walkę z patogenami, natomiast Th2 odpowiada za produkcję limfocytów B, które decydują o tym, które komórki należy zniszczyć. U osób chorujących na Hashimoto ramię Th1 jest zazwyczaj bardziej aktywne. Podwyższony poziom cytokin Th1 (IL-2, IL-12, TNF alpha, interferony) blokuje receptory tarczycy, co nie pozwala hormonom na przedostanie się do komórki i prowadzi do niedoczynności. Kluczem do remisji jest doprowadzenie ramion Th1 i Th2 do równowagi. Priorytetem jest zbilansowana dieta i zmiana trybu życia. Ponadto dla wyciszenia układu immunologicznego stosuję witaminę D3, kwasy omega-3, probiotyki, a także poprawiam proces metylacji, aby podnieść poziom glutationu. Za stymulatory ramienia Th2 (w dominacji Th1) uważa się również kofeinę, zieloną herbatę czy Resveratrol. Jednocześnie należy unikać lukrecji, echinacei czy melisy.

 3. Ustabilizowanie poziomu cukru i insuliny we krwi – więcej na ten temat pisałam tutaj. Niestety, insulinooporność idzie najczęściej w parze z Hashimoto. Tymczasem, gwałtowne skoki i spadki cukru wywołują reakcje ze strony współczulnego układu nerwowego, co mocno obciążą nadnercza. Wydzielany wówczas kortyzol potrafi na wiele sposobów osłabić pracę tarczycy, np. poprzez wpływ na przysadkę, od której pracy zależy poprawne funkcjonowanie tarczycy, czy też poprzez zmniejszenie konwersji horomonu T4 w T3. Jednocześnie zbyt wysoki poziom cukru będzie miał prozapalny wpływ na cały organizm, a dokładniej insulinooporność nabyta w jego konsekwencji spowoduje idealne podłoże dla chorób autoimmunologicznych.

4. Wsparcie nadnerczy – więcej na ten temat pisałam tutaj. Nieustanny, chroniczny stres jest jednym z głównych czynników środowiskowych aktywujących autoagresję. Tak było m.in. w moim wypadku. Konsekwencją jest nie tylko Hashimoto, ale i wypalenie nadnerczy. Chcąc wprowadzić chorobę w remisję koniecznością było wyeliminowanie w miarę możliwości wszystkich możliwych stresorów (tutaj opisałam swoje ostatnie zmiany w życiu i właśnie odczuwam na własnej skórze ogromną różnicę). Coraz częściej obserwuję u swoich podopiecznych nadmierny poziom kortyzolu i zachęcam do zwolnienia i zadbania o właściwą regenerację. Nie musimy mieć wszystkiego, nie bądźmy perfekcjonistami! Slow life!

5. Ograniczenie aktywności fizycznej – więcej na ten temat pisałam tutaj. W moim wypadku jednym z głównych stresorów była nadmierna aktywność fizyczna. Przez długie miesiące nie potrafiłam zrozumieć, że muszę odpocząć, że jestem przetrenowana, że treningami tylko pogarszam sytuację. Nie, nie posłuchałam głosów, abym ograniczyła się do spacerów, bo kolejny raz się powtórzę, ale najważniejsza jest równowaga. Czyli? Kwestia indywidualna zależna od przypadku. Ja zrezygnowałam z crossfitu, cardio, zredukowałam czas trwania treningu maksymalnie do 1,5 godziny, włączyłam dwa razy w tygodniu jogę i obecnie czuję się świetnie.

6. Poprawa jakości snu – więcej na ten temat pisałam tutaj. Przez lata niedosypiania, zarywania nocy, siedzenia do późna przy komputerze dorobiłam się ogromnych problemów ze snem, związanych ze wypaleniem nadnerczy. Zadbałam więc o jakość snu, staram się kłaść zawsze o tej samej porze, nigdy nie trenuję zbyt późno wieczorem, a na kolację jem największą porcję węglowodanów. W końcu rano wstaję wyspana i nie czuję się, jakby przejechał mnie traktor.

7. Ograniczenie toksyn otoczeniu – więcej na ten temat pisałam tutaj. Nie zbawię nagle całego świata, ani nie wyprowadzę się ze Śląska na bezludną wyspę, ale na ile tylko mogę staram się ograniczać toksyny w swoim otoczeniu, unikam ryb, plastikowych butelek, piję filtrowaną wodę i stosuję jak najbardziej naturalną pielęgnację (więcej tutaj). Dbam też o regenerację wątroby.

8. Odblokowanie metylacji – więcej na ten temat pisałam tutaj. Nie zbadałam niestety mutacji genu MTHFR ze względu na wysokie koszty, ale biorąc pod uwagę, że wszystkie pozostałe wyniki wskazują na zaburzenia metylacji, wprowadziłam do diety m.in. witaminę B-complex ze zmetylowaną formą B12.

9. Rezygnacja z antykoncepcji hormonalnej – więcej na ten temat pisałam tutaj. Ze względu na nadmiar estrogenu rezygnacja z antykoncepcji hormonalnej jest moim zdaniem konieczna. Po kilkunastu latach zrozumiałam w końcu, że to wcale nie jest zbawienie dla kobiet. W dalszym ciągu nie mam jednak miesiączki (to już ponad półtora roku ) i szukam pomocy. Za mną kolejna wizyta u specjalisty. Wkrótce napiszę o niej więcej. Na tę chwilę powiem tylko tyle, że antykoncepcja to ostatnia rzecz, na jaką się zdecyduję i zalecę podopiecznej.

10. Walka z depresją – więcej na ten temat pisałam tutaj. To niewątpliwie najtrudniejsza walka, która trwa tak naprawdę codziennie. Cieszę się jednak, że udało mi się doprowadzić do kilku zmian w moim życiu, o których pisałam tutaj i tym samym zredukować stres w swoim życiu.. Jeśli tylko będę miała większe możliwości finansowe, na pewno zdecyduję się jednak na kolejną terapię. Nie ma się czego wstydzić, poziom serotoniny  i „czysta głowa” jest absolutnie konieczna dla uzyskania remisji w Hashimoto.

Zmiany są konieczne. Ważne jest więc holistyczne podejście, bo wiele rzeczy wpływa i wynika z drugich. Trzeba zrobić wszystko, aby zahamować rozwój choroby. Nieleczone Hashimoto, jak już wspominałam, wiąże się z ryzykiem występowania innych chorób autoimmunologicznych. Może wywołać również choroby serca, gdyż hormony tarczycy są niezbędne do prawidłowego jego funkcjonowania. W autoagresji trzykrotnie zwiększa się także ryzyko raka tarczycy, niewiele mniej –  poronienia lub urodzenia upośledzonego dziecka, a także chorób neurodegradacyjnych. Aż 1/3 osób chorujących na Hashimoto ma przeciwciała przeciwko własnemu mózgowi. Nieleczona niedoczynność tarczyca zaburza z kolei metabolizm wapnia, glukozy, hormonów nadnerczy, zmniejsza efektywność pracy wątroby i woreczka żółciowego, powoduje wzrost wagi, podwyższa poziom cholesterolu i trójglicerydów, zatrzymuje owulację, zwiększa poziom homocysteiny czy też zmniejsza detoks organizmu. Nie możemy na to pozwolić!

Wspomniane wskazówki są jednak ogólnikowe. Plan żywieniowy, suplementacja i zmiany trybu życia powinny być maksymalnie zindywidualizowane, dobrany na podstawie badań, kondycji zdrowotnej i psychicznej, stosowanych leków i stylu życia. Czasem warto oddać się w ręce osoby, która zna Hashimoto od podszewki.

Nie martw się!
Mój poziom przeciwciał zachowuje tendencję spadkową, ale choroba w dalszym ciągu nie jest jeszcze w remisji. Zbalansowanie układu immunologicznego może trwać nawet do 3 lat. Na pewno jestem jednak bliżej, aniżeli dalej. I wcale nie czuję, że coś tracę w życiu (może poza brakiem libido, ale to akurat nie sprawka Hashimoto). Jakość mojego życia zdecydowanie się poprawiła. Zadbałam o swój organizm, a także stan umysłu. Doceniłam, jak ważne w życiu jest zdrowie i zrozumiałam, że trzeba żyć tak, jakby każdy dzień był naszym ostatnim. Przestałam narzekać na wszystko i dręczyć się rzeczami, na które nie mam wpływu. Zaakceptowałam i polubiłam siebie. Odkryłam nowe produkty i smaki. Poznałam mnóstwo fantastycznych ludzi. Spędzam więcej czasu z rodziną i przyjaciółmi (choć choroba zweryfikowała ich listę).

Może to dziwnie zabrzmi, ale z perspektywy czasu jestem wdzięczna losowi, że doświadczył mnie w ten sposób. Dzięki chorobie zrozumiałam, co jest w życiu najważniejsze i odkryłam swoje nowe powołanie.

 

Jakie są Wasze doświadczenia z chorobą? Co pozwoliło Wam jeszcze doprowadzić chorobę do remisji? Co choroba zmieniła w Waszym życiu? Czekam na Wasze komentarze!

Reklamy

36 thoughts on “Hashimoto

  1. Pingback: Więcej nie znaczy lepiej… | JOANNA HAŚNIK

  2. Pingback: Jak poradzić sobie z negatywnymi emocjami? | JOANNA HAŚNIK

  3. Pingback: Węglowodany w diecie aktywnej kobiety | JOANNA HAŚNIK

  4. Na tą stronę weszłam pierwszy raz ale jest świetna ja też zmagam się z hashimoto i niedoczynnością tarczycy są dni że czuję się lepiej a są że gorzej mogłabyś podać dietę na hashimoto

  5. Witaj! bardzo fajny i wyczerpujący post. Również choruje, od 5 lat szukam panaceum na Hashi. Na euthyroxie od początku diagnozy, dieta bez laktozy i cukru, gluten w postaci żytniego pieczywa. Mam pytanie dotyczące LDN (Naltrexon) ponieważ nazwałaś go sterydem, czy mogłabyś mi podać źródło tego nazewnictwa? Od miesiąca go ponownie przyjmuje w dawcę 3mg – po kilkumiesięcznej przerwie – cały poprzedni rok go brałam ale ze względu na nadużywanie alku nie działał on tak dobrze jak teraz po całkowitym wyeliminowaniu %. Mój ostry jak brzytwa mózg powrócił, energii tez przybyło. W necie nie piszą zbyt dużo o skutkach ubocznych, jedynie bezsenność i pokręcone sny ale to można i bez Ldn mieć. Słowo steryd mnie przestraszyło bo nie kojarzy mi sie dobrze😉

  6. Joanno, jesteś też na Facebooku ze swoim blogiem? Wielkie dzięki za artykuł, jeden z najlepszych jakie czytałam. Pozdrawiam serdecznie!!!

  7. Joanno, bardzo Ci dziękuję za ten artykuł! Właśnie odkryłam na własną rękę że mam Hashimoto i że moje problemy z którymi borykam się od bycia nastolatką (a wszystkie one są dokładnie kropka w kropkę te same co Twoje :( ) to wina tej durnej choroby. Na razie chce mi się ryczeć i jestem taka zła…. Że żaden lekarz mi nigdy nie pomógł, mimo że tyle razy prosiłam o skierowanie na badania tarczycy, a zlecane TSH było zawsze w normie.. Że jestem chora 40% w roku, nieustannie wykończona, a trzy lata biegania i ostrej siłowni z treningiem siłowym na wolnych ciężarach + dieta prawie nic mi nie dały jeśli chodzi o poprawę sylwetki, wręcz przeciwnie zaskutkowały zniszczonymi kolanami i tym, że musiałam przestać uprawiać sport i jeszcze bardziej przytyłam mimo że bardzo dbam o siebie. To jak walka z wiatrakami – samej ze sobą. Na razie jestem psychicznie wykończona i jeszcze nie wiem od czego zacząć leczenie. Mam tak dość wszystkiego, że na razie mam jedynie siłę na ryczenie :D Więc chyba poryczę z tydzień a potem zacznę się zastanawiać od czego zacząć ogarnianie swojego życia… Z Tobą będzie mi łatwiej… :)

  8. Pingback: Powszechny niedobór witaminy D | JOANNA HAŚNIK

  9. Świetny, wyczerpujący artykuł.
    Zastanawia mnie tylko, dlaczego herbaty ziołowe nie są dobre ? Piję ich około 3 kubków dziennie i zaintrygowałaś mnie tym stwierdzeniem.

  10. Pingback: Polekowa nadczynność tarczycy | JOANNA HAŚNIK

  11. Pingback: Dlaczego nie mogę schudnąć? | JOANNA HAŚNIK

  12. Z tego co tu opisałaś, to WSZYSTKO SZKODZI.Dosłownie wszystko. Nie przesadzasz za bardzo? gdyby te wszystkie rzeczy szkodziły, to każdy miałby hashimoto. A tak nie jest. Sztuczne suplementy Ci nie szkodzą?

  13. Pingback: Światełko w tunelu | JOANNA HAŚNIK

  14. Jak zwykle świetny artykuł, dziękuję!
    Znowu mnie zmotywowałaś, żeby powalczyć o swoje samopoczucie.
    U mnie w chwili wykrycia niedoczynności fT3 miałam poniżej normy, potem 10%, teraz, po 3 latach udało mi się dojść do 30%, więc baaardzo powoli ale się poprawia. fT4 mam na poziomie 70-80%. Biorę tylko Euthyrox, lekarze nie chcą mi nawet dawać skierowań na fT3, a co dopiero leków je zawierających. Prosząc się o skierowanie na fT3 usłyszałam od endokrynologa, że to nieaktywny hormon i że nie ma sensu go badać!
    Walczę więc dalej nad poprawą konwersji :) Fajnie by było przeczytać kiedyś u Ciebie na ten temat.

  15. Bardzo ciekawy tekst. Weszłam tu pierwszy raz. Czy przeczytam też tu gdzieś o nadczynności, z którą się borykam już jakiś czas? Pozdrawiam.

  16. Przypadkiem wpadłam na Twój artykuł:-) Właśnie zaczynam walkę z niedoczynnoscia tarczycy. I poszukiwania drogi do wyzdrowienia spowodowały, że tak jak Ty idę na dietetyke na SWSM w Katowicach;-))) Też niestacjonarnie. A więc do zobaczenia :-)))))

  17. U mnie joga hormonalna po 2 mcach ćwiczeń (rano, 20 minut codziennie) zlikwidowała PMS, obniżyła insulinę i kortyzol na czczo, schudłam i zaczynam widzieć kaloryfer na brzuszku 😊 Oczywiście w komplecie z m.in. dietą w 90% roślinną bez nabiału i pszenicy, supl D3 i K2MK7, kwasem kaprylowym i Sanprobi Barrier. Polecam tę gimnastykę dziewczynom z PCOS i wszystkim od 35 roku życia

  18. Swietny artykul….madra kobietka…choc taka mloda…zycze duzo radosci z studiow i oczywiscie zdrowia i prosze pamietac,w pomaganiu kobietom…to dobre istoty,,,potrzebne swiatu…pozdrawiam serdecznie…fanka dozgonna

  19. Dziękuję za fantastyczny artykuł.
    Ja również choruje na Hashimoto.Mialam dużo szczęścia, że moja diagnoza choroby trwała 5 miesięcy. Gdyby pierwsza Pani endokrynolog umiała czytać usg i zleciłaby mi badanie przeciwciał tarczycy to 3 miesiące temu już bym wiedziała co mi jest.Że nie jest to tylko zwykła niedoczynność i sam jod nie pomoże.

  20. Świetny artykuł.
    Sama cierpię na Hashimoto i prowadze blogi poswiecone tej tematyce. Po odstawieniu tabletek antykoncepcyjnych nie miałam miesiączki. Oczywiście lekarze chcieli mnie truc kolejnymi hormonami, ale ja się nie dałam i zwróciłam w stronę jogi hormonalnej. Kupilam ksiazke i po 2-3 miesiącach regularnego treningu (5-6 dni w tyogniu po 30 minut) wreszcie przyszła miesiączka. Polecam ta metodę wszystkim:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s