Drugi oddech

Budzę się około 6:00, ale nie muszę tak wcześnie wstawać. Mogę podrzemać jeszcze z godzinę. Łykam więc Letrox i kładę się z powrotem do łóżka. Rzadko kiedy mam nastawiony budzik. Chyba, że gdzieś jadę lub umówiłam się z kimś na trening. Większość znajomych preferuje jednak popołudniowe godziny. Po pracy. Tak, jak ja, zanim w czerwcu tego roku odważyłam się w końcu przewrócić swoje życie do góry nogami.

Praca w Górniku była moim marzeniem. Kiedyś myślałam, że przy Roosevelta będę pracować do emerytury. Naprawdę. Włożyłam sporo serca w encyklopedię „WikiGórnik”, Akademię Górnika, obsługę biura prasowego, klubową telewizję, media społecznościowe. Jeździłam za zespołem po całej Polsce. Byłam na zagranicznych obozach przygotowawczych. Chodziłam na wszystkie mecze juniorów. Roosevelta było moim drugim domem. Całe moje życie było podporządkowane pod terminarz rozgrywek. Z gorączką, pomimo rodzinnego spotkania czy kosztem snu. Zawsze byłam do dyspozycji. A przynajmniej za czasów trenera Adama Nawałki. Później przez rok byłam jeszcze rzecznikiem prasowym i było to dla mnie cenne doświadczenie, choć z perspektywy czasu myślę sobie, że zostałam wrzucona na zbyt głęboką wodę. Kto nie przyjąłby jednak takiej propozycji?! Po roku zrezygnowałam. Pewnie powinnam była już wtedy odejść z klubu. Pracowałam jeszcze przez rok, by ostatecznie w czerwcu odrzucić propozycję nowej umowy. Oczywiście, to była bardzo trudna decyzja. Miałam chwile zawahania. Uznałam jednak, że to najlepsze rozwiązanie dla mnie i dla klubu, który po spadku z Ekstraklasy potrzebował świeżej krwi, a ja nowego bodźca do działania. Po siedmiu latach czułam się wypalona. Od lipca prawie w ogóle nie wchodzę ani na stronę internetową klubu, ani nie jeżdżę na mecze. Wiadomo, utrzymuję kontakt z wieloma ludźmi związanymi z klubem i których dzięki niemu poznałam, ale raczej prywatnie. Może wiosną wrócę na trybuny. Jak nabiorę dystansu. Nie znaczy to oczywiście, że nie interesuje się już w ogóle piłką nożną. Kibicem byłam, jestem i będę. Tylko już nie marzę o byciu najpopularniejszą dziennikarką sportową w Polsce. Kariera mnie już nie interesuje.

Jesienią byłam jedynie spikerką w IV-ligowym klubie. Miałam pomóc zaprzyjaźnionemu trenerowi na jednym meczu, ale zostałam na całą rundę. Mam nadzieję, że wiosną terminy też się zgrają z moimi zjazdami na studiach.

Czytaj dalej

Pierniczki last minute!

Jak Wasze przygotowania do Świąt? U mnie prawdę mówiąc bez stresu. Nawet choinki nie ma komu w domu postroić. W tym roku nie gościmy nikogo przez Święta. Tata dopiero co wrócił ze szpitala. Mama też raz czuje się lepiej, raz gorzej. A mnie dopadł jakiś wirus i cały wtorek przeleżałam w łóżku ze strasznym bólem brzucha. Jakby mi ktoś odciął prąd. Dziś na szczęście już dużo lepiej. W każdym razie nie ma żadnego przedświątecznego szaleństwa. Zupa z głów karpi wystarczy mi do szczęścia. Plus miska orzechów. Totalny minimalizm.

cho1

Nie będziemy mieć dużej zielonej choinki w domu. Za to pojawiła się… szklana, którą tata dostał w prezencie na urodziny od siostry. Kasia wypełniła ją owocami, ciastkami i cukierkami, które rodzice zdążyli już zjeść. Postanowiłam więc upiec i włożyć do niej pierniczki.


W ubiegłym roku piekłam pierniki z batatów (zobacz przepis tutaj).

W tym roku zmodyfikowałam jakiś przepis znaleziony w Internecie, aby było bezglutenowo, bo tej zasady cały czas się trzymam, jeśli chodzi o moje żywienie. Jest tak prosty, że postanowiłam się nim podzielić, gdyby ktoś chciał robić jeszcze pierniczki last minute!

Czytaj dalej

Skierowanie do szpitala

Zjazd na uczelni za mną, kolokwia zaliczone, w poniedziałek i wtorek odpoczywam od nauki. Tak, tak, tylko w te dwa dni, później mam już rozpisany cały plan działania na najbliższe cztery tygodnie. Muszę ogarnąć notatki z wykładów do egzaminów z anatomii, fizjologii i biochemii (sic!) i przygotować się do pięciu kolokwiów, w tym z fizjologii układu pokarmowego. Trawienie, wchłanianie, hormony żołądkowo-jelitowe, rola wątroby – kto wie, o czym mówię, ten rozumie moje przerażenie. Do tego biochemia, angielski, organizacja i podstawy prawne pracy dietetyka i… (uwaga!) wychowanie fizyczne. Tak, mamy zaliczenie z teorii. Czym charakteryzuje się rekreacja fizyczna i jak wpływa na zdrowie? Po co stosujemy odżywki węglowodanowe? Według Ciebie, jakie formy aktywności ruchowej najkorzystniej wpływają na wygląd ciała? Wskaż urządzenia treningowe, na których kształtujemy uda i pośladki. Odpowiedzi na takie i podobne pytania musimy sobie przygotować. Wiadomo, mogłabym pójść z marszu na takie zaliczenie, ale to nie w moim stylu, więc przynajmniej muszę sobie przemyśleć odpowiedzi.

Na szczęście na zajęciach mogę realizować swój plan treningowy. Tutaj zdjęcie po piątkowym treningu nóg i pośladków.

Chociaż nie, nauka od czwartku. W środę muszę z rana pojechać do Piekar Śląskich do Szpitala Miejskiego i zawieźć swoje skierowanie.

Czytaj dalej

Lokalny Rolnik

Dwa kroki od mojego domu znajduje się targowisko miejskie, na którym robię zawsze zakupy. Obok siłowni mam drugie. Świeże warzywa, owoce, jajka, kasze na wagę, a także mięso i ryby. Znam już większość sprzedawców. Wiem, którzy mają najlepsze produkty. Po znajomości zostawiają mi zawsze w czwartek i w sobotę lepszy towar „spod lady” w dobrej cenie. Nie każdy ma jednak taki komfort pracy, że może wyskoczyć z rana na targowisko. Około 13:00-14:00 zazwyczaj nie ma już śladu po straganach. Stoiska mięsne czy rybne już około 10:00 świecą pustki (przynajmniej tak to wygląda u mnie). Fakt, w promieniu kilometra znajduje się Biedronka, Lidl, Carrefour i Kaufland, jednak sporo osób robi zakupy jednak na targowisku. Nie powiem, w supermarketach jakość produktów jest coraz lepsza, jednak produkty z lokalnego bazarku smakują inaczej.

Świetnym rozwiązaniem dla osób, które pracują, nie mają możliwości robienia zakupów na bazarku, ani rodziny na wsi, od której dostają świeże jajka czy mięso z własnego chowu jest inicjatywa „Lokalny rolnik”. Słyszeliście o niej? To wirtualne targowisko, na którym można kupić zdrowe jedzenie bez chemii i konserwantów od lokalnych dostawców. Jej inicjatorami są Sylwia i Andrej Modic, których córka choruje na autyzm i ma silną alergię na konserwanty. Nie mogąc znaleźć dla swojej córki odpowiednich produktów w najbliższych sklepach, postanowili stworzyć inicjatywę grupowych zakupów dla osób świadomych, dbających o zdrowie, pasjonatów kulinarnych oraz wszystkich tych, którzy szukają dla siebie nowych rozwiązań w dziedzinie filozofii żywienia. Całą historię powstania „Lokalnego rolnika” możecie przeczytać tutaj.

Warto śledzić profil „Lokalnego rolnika” na Facebook’u – kliknij tutaj.

Czytaj dalej

Biorezonans

W minioną środę byłam w Krakowie na… biorezonansie. Pewnie niektórzy popukają się w czoło, ale nie zamykam się na medycynę niekonwencjonalną. Jestem „poważną” studentką dietetyki opartej na dowodach naukowych, ale jednocześnie uważam, że teoria to jedno, a praktyka drugie. Wiele rzeczy, które nie mają mocnych podstaw naukowych podniosło moją jakość życia i nie widzę w tym nic złego. Kupiłabym marihuanę na czarnym rynku, gdybym widziała w tym dla siebie ratunek (oglądacie „Na wspólnej” i historię dziewczynki z padaczką lekooporną?). Do wszystkiego trzeba podchodzić z dystansem. I do badań naukowych, bo przecież może sponsorować je koncern farmaceutyczny. I do medycyny alternatywnej.

Długi, ale warto zobaczyć. Polecony przez jednego z moich wykładowców.

Co więcej, przez długi czas wyrzucałam sobie, że gdy moja siostra walczyła z rakiem nie szukałam dla niej żadnych alternatywnych metod leczenia. To było jednak dziesięć lat temu i wtedy jeszcze w ogóle nie interesowałam się dietetyką ani medycyną. Studiowałam historię, chciałam robić karierę w mediach sportowych i nawet mi się nie śniło, że będę w tym miejscu, w którym teraz jestem. Musiałam jednak przepracować swoje wyrzuty sumienia z psychologiem, by zrozumieć, że nie jestem niczemu winna. Mimo to strasznie się teraz frustruję, że mój ojciec, który walczy z nawrotem raka nie chce ze mną w ogóle współpracować w temacie odżywiania („Nie będę sobie odmawiał na starość”), ani suplementacji („Moja lekarka wie, co robi”). Na szczęście mama, która w kwietniu przeszła zawał serca jest bardziej podatna na moje wpływy. Ogląda cały dzień TVN Meteo i sama dużo się uczy. Na razie walczę z jej niedoborem witaminy D3. Kolejny krok to schodzenie z dawek statyn. Trzymajcie kciuki!

Czytaj dalej

Powszechny niedobór witaminy D

Często zdarza się, że znajomi proszą mnie o zerknięcie na ich wyniki badań. Nie jestem lekarzem, ani (jeszcze, mam nadzieję!) dietetykiem, ale staram się zawsze coś podpowiedzieć i w razie konieczności odesłać do odpowiedniego specjalisty. W ostatnim czasie napisał do mnie znajomy – 21-letni piłkarz. Akurat zakończył rozgrywki w rundzie jesiennej. W końcówce nie czuł się zbyt dobrze, brakowało mu sił. Poleciłam mu, aby wykonał podstawowe badania krwi, w tym poziomu witaminy D.

O tym, jakie badania warto wykonać pisałam w tekście „Zbadaj się!”. Zajrzyj też do tekstu „Jak przygotować się do badania krwi”.

Wynik mnie przeraził. Po okresie lata, pełnym słońca, treningów i meczów na boisku trawiastym miał niedobór na poziomie 18,63 ng/ml. Inną kwestią, że jego poziom cholesterolu, który jest bardzo istotny w kontekście syntezy witaminy D pozostawiał wiele do życzenia. Wyniki nerek i wątroby na szczęście miał w porządku.

Zobaczcie, co w komentarzach pisze mój znajomy, który za moją namową jakiś czas temu zrobił badanie poziomu witaminy D3, również miał duży niedobór i wprowadził odpowiednią suplementację.

Dzień później skontaktowała się ze mną znajoma, z którą kiedyś trenowałam na jednej siłowni (czytasz to zapewne, więc pozdrawiam!). Zrobiła sobie kontrolne badania i poprosiła o pomoc w interpretacji. Spojrzałam na wynik poziomu witaminy D – 21,7 ng/ml. Cholesterol również bardzo niski. Niestety, dużo czasu musi upłynąć, zanim nasze społeczeństwo przestanie się obawiać zdrowych tłuszczy i cholesterolu.

Podobnych przykładów z ostatnich miesięcy mogłabym wymieniać bez liku. Niestety, nie ma przesady w statystykach, które mówią, że 9 na 10 Polaków boryka się z niedoborem witaminy D. Oczywiście, nie możemy popadać ze skrajności w skrajność i przesadzać z dawkami suplementacji w drugą stronę. Coraz częściej spotykam się z głosami krytykującymi tak popularne w ostatnich latach szafowanie witaminą D, któremu zresztą ja również swego czasu uległam, np. u Chrisa Kressera (tutaj), ale wyniki poniżej 30 ng/ml uważam mimo to za niebezpiecznie niskie. Jednocześnie zauważam, że zaczyna się zwracać uwagę również na konieczność rozszerzenia diagnostyki, m.in. o poziom parathormonu, wapnia i aktywnego metabolitu witaminy D – 1,25(OH)D2.

Nie zmienia to faktu, że wykonanie podstawowego badania metabolitu 25(OH)D uważam za absolutną konieczność. Tym samym postanowiłam napisać parę słów o „witaminie słońca” i zwrócić uwagę na skalę problemu. Planowałam ten artykuł dopiero na wiosnę, aby zachęcić swoich czytelników do skontrolowania poziomu witaminy D we krwi po zimie, ale widzę, że nie ma na co czekać. Jeśli zainspiruję chociaż jedną osobę do wykonania profilaktycznego badania, będę szczęśliwa. W sumie już jestem, bo moja mama w końcu trafiła do laboratorium, ale to cała historia, którą może opisze w osobnym artykule. Leczenie swoich najbliższych to temat rzeka.

Czytaj dalej