Drugi oddech

Budzę się około 6:00, ale nie muszę tak wcześnie wstawać. Mogę podrzemać jeszcze z godzinę. Łykam więc Letrox i kładę się z powrotem do łóżka. Rzadko kiedy mam nastawiony budzik. Chyba, że gdzieś jadę lub umówiłam się z kimś na trening. Większość znajomych preferuje jednak popołudniowe godziny. Po pracy. Tak, jak ja, zanim w czerwcu tego roku odważyłam się w końcu przewrócić swoje życie do góry nogami.

Praca w Górniku była moim marzeniem. Kiedyś myślałam, że przy Roosevelta będę pracować do emerytury. Naprawdę. Włożyłam sporo serca w encyklopedię „WikiGórnik”, Akademię Górnika, obsługę biura prasowego, klubową telewizję, media społecznościowe. Jeździłam za zespołem po całej Polsce. Byłam na zagranicznych obozach przygotowawczych. Chodziłam na wszystkie mecze juniorów. Roosevelta było moim drugim domem. Całe moje życie było podporządkowane pod terminarz rozgrywek. Z gorączką, pomimo rodzinnego spotkania czy kosztem snu. Zawsze byłam do dyspozycji. A przynajmniej za czasów trenera Adama Nawałki. Później przez rok byłam jeszcze rzecznikiem prasowym i było to dla mnie cenne doświadczenie, choć z perspektywy czasu myślę sobie, że zostałam wrzucona na zbyt głęboką wodę. Kto nie przyjąłby jednak takiej propozycji?! Po roku zrezygnowałam. Pewnie powinnam była już wtedy odejść z klubu. Pracowałam jeszcze przez rok, by ostatecznie w czerwcu odrzucić propozycję nowej umowy. Oczywiście, to była bardzo trudna decyzja. Miałam chwile zawahania. Uznałam jednak, że to najlepsze rozwiązanie dla mnie i dla klubu, który po spadku z Ekstraklasy potrzebował świeżej krwi, a ja nowego bodźca do działania. Po siedmiu latach czułam się wypalona. Od lipca prawie w ogóle nie wchodzę ani na stronę internetową klubu, ani nie jeżdżę na mecze. Wiadomo, utrzymuję kontakt z wieloma ludźmi związanymi z klubem i których dzięki niemu poznałam, ale raczej prywatnie. Może wiosną wrócę na trybuny. Jak nabiorę dystansu. Nie znaczy to oczywiście, że nie interesuje się już w ogóle piłką nożną. Kibicem byłam, jestem i będę. Tylko już nie marzę o byciu najpopularniejszą dziennikarką sportową w Polsce. Kariera mnie już nie interesuje.

Jesienią byłam jedynie spikerką w IV-ligowym klubie. Miałam pomóc zaprzyjaźnionemu trenerowi na jednym meczu, ale zostałam na całą rundę. Mam nadzieję, że wiosną terminy też się zgrają z moimi zjazdami na studiach.

Wstaję zazwyczaj przed ósmą. Zakładam swój ulubiony szlafrok z polaru w różowo-fioletowe paski. Na zieloną piżamę, również z polaru, w której kobieta nigdy nie powinna pokazać się mężczyźnie swojego życia. Przynajmniej jest ciepła. Bez zbędnego pośpiechu przygotowuję ciasto na omlet. Odmierzam 40 gram płatków gryczanych. Wbijam jajka. Dolewam mleka kokosowego. Blenduję. Rozgrzewam patelnię. W czasie smażenia kroję świeże owoce na kostki. Ostatnio najczęściej gruszkę lub mango. Od czasu do czasu robię jajecznicę z chlebem gryczanym domowej roboty. Nigdzie się nie spiesząc, jem śniadanie. Akurat o ósmej zaczyna się „Dzień dobry TVN”. Lubię, kiedy Dorota Wellman i Marcin Prokop towarzyszą mi przy śniadaniu. Czasami czytam „Dziennik Zachodni” albo przeglądam ulotki z Lidla lub Biedronki, by być na bieżąco z promocjami.

Początkowo szukałam pracy na etacie. W końcu mam jeszcze całkiem spory kredyt do spłacenia i bałam się, jak sobie poradzę bez stałego źródła dochodu. Miałam różne propozycje. Z klubów piłkarskich, z telewizji, od zaprzyjaźnionych biznesmenów, z korporacji. W lipcu czułam się jednak tak źle, że po prostu nie byłam w stanie podjąć żadnej pracy na etacie. Myślałam więc, że odpocznę przez wakacje, a od września zdecyduję się na którąś ofertę. Ostatecznie postanowiłam postawić na regenerację. Jasne, nie jest łatwo spiąć miesięczny budżet i czasem muszę liczyć na rodziców, ale żadne drogie kosmetyki czy wakacje na Dominikanie, które mogłabym sobie kupić z wypłaty w korporacji nie zastąpiłyby wewnętrznego spokoju, jaki mam teraz w sobie.

Dużo fajnych rzeczy w Netto na półce zdrowia :) #netto #food #bio #biofood #healthyfood #healthyeating #cleaneating

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

W supermarketach jest zresztą coraz więcej dobrych produktów. Ceny idą w dół, jest zapotrzebowanie, Polacy zwracają uwagę na to, co jedzą. Biedronka, Lidl i Netto to moje ulubione sklepy. Plus targowisko miejskie ze sklepem mięsnym i rybnym. Nie kupuję w ekologicznych sklepach. Zresztą nie pamiętam gdzie, ale czytałam badanie, z którego wniosek był taki, że spożywanie ekologicznych produktów w żaden sposób nie wpływa na stan zdrowia. 

Postawiłam na totalny minimalizm. Żadnych niepotrzebnych ubrań, dziesiątego czerwonego lakieru do paznokcie, kolacji w restauracji co tydzień po 150zł. Obiecałam sobie jednak, że po pierwszym roku na studiach, a więc latem przyszłego roku ruszę z miejsca i rozwinę skrzydła. Plan działania mam w głowie. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni!

Po śniadaniu krzątam się w kuchni. Sprzątam. Wyciągam z zamrażalnika rybę i mięso do posiłków na dany dzień. Czasami załączam piekarnik z udkami z kurczaka lub nastawiam rosół. Gotuję kaszę na cały dzień. W kuchni unosi się zapach kawy, bo w między czasie załączam mój stary ekspres. Czasami piję z mlekiem kokosowym. Najczęściej czarną. Lubię smak kawy. Nie potrzebuję już kofeiny, aby się obudzić i móc normalnie funkcjonować. Kiedyś dopiero kubek mocnej kawy sprawiał, że byłam w stanie pracować. Teraz to raczej mój codzienny rytuał. Choć faktycznie zdarza się, że wypiję łyk i nie mam ochoty na więcej.

Co tu dużo mówić. Latem byłam wrakiem człowieka. Stres w pracy. Problemy rodzinne. Dramat w lustrze. Fatalne samopoczucie związane z kombinacjami z dietą i lekami. Problemy ze snem. Przez kilka tygodni praktycznie nie wychodziłam z domu. Na trening, do sklepu i z powrotem. Depresja? Nie wiem, na pewno jednak miałam okres totalnego załamania, łącznie ze spakowaną walizką, ale doszłam ostatecznie do wniosku, że nie mogę uciekać od problemów, tylko trzeba spiąć pośladki i ratować sytuację. Kwestia pracy rozwiązała się sama, bo nie mogłam przyjąć oferty nowej umowy z Górnikiem. W domu też wszystko się na szczęście poukładało, o co mocno walczyłam. Niektórzy powiedzą, że to wstyd mieszkać w moim wieku z rodzicami, ale póki nie mam męża i swojej rodziny, to nie chcę się nigdzie wyprowadzać. Mama jest po zawale, tata walczy z nawrotem chłoniaka. Rodzice mnie potrzebują, a ja potrzebuję ich.

Świąteczne spotkanie u siostry.

Cudowna atmosfera Świąt u siostrzenicy.

70. urodziny taty 🎂 #birthday #birthdayparty #father #family

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

70. urodziny taty. Życzcie mu dużo zdrowia, bo nie jest dobrze.

W czasie „wojny domowej” wyjaśniliśmy sobie wiele rzeczy. Ja też wiele rzeczy przepracowałam i nie chowam urazy. Kiedyś wszystko było ważniejsze od rodziny. Obóz harcerski od ślubu siostry. Mecz od odwiedzenia grobu drugiej siostry i szwagra. Unikałam rodzinnych spotkań. W końcu poszłam po rozum do głowy. Może się starzeję. Ostatnie 70. urodziny taty i świąteczne spotkania sprawiły mi ogromną radość. Wiadomo, bywa różnie i kłócimy się o różne pierdoły, ale potrafimy ze sobą rozmawiać. Jest jeszcze kilka kwestii, nad którymi muszę popracować, żeby być lepszą siostrą i ciocią, ale pracuję nad tym.

Kawę piję przy biurku wpatrzona w monitor mojego małego netbook’a. Po śniadaniu, w dalszym ciągu będąc w szlafroku przygotowuję listę rzeczy do zrobienia, sprawdzam pocztę, odpisuję na maile, planuję treningi personalne, analizuję dzienniki żywieniowe podopiecznych, rozpisuję diety i plany treningowe. Jeśli mam czas, przeglądam profile i strony poświęcone treningom, zdrowemu odżywianiu, dietoterapii. Czytam ulubione blogi albo piszę tekst na bloga. Ostatnio mam jednak na to niewiele czasu. Często jest tak, że od dziewiątej do trzynastej siedzę z nosem w notatkach z biochemii, fizjologii, anatomii, żywienia albo (sic!) prawa i uczę się na kolokwia. Mimo, że zjazdy mam co dwa tygodnie (w piątkowe popołudnie, sobotę i niedzielę), zdarza się, że dzień w dzień się uczę.

Swoją przyszłość wiążę z dietetyką. Chciałabym mieć w przyszłości swoje studio dietetyczno-treningowe. Współpracować z endokrynologami, fizjoterapeutami, psychologami. A co, trzeba marzyć! Studia to była więc najlepsza możliwa decyzja. Oczywiście, wahałam się, czy postawić na kursy i szkolenia, czy na 3,5-letni licencjat, ale stwierdziłam, że tylko studia dają mi uprawnienia do wykonywania zawodu, więc nie miałam wyboru.

Jakby ktoś nie wiedział, jednym z trendów dietetycznych na 2017 rok będzie souping. Wyprzedzam trendy :)

To było też dla mnie takie nowe otwarcie. Czuję się, jakbym znów miała 19 lat. Fajne uczucie. Nowe znajomości. Nowa motywacja do działania. Same plusy. Po tych kilku miesiącach doskonale już rozumiem, dlaczego dietetycy po licencjacie czy magisterce są tak negatywnie nastawieni do „dietetyków” po kursach z Grupona. To są naprawdę bardzo ciężkie studia.

Jest tyle wartościowych kursów. Niestety, co jeden to droższy :( Mam nadzieję, że w Nowym Roku uda mi się pójść na kilka wybranych.

Kursy mogą być jedynie dodatkiem, dzięki którym będziemy rozwijać swoją wiedzę. Jak wiecie, jestem magistrem historii i martwię się, czy sobie poradzę. Na razie wszystko układa się po mojej myśli. Pierwszym poważnym sprawdzianem będzie jednak sesja zimowa i egzaminy z anatomii, fizjologii i biochemii. Mam nadzieję, że zdam! Styczeń i luty to będą bardzo ciężkie miesiące.

Około południa jem drugie śniadanie. A w zasadzie pierwszy z trzech obiadów. Najczęściej sałatkę z łososiem, miruną lub wątróbką z kaszą gryczaną lub jaglaną. Czasami z makaronem gryczanym. Jeśli mam więcej treningów personalnych, przygotowuję pudełko, które zabieram ze sobą. Jakąś sałatkę z mięsem lub rybą, kaszę i owoc. Po trzynastej jadę autobusem na siłownię. Po drodze dzwonię do siostry, banku czy znajomych. Piszę tekst do zdjęcia na Instagram. Przeglądam Twittera. Nie marnuję czasu. Na Halembie robię zakupy. Na targowisku, „U Gwoździkowej”, w Biedronce. Mięso i ryby najczęściej kupuje moja mama. Na targowisku w mojej dzielnicy. Przynajmniej gdzieś wyjdzie z rana i się przewietrzy. Ja kupuję resztę.

Dieta niskowęglowodanowa, protokół autoimmunologiczny, ketoza odżywcza. Każdy dietetyk, z którym konsultowałam się odkąd zaczęły się moje problemy zdrowotne zalecał mi inne rozwiązania dietetyczne. Totalnie się pogubiłam, czego konsekwencją była najwyższa waga w moim życiu. 75kg przy wzroście 170cm. Zanim zdiagnozowano u mnie Hashimoto ważyłam 10kg mniej. Wiadomo, przez ponad rok pewnie przybyło mi sporo masy mięśniowej, ale przykrywała ją ogromna warstwa tłuszczu. Nie mogłam patrzeć w lustro. A radzono mi, abym jadła i odpoczywała :( Tymczasem, ja byłam coraz bardziej sfrustrowana. Przeanalizowałam więc na spokojnie sytuację i stwierdziłam, że muszę wrócić do starych nawyków. Żadnych skrajności. Zbilansowana dieta.

Forma sprzed 3 tygodni.

Moja redukcja (a w zasadzie naprawa błędów) zakończyła się dobre miesiąc temu. Teraz waga utrzymuje się na poziomie 68-69kg na czczo. Za jakiś czas będę chciała spróbować zejść do ok. 65kg, ale organizm musi odpocząć przez kilka miesięcy. Byłabym bowiem samobójcą biorąc pod uwagę moje problemy zdrowotne. W każdym razie chciałam Wam pokazać, że moja redukcja ograniczyła się tylko i wyłącznie do spalenia tkanki tłuszczowej (28% -> 22,9% – pomiar na tej samej wadze) i z tego jestem najbardziej dumna. Nie straciłam ani grama mięśni, które tak mozolnie buduję 💪Jeszcze przykrywa je warstwa tłuszczu, ale coś tam powoli widać 💪Jedynie @hm uważa, że przytyłam, bo przed redukcją kupiłam czarne jeansy w rozmiarze 38, a wczoraj musiałam kupić dokładnie ten sam model w rozmiarze 40 😂 Nie, nie mam z tego powodu depresji 😎 Wybaczam z racji zniżki #blackfriday #fatloss #lossweight #fatburner #fatburn #reduction #health #gym #workout #trainingsession #strongwoman #stronggirls #girlwithmuscles #girlsthatlift #personaltrainer #strengthcoach #girl #polishgirl #smartgymrs

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Tutaj jeszcze porównanie poziomu tkanki tłuszczowej i masy mięśniowej. Przed Świętami robiłam kolejny pomiar. Waga bez zmian, poziom tkanki tłuszczowej to obecnie 21,5% :) W tym tygodniu wolę jednak się nie ważyć :D W styczniu wybiorę się kiedyś na czczo, bo zawsze robię pomiary w ciągu dnia.

I najświeższe zdjęcia :) Szczerze powiem, jest nieźle :D

Oczywiście, wykluczyłam te produkty, po których czułam się gorzej, w tym nabiał, gluten, strączki i inne produkty FOODMAP’s, ale wróciłam do umiarkowanej ilości węglowodanów. Dla pewności skonsultowałam się z Tadeuszem Sowińskim, który utwierdził mnie w przekonaniu, że wracam na dobre tory. – Nie bój się owoców, bój się kabanosów – napisał mi kiedyś. Od tego czasu nie miała w ustach żadnego, za to w każdym posiłku jem owoce. Efekt? Po 2 miesiącach diety minus 7kg na wadze. Na tym poprzestałam, bo nie chciałam zbytnio obciążać organizmu. Od 2 miesięcy praktycznie niczego nie ważę. Jem 4 posiłki dziennie. Wprowadziłam trochę dobrej jakości nabiału. Czasami zjem paczkę orzechów. Nie chodzę głodna. Nie myślę obsesyjnie o jedzeniu. Mimo to, moje ciało cały czas się zmienia. Tkanka tłuszczowa się zmniejsza, rośnie masa mięśniowa. Coraz lepiej wyglądam w lustrze. Nie mam sześciopaka na brzuchu, ale nadrabiam tyłkiem :D Do lata może będzie forma plażowa :)

Najczęściej robię najpierw swój trening. Zaczynam więc około czternastej. Czasami  około szesnastej. Staram się nie trenować później, by nie zaburzać naturalnego rytmu dobowego i nie podnosić wieczorem kortyzolu. Dzięki temu nie mam problemów ze snem. Bez problemów zasypiam. Nie budzę się w nocy. Mój trening trwa około półtorej godziny. Czasami trenuję cztery, czasem pięć razy w tygodniu. Zależy, czy mam zjazd na studiach i jak się czuję.

Wszyscy dietetycy, z którymi się konsultowałam mówili, że z moimi problemami zdrowotnymi nie powinnam w ogóle trenować siłowo. Zalecali, abym chodziła na spacery, Nordic Walking, jogę. To było straszne. Nie wyobrażałam sobie życia bez treningu, tym bardziej, że jestem trenerem i wiążę z tym swoją przyszłość. Biłam się z myślami. – Spacerować będziesz na starość – napisał mi swego czasu Tadeusz Sowiński. W pełni się z nim zgodziłam i cieszyłam, że w końcu ktoś mnie zrozumiał. Oczywiście, wiem, że nie mogę trenować dwa razy dziennie, ani wieczorem, ani schodzić poniżej 8-6 powtórzeń w serii i pobijać rekordów, aby nie obciążać układu nerwowego. Poznałam już dość dobrze swój organizm, więc wiem, na ile mogę sobie pozwolić i po jakim treningu będę umierać przez tydzień.

Rzadko wrzucam teraz filmy z treningów, co nie znaczy, że nie trenuje. Światło na #smartgymrs jest fatalne 😎 Dziś trening z rana, bo popołudniu mam wykłady na uczelni i udało się nagrać #deadlift 😏 Jak wspominałam, nie schodzę w treningu siłowym poniżej 8 powtórzeń w serii, ale ciężary są konkretne 💪 Na filmie Classic Deadlift 8x90kg, piąta seria w sumie, więc już na zmęczeniu 💪 Coś mi się wydaje, że mój Personal Best byłby większy niż 115kg, ale nie zamierzam tego sprawdzać na razie. Jak zrobię 8x100kg, to się pochwalę :) #silawraca #highcarb #personaltrainer #strengthcoach #gym #workout #trainingsession #strongwoman #stronggirls #girlwithmuscles #girlsthatlift #brunettegirl #fitgirl #bodybuilding #bodybuilder

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Mimo wszystko coś tam jeszcze dźwigam :) Jak będziecie zainteresowani, opublikuję swój obecny plan.

Inna sprawa, że tak poukładałam swoje życie w ostatnim półroczu, że trening praktycznie jest jedynym moim stresem w ciągu dnia. No może poza kolokwium z fizjologii :D Dbam o regenerację. Nie zarywam nocy. Wysypiam się. Gdy zdarzy mi się późniejszy trening, wspomagam się na noc adaptogenami. Latem chodziłam na jogę dwa razy w tygodniu. Teraz niestety brakuje mi czasu, ale też nie czuję specjalnej potrzeby, bo jestem bardzo spokojna. Jedynie chciałabym więcej czasu spędzać na świeżym powietrzu, bo latem chodziłam na przykład pieszo na siłownię (ok. 5km), ale zimą za bardzo się boję o mój układ odpornościowy.

Około osiemnastej, dziewiętnastej wracam do domu. Kąpie się, Czasami po drodze wstąpię jeszcze do Lidla lub centrum handlowego. W domu ogarniam resztę spraw do zrobienia. W międzyczasie jem kolację. Na przykład gulasz wołowy duszony na maśle klarowanym z cebulką, brokułem i kalafiorem z parowaru i deserem w postaci kaszy jaglanej zblendowanej z mango na budyń. Rzadko kiedy wychodzę gdzieś jeszcze. Jeśli umawiam się ze znajomymi, to tylko w dni wolne lub gdy trenuję z rana. Nie ma co ukrywać, że wieczorem jestem zmęczona i po dwudziestej pierwszej leżę już w łóżku z  książką, notatkami lub telefonem. Widzę, że przychodzą maile, ale odpisuje na nie dopiero z rana. Najczęściej po dwudziestej drugiej już śpię.

Zdrowie nie pozwala mi jeszcze na tyle, aby imprezować po klubach, jak za starych dobrych czasów, z dnia na dzień czuję się jednak coraz lepiej. Zresztą nie popadam już w paranoję, nie szukam sobie chorób na siłę. Tak, dbam o siebie, ale można zwariować od tych wszystkich nakazów i zakazów. Oczywiście, wiele z nich poprawiło jakość mojego życia, ale też wydałam sporo pieniędzy na zupełnie zbędne suplementy. Dlatego też zamiast do lekarza ILADS kupiłam bilet kwartalny tramwajowo-autobusowy. Jeśli w szpitalu moja pani endokrynolog nic nie znajdzie, wtedy będę się zastanawiać, co dalej. A na razie spokojnie czekam na termin. Biorę Letrox, Glucophage, probiotyki. Piję tran. Inna sprawa, że najbardziej interesują mnie teraz wyniki mojego taty…

Ferie wiosenne 😂 #hospital #endocrinology #piekary #thyroid #hashimoto #thyroiddisease

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Szybko zleci.

I tak leci dzień po dniu. Jeszcze rok czy dwa lata temu nawet nie pomyślałabym, że tak właśnie będzie teraz wyglądać moje życie. Że będzie mnie cieszyła słoneczna pogoda. Świeże warzywa z targowiska w dobrej cenie. Miłe słowa podopiecznych. Że będę widziała szklankę do połowy pełną. Że uwolnię się od toksycznych znajomości. Nauczę mówić nie. Że spojrzę na siebie mniej krytycznym okiem. Że nie będę utożsamiać szczęścia z materialnymi rzeczami. Że najważniejszą rzeczą będzie dla mnie zdrowie, moje i bliskich. Że nie będę rozpamiętywać przeszłości, a żyć chwilą. Tak, jakby każdy dzień miałby być tym ostatnim. Że będę marzyć o domku na wsi. Psie. Ogrodzie i własnym sadzie. Chciałabym, ale nie potrafię opisać tej zmiany, jaka we mnie zaszła. Znajomi, z którymi nie widziałam się przez dłuższy czas, mówią jednak, że odżyłam. Może widać to też we wpisach. Nie wiem.

Tylko jedno moje marzenie pozostaje niezmienne od lat. I zawsze w Święta obiecuje sobie, że za rok już będzie inaczej. Niestety, to jedyna rzecz obok zdrowia, która nie do końca zależy ode mnie. Ale wierzę. I naprawdę sobie tego życzę. Tak, jak ja Wam życzę w Nowym Roku odwagi. Tej odwagi, której nie mi zabrakło latem. Bo przecież mogłam znaleźć kolejną wymówkę, przestraszyć się i dalej trwać w marazmie. Mogłam, ale nie chciałam.


Źródło: Beata Pawlikowska

Advertisements

10 thoughts on “Drugi oddech

  1. Pingback: Czas ruszyć z miejsca / mój obecny plan treningowy | JOANNA HAŚNIK

  2. Pingback: Owoce w diecie | JOANNA HAŚNIK

  3. Asiu życzę Tobie i sobie wszystkiego dobrego. Ja chyba jestem w tym samym punkcie Ty w Lipcu. Muszę znaleźć swoją drogę by poczuć, że zyje, a nie egzystuje. Od kiedy choruje (jakieś 1,5 roku) natłok informacji o moich dolegliwościach, o nakazach, zakazach doprowadzil mnie do głębokiej depresji. Nie radzę sobie, mam zbyt słabą wolę. Jednak powiedziałam sobie, że muszę isc do przodu. Mam rodzinę, bylam w ciąży z drugim dzieckiem. Mąż był załamany mpim stanem psychicznym. Od pewnego cZasu jest lepiej. Już nie wymyslam sobie i dzieciom chorób. Ale boję się nadal. Nie o siebie. Boję się o rodzinę. A ten strach bardzo mnie blokuje. Nie bardzo wiem co mam zrobic by pójść dalej. To jest niezbędne. Muszę ruszyć! Inaczej moje malzenstwo sie rozpadnie…

    • Kochana, co mogę Ci polecić, rozpocznij współpracę z doświadczonym dietetykiem, który ogarnie Twoje zdrowie, pomyśl o wizycie i rozmowie z psychologiem. Nie ma się czego wstydzić, a można sobie tylko pomóc :)

      • Joasiu kogo polecasz jako dietetyka? Ty nie odpowiadasz na moje wiadomości na fb. Nie wiem do kogo sie zwrocic. Jedni oolecaja diete lchf, Dawid D. Mow, że na Hashimoto najlepsza jest ketoza. Inni protokół AIP, jeszcze inni dietę o umiarkowanych weglach.

  4. Jesteś silna i to faktycznie widać po wpisach ;) Gratuluję, ja jutro po 16 (praca na etat, heh) odbieram wyniki krwi. Nie po raz pierwszy zasugerowano mi problemy z tarczycą, ale skoro schudłam sama bez problemów, to myślałam, że się mylą. Dopiero teraz faktycznie źle się czuję. Ale nie ma co się stresować na zapas, co rusz widzę osoby z chorą tarczycą i mają się lepiej niż ja. A takie wpisy jak Twoje tylko dodają sił :)

  5. Asiu Cudowny wpis. Emanuje z niego taki błogi spokój. Czytając go czułam się wspaniale. Sama choruję na Hashimoto i sama jestem na etapie wariacji, to wolno, a tego nie wolno. I to wprowadza taki chaos w moje życie. Czas się zatrzymać, przeanalizować fakty. Fajnie, że jesteś. Dziękuję.

  6. Żadko czytam wpisy na blogach w całości, szczególnie te długie, ale przeczytałam cały :)Gratuluje odwagi..tez chciałabym ja mieć..i życzę ci abyś była najbardziej znanym dietetykiem na świecie. Wiesz co Asiu jestem dumna, że cie znam :) Nie chodzi o wiedzę, praktykę ale determinację i tą odwagę.

  7. Jestem bardzo zainteresowana Twoim planem treningowym. Byloby super gdybyś go opisała :) PS. Trzymam kciuki aby Twoje marzenie sie spełniło. Pozdrawiam :)

  8. Asiu wspaniały wpis czytałam i momentami widzę siebie ale ty jesteś dalej o ten najważniejszy krok zmieniłaś wszystko latem zawalczyłaś o siebie super ja walczę nie jest łatwo wymowki brak kasy ale nadchodzi nowy rok mam nadzieje rok ODWAGI i ZMIAN pozdrawiam:-)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s