Więcej nie znaczy lepiej…

Mijają dwa miesiąca od mojego wyjścia ze szpitala (więcej tutaj). Zdecydowanie był to przełomowy moment na mojej drodze powrotu do zdrowia. Przez ostatnich kilka tygodni wiele się zmieniło w moim życiu. Zarówno jeśli chodzi o podeście do swojego organizmu, ciała i zdrowia, jak i odżywianie, a także trening.

O terapii psychologicznej, na którą w końcu się zdecydowałam pisałam w artykule „Pokochać siebie”. O zmianach w odżywianiu w tekście „Lżejsza na wiosnę”.

Pytacie mnie jednak często, jak obecnie wygląda mój plan treningowy. Czy w dalszym ciągu ćwiczę siłowo pięć razy w tygodniu? Czy robię interwały albo cardio po treningu? Postanowiłam więc poświęcić temu tematowi osobny wpis. Zapraszam!

Na siłownię zaczęłam chodzić może z sześć, siedem lat temu. Na początku dwa, trzy razy w tygodniu. Kiedy stawiałam swoje pierwsze kroki w crossficie, trenowałam czasem dwa razy dziennie, pięć, a nawet sześć razy w tygodniu. Za dobry trening uważałam tylko taki, po którym nie byłam w stanie poruszyć ani ręką, ani nogą, bo tak bolały mnie wszystkie mięśnie. Na treningach zawsze dawałam z siebie więcej niż 100 procent. Tak, kochałam to, ale z perspektywy czasu widzę, że nie potrafiłam zachować w tym wszystkim równowagi i mocno obciążałam swój organizm.


Akurat dziś szukałam zdjęcia na rocznicę urodzin mojej ś.p. siostry i wrzucam w bonusie zdjęcie z czasów zanim zaczęłam trenować siłowo. Byłam może na 2 roku studiów i ważyłam z jakieś 55kg przy wzroście 170cm. Teraz patrzę i myślę „zajebista laska”, ale wtedy czułam się taaaaka gruba :D Nie wiem, co ja miałam wtedy w głowie :D


I jeszcze jedno z wycieczki studenckiej do Krakowa w ramach zajęć z Średniowiecza Ziem Polskich. 

Lekkie otrzeźwienie przyszło wraz z diagnozą niedoczynności tarczycy i Hashimoto, Zespołu Jelita Drażliwego oraz i zmęczonych nadnerczy. Zrezygnowałam z zajęć crossfitu, ale nie z treningu siłowego. Często po nim wykonywałam jeszcze tabatę, interwały czy obwód metaboliczny. Z czasem, po odstawieniu antykoncepcji hormonalnej do listy zdiagnozowanych schorzeń dopisałam Zespół Policystycznych Jajników oraz insulinooporność i hipoglikemię reaktywną.

Pamiętam dokładnie pierwszą konsultację z Moniką Skuzą z bloga „Tłuste życie”. To była jesień 2015 roku. Zaleciła mi rezygnację z treningów siłowych i… spacery. Przepłakałam kilka dni. Nie wyobrażałam sobie życia bez sztangi i hantli. Siłownia było moim drugim domem. Tam rozładowywałam negatywne emocje i stres. Miałam przyjaciół. Czułam się doceniona, kiedy inni pytali o rady. Od rana myślałam już tylko o popołudniowym treningu. To była najważniejszy punkt mojego dnia. Nie umiałam sobie odpuścić. Musiałam zrealizować plan, bo inaczej miałam ogromne wyrzuty sumienia. Bez względu na chorobę, na wyjazd, byłam na siłowni. W dni wolne nie potrafiłam znaleźć sobie miejsca. Nie znosiłam ich.

Nie wyobrażałam sobie życia bez treningu, więc oczywiście trenowałam dalej, choć faktycznie z mniejszą intensywnością. Przerwę miałam jedynie latem ubiegłego roku, kiedy będąc w ketozie odżywczej po prostu nie miałam siły podnieść hantla. Jak pamiętacie, później wróciłam do zbilansowanej diety (więcej tutaj), odzyskałam moc, tracąc jednocześnie nadprogramowe kilogramy, ale i trenując cztery – pięć razy w tygodniu. W końcu zawodowo zajęłam się treningiem personalnym, więc nie wyobrażałam sobie, żebym nie mogła ćwiczyć. W tym czasie maksymalnie zredukowałam ilość stresu w życiu, więc czułam się ogólnie całkiem nieźle.

Cały czas po głowie chodził mi też start w zawodach w trójboju siłowym, więc na początku tego roku wróciłam do współpracy z Wojtkiem Jusielem (więcej tutaj). Trenowałam pięć razy w tygodniu. Dość intensywnie. Zaczęłam jednak znów często chorować, co ostatecznie skończyło się pierwszą antybiotykoterapią od lat. Moje samopoczucie bardzo się pogorszyło, by ostatecznie w marcu znów zaliczyć epizod depresyjny. Konsekwentnie realizowałam plan, ale powiem Wam, że nie czułam żadnej satysfakcji z treningu. Męczyłam się strasznie, nie przyznając się oczywiście do tego nikomu.

Wybawieniem okazał się w tamtym momencie pobyt w szpitalu. Miałam czas, aby przemyśleć wiele spraw. Zrozumiałam, że nie oszukam swojego organizmu i powoli dopuszczałam do siebie myśl, że muszę ograniczyć treningi siłowe, że moje życie nie kończy się na siłowni. Dzięki terapii zobaczyłam też, jaką rolę tak naprawdę siłownia odgrywała w moim życiu. Oczywiście, sprawiała mi przyjemność, ale była swego rodzaju „comfort zone”, gdzie zapominałam o problemach, gdzie mogłam poczuć się potrzebna, gdzie dostawałam od innych tak bardzo mi potrzebne „głaski”, pobijając swoje rekordy. Można powiedzieć, że byłam uzależniona, dlatego broniłam się rękami i nogami przed rezygnacją z treningów. Diagnoza zaburzeń podwzgórzowo-przysadkowych i zalecenia mojej pani profesor sprawiły, że ostatecznie zdecydowałam się na zmiany. Musiałam jednak dojrzeć do nich sama, co jak widzicie zajęło mi prawie dwa lata.

Od dwóch miesięcy moje podejście do treningu zmieniło się więc diametralnie. Trenuję siłowo raz, dwa razy w tygodniu do godziny. Zazwyczaj wykonuję obwód trzech ćwiczeń wielostawowych (np. Squat ATG, Military Press i Hip Thrust w 4 seriach po 10-12 powtórzeń), następnie trzech ćwiczeń na konkretne partie ciała (np. Cable Pulldown, Leg Curl, Triceps Extension w 3 seriach po 10-12 powtórzeń) i na koniec stabilizację (np. Plank i Dead Bug w 3 seriach). Tyle. Żadnych interwałów, tabaty, obwodów metabolicznych. Mniej więcej taki rozkład również zalecił mi Wojtek Jusiel i na razie to się sprawdza. Nie szaleję z obciążeniami. Nie myślę o rekordach. Nie wstydzę się, że w przysiadzie na sztandze mam 40kg. Trenuję zawsze z rana ok. godz. 9:00, mimo to czuję różnicę w jakości snu między dniem treningowym a wolnym. Po treningu mój sen jest zdecydowanie bardziej niespokojny, ale i tak przesypiam już praktycznie całą noc, pierwszy raz budząc się około 5:00-6:00. Chyba, że jest burza i nagłe zmiany ciśnienia, wtedy muszę wspomóc się melatoniną przy zasypianiu. Strasznie to odczuwam i z tego, co piszecie mi na Facebook’u, nie tylko ja mam z tym problem. W każdym razie, biorąc pod uwagę, że jeszcze niedawno budziłam się w nocy kilka razy, by pójść chociażby do łazienki, to różnica jest ogromna.

Myślę, że na tę chwilę dwa treningi siłowe w tygodniu to najbardziej optymalne rozwiązanie dla mnie, bo też nie chcę zrezygnować z niego całkowicie. W końcu zrównoważony trening siłowy jest bardzo ważny chociażby w kontekście wrażliwości insulinowej czy przeciwdziałania osteoporozie, na którą i tak jestem mocno narażona ze względu na zaburzenia hormonalne. Może być jednak tak, że przez najbliższe trzy tygodnie intensywnej nauki do sesji w ogóle nie zrobię żadnego treningu siłowego. Nie będę jednak z tego powodu robić tragedii. Jak mi się uda wygospodarować czas, to świetnie, jak nie – nie będę miała z tego powodu wyrzutów sumienia. W zamian obiecałam sobie jednak, że będę powtarzać materiał na ławce w pobliskim parku, by skorzystać z naturalnej witaminy D lub rolując się na moich nowych narzędziach do tortur (pokażę Wam z czasem moje zakupy z BlackRoll).

Co w pozostałe dni? Czasami dodatkowo uczęszczam z moją podopieczną po jej treningu personalnym na zorganizowane zajęcia „Zdrowy kręgosłup” lub „Stretching”, co jest dla mnie niezłą alternatywą dla jogi, na którą uczęszczam w każdy wtorek i czwartek. W kwietniu chodziłam do Pracowni Duszy i Ciała w Bytomiu (tam, gdzie chodzę również na terapię), bo wygrałam miesięczny karnet na zajęcia. Byłam bardzo zadowolona, jednak brak usługi OK System lu Benefit sprawił, że wróciłam do Akademii Jogi i Terapii Ruchem do Chorzowa, gdzie chodziłam już rok temu. Wtedy chyba jeszcze nie do końca dojrzałam do tej aktywności, teraz z niecierpliwością czekam na kolejne zajęcia, w trakcie których mogę skupić się na sobie, na oddechu, na pracy swojego ciała, a jednocześnie posłuchać Pawła, który jest świetnym coach’em i daje mi dużo do myślenia. Jednocześnie trafiłam na fajną grupę ludzi, więc z tym większą radością jadę zawsze na zajęcia. Siła, jaką zdobyłam na siłowni przydaje się w asanach i czasami naprawdę jestem w stanie się zmęczyć. Chciałabym ćwiczyć dodatkowo w domu jogę hormonalną, ale nie czuję się jeszcze na tyle pewnie, by praktykować samodzielnie, ale poza tym w domu nie mam odpowiedniego klimatu. Moim priorytetem na ten rok jest jednak wyprowadzka, więc może wtedy :)

W pozostałe dni staram się w miarę możliwości czasowych spędzać jak najwięcej czasu aktywnie. Tym samym czasem idę na rolki, a czasem na basen i saunę (z sauną muszę jednak uważać, bo zabiera mi sporo energii). Ostatnio w dwie niedziele spacerowałam po Parku Śląskim w Chorzowie. Jeśli mam trening personalny popołudniu, idę pieszo na siłownię, co zajmuje mi około 45 minut w szybkim tempie. Wczoraj odebrałam swój nowy rower i planuję latem dojeżdżać nim zarówno na siłownię, jak i na jogę do Chorzowa (jakieś 45 minut na rowerze). Muszę jednak zobaczyć, jak się będę czuła po takiej aktywności około godz. 20:00 i czy nie będę miała problemów ze snem.

Jakie mam jeszcze plany na lato? Zamówiłam swoje rolki, więc mam nadzieję, że częściej będę jeździć na Burloch. Muszę jednak pobrać latem kilka lekcji techniki, bo nie czuję się zbyt pewnie. Zamówiłam też kije do Nordic Walkingu i w tym wypadku również będę chciała nauczyć się techniki pod okiem instruktora. Zamówiłam dwie pary kijów, więc będę mogła zabierać znajomych na piesze wycieczki. Do tego oczywiście rowerowe wyprawy moją nową rakietą. Kilka górskich wycieczek, bo już sto lat nie byłam nigdzie. Wszystko dla relaksu i odprężenia. Bez skupiania się na dystansie, na wyniku, na ilości spalonych kalorii. Chciałabym też od nowego roku szkolnego spróbować Tai Chi, które jest polecane przy zaburzeniach hormonalnych. Znalazłam szkołę w Katowicach, ale poczekam do nowego roku szkolnego, kiedy powstanie nowa grupa początkująca. Próbowaliście? Będę wdzięczna za opinie.


Polecam wszystkim z Katowic, Chorzowa i okolic jogę na trawie w każdą sobotę o godz. 9:00 w Parku Śląskim w Rosarium. Natomiast w niedzielę praktykujemy przy Muzeum Śląskim. Wstęp oczywiście darmowy.

Jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli, to we wrześniu chciałabym natomiast pojechać na wakacje, najlepiej zagranicę, All Inclusive i przeleżeć tydzień na plaży. Hiszpania i jej wyspy oczywiście chodzą mi po głowie. Albo Chorwacja. Myślę, że nauczyłam się już odpoczywać. Kiedy mam zajęcia na uczelni i przez trzy dni siedzę w ławce, to już nie wyrywam sobie włosów z tego powodu i nie martwię się, ile przytyję. Naprawdę, kiedyś się tego panicznie bałam (swoją drogą nie pomyślałabym, że wzdęcia mogą być związane z lękiem, a faktycznie pojawiają się zazwyczaj po jakimś cheat meal’u, gdy już z tyle głowy pojawia się obawa, że przytyję :D).

Właśnie, co do mojej obecnej wagi, dzięki tym wszystkim zmianom, wróciłam do sylwetki, którą miałam przed wszystkimi kombinacjami dietetycznymi. Powoli znów nabieram pewności siebie. Mój organizm i moje ciało odwdzięcza mi się za to, jak teraz o nie dbam. Więcej naprawdę nie znaczy lepiej. Pomyślcie o tym i jeśli nie trenujecie zawodowo, ani nie startujecie w zawodach wyjdźcie latem z siłowni na świeże powietrze :) Wasza sylwetka na pewno nie ucierpi. A wręcz przeciwnie :)

Kiedy w końcu: – moim priorytetem nie jest wygląd a zdrowie, bo zrozumiałam, że waga nie jest wyznacznikiem szczęścia, – patrzę w lustro i myślę sobie "Asia, dobrze wyglądasz" i podziwiam swoje długie włosy, – nie myślę o rekordach w martwym ciągu, nie mam wyrzutów sumienia, gdy nie zrobię treningu według planu i trenuję siłowo tak naprawdę 2 razy w tygodniu po 45 minut, – nie stosuję żadnych restrykcji, a zbilansowaną, urozmaiconą dietę, z wyłączeniem produktów, po których po prostu czuję się źle, jak nabiał czy gluten, nie myślę obsesyjnie o jedzeniu i cieszę się z sezonu na 🍓 – zajęłam się w końcu wszystkimi zamiecionymi pod dywan od lat problemami w głowie, próbuję zrozumieć wiele kwestii i zrzucić ciężar, jaki od lat noszę ze sobą na plecach, – chodzę regularnie na jogę i akupunkturę i wzmacniam swój organizm, -traktuję swój organizm jako swojego najlepszego przyjaciela i dbam o niego, – myślę, że szklanka jest do połowy pełna, życie jest fajne, mam fajnych przyjaciół i znajomych, robię to, co lubię, pomagam innym, rozwijam się i krok po kroku realizuję swoje marzenia, to moje ciało odwdzięczyło mi się najlepszą sylwetką od lat a organizm w końcu poczuł siłę i moc 😎 I oby tak dalej 😉 W końcu najlepszą inwestycją jest praca nad sobą 😊 Pamiętajcie o tym :) #wdrodzedorownowagi #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny #training #workout #gym #diet #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #health #polishgirl #hair #brunettegirl #brunette #longhair #pcos #amenorrhea #hashimoto #reduction #weightloss #fit #fitfreak @nike

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

P.s. Wygląda na to, że przez najbliższy miesiąc na blogu będzie cisza. Właśnie zerkam na kartkę z planem nauki do sesji i od jutra już po prostu muszę skoncentrować się na egzaminach i ostatnich kolokwiach. Na razie wszystko do przodu. Miałam chichą nadzieję na stypendium i odciążenie budżetu, a podobno jako magister nie mogę już takowego dostać. Szkoda, choć oczywiście liczę na dobre oceny :) Zaraz po ostatnim egzaminie zaczynam praktyki w szpitalu w Chorzowie, ale mam nadzieję, że czasu na bloga będzie więcej :) Na Instagramie i na Facebook’u na pewno jestem na bieżąco, choć muszę w końcu założyć swoje profile firmowe, bo już za bardzo życie zawodowe miesza mi się tam z zawodowym. A równowaga w przyrodzie musi być :)

P.s. Oczywiście pracuję normalnie :) W czerwcu obowiązuje z okazji 3. urodzin bloga i moich 30. urodzin promocyjny cennik :) Więcej w zakłada „Współpraca”.

Advertisements

5 thoughts on “Więcej nie znaczy lepiej…

  1. Hej Joanna, bardzo pozytywne zmiany, i prawdą jest też niepodważalną, że człowiek do zmian sam musi dojrzeć. Żadne gadanie nie pomoże, jak się samemu w głowie nie przełamie własnych schematów. I to jest bardzo cenne i ten zły czas, na pewno nie był zmarnowany.:-)
    Bardzo ciekawym tematem, a mało omawianym, są te zaburzenia snu po mocnych treningach.
    Mnie też to dotyczyło. I minęło jak ręka odjął, po wdrożeniu leczenia na reumatyzm.
    W skrócie, reumatyzm to różnego rodzaju autoagresje organizmu, a leczenie reumatyka polega na podaniu leku który je wycisza i prowadzi leczonego w stan remisji.
    U mnie to zaowocowało zmianami których się nie spodziewałam: mogę iść na crossfit na 19.30 a potem mimo mega zmęczenia śpię jak dziecko. Wcześniej mocny trening wykonany nawet przed południem, powodował bezsenność, drgania mięśni w nocy, uczucie rozbicia i nadmiernego pobudzenia.
    Przestałam się tez, potocznie określając: zakwaszać. Nawet po mega wysiłku przekraczającym jakiś tam poziom stałych obciążeń, mam co najwyżej leciutkie uczucie bolesności mięśni mijające po max półtorej doby.
    Wcześniej po mocniejszym treningu najczęściej czułam się jakby mnie ktoś kijami obił, mięśnie wręcz piekły i potrafiło się to utrzymywać do 5 dni. (A ja gupia jeszcze myślałam, ze to taki dobry trening był i dlatego boli i że to fajnie)
    Do czego zmierzam, ta bezsenność i pobudzenie (oraz potocznie zwane”zakwasy” w nadmiernym wymiarze), moim zdaniem są sygnałem, ze organizm nie jest zdrowy a procesy regeneracyjne, kosztują go zbyt wiele więc „fabryka hula na 200%”. Trzeba szukać przyczyny i ją leczyć.
    Jesteś dociekliwa. Może poszperasz w tym temacie? 🙂

  2. Witaj Joasiu 🙂 Mam pytanie, trochę poza tematem. Co wpływa lepiej na glikemię, same warzywa ugotowane na parze, czy lepiej dodać do nich tłuszczu (jeśli tak, to jaki polecasz?) Zastanawiam się czy stawiać raczej na olej rzepakowy, czy kokosowy. I w ogóle jak łączyć węglowodany i tłuszcze przy insulinooporności. Słyszałam z jednej strony, że dodatek tłuszczu obniża ig, a z drugiej że to własnie tłuszcze nie węglowodany wzmagają insulinooporność i należy ich raczej unikać.

    • Warzywa dobrze jest polewać oliwą z oliwek czy olejem lniany, generalnie jeść z dodatkiem tłuszczy, bo w warzywach mamy wiele warzyw rozpuszczalnych w tłuszczach. Warto więc zadbać o ich wchłanianie. Jaki olej wybierać, osobiście stawiam na różnorodność i do każdego posiłku używam innego. Co do posiłków, warto, aby w każdym posiłku był dodatek tłuszczu. Intryguje mnie jedynie kwestia tłuszczu a insulinooporności… Miałaś pewnie na myśli tłuszcze trans i przetworzone jedzenie.

      • Dziękuję za odpowiedź! A co sądzisz o tłuszczach nasyconych? Powinniśmy ich unikać? A z tymi tłuszczami miałam na myśli ogólne badania, które wykazały u osób na diecie wysoko-tłuszczowej pogorszenie wrażliwości insulinowej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s