Pierwszy rok studiów

Od dwóch tygodni, codziennie obiecuję sobie, że w końcu usiądę do pisania nowego artykułu. Aż mi wstyd, że tak długo się tutaj nie odzywałam. Po zakończeniu sesji nie miałam jednak ani jednego dnia wolnego. Od razu wpadłam w wir nadrabiania zaległości w pracy. Do tego rozpoczęłam praktyki w szpitalu. W ten weekend na szczęście w końcu udało mi się znaleźć chwilę, by napisać o tym, co w ostatnim czasie było priorytetem na liście moich obowiązków, a więc studiach i pierwszym roku, który już oficjalnie za mną. Chciałam zostawić ten temat na później, ale sporo osób pisze do mnie z pytaniami, czy polecam swoją szkołę, czy jestem zadowolona z poziomu nauczania i nie żałuję decyzji o podjęciu studiów. Może więc moja opinia będzie pomocna dla osób, które jeszcze zastanawiają się nad swoją przyszłością.

O sesji zimowej pisałam tutaj. Liczyłam, że będziemy mieli jakąś dłuższą przerwę i uda mi się odpocząć, ale nic z tego. Tydzień po ostatnim egzaminie już rozpoczęliśmy semestr letni. Przyznam szczerze, że w lutym i marcu byłam jeszcze tak zmęczona, że na wykłady i ćwiczenia chodziłam totalnie bez entuzjazmu. Owszem, zbiegło się to wszystko w czasie z moim gorszym samopoczuciem. Zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Byłam zmęczona i znużona intensywnymi treningami, co odbiło się na mojej odporności. W ciągu dwóch miesięcy trzykrotnie byłam przeziębiona, by ostatecznie być zmuszoną sięgnąć po antybiotyki. Mój nastrój również pozostawiała wiele do życzenia. Wtedy też, jak pamiętacie zdecydowałam się zrobić trzecie podejście do terapii psychologicznej, o czym pisałam tutaj. Przełomowy okazał się pobyt w szpitalu (więcej tutaj), diagnoza i zalecenia. Zregenerowałam siły i nabrałam chęci do działania, w tym również do nauki. Można powiedzieć w samą porę, bo właśnie pod koniec kwietnia rozpoczął się prawdziwy maraton. Praktycznie na każdym zjeździe mieliśmy jedno, czy dwa zaliczenia. Nie było więc dnia, żebym się nie uczyła. Naprawdę!

Na szczęście przedmioty w drugim semestrze były interesujące:

1. Angielski – w mojej grupie nie zajmujemy się gramatyką (mieliśmy najlepsze wyniki z matury z angielskiego), przerabiamy tylko słownictwo. Zimą na tapecie było jedzenie. W tym semestrze zajmowaliśmy się przede wszystkim słownictwem związanym z ludzkim ciałem, a więc narządami, układami i ich funkcjami. Na zaliczenie pisaliśmy test sprawdzający znajomość słówek oparty na zadaniach z „Revision”. Przedmiot będziemy kontynuować jeszcze na trzecim i czwartym semestrze.

Dziś kończymy inglisz 😉 #english #dietetics #student #katowice #silesia #swsm #pzwl

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Szczerze polecam książkę.

2. Technologia informacyjna – robię licencjat, więc i takie przedmioty muszą znaleźć się w programie. Przerabialiśmy jednak Power Point’a i Excel’a, więc przyznam szczerze, że poznałam parę funkcji obu programów, o których nie miałam pojęcia. Na zaliczenie musieliśmy przygotować w domu prezentację (ja robiłam o swojej firmie), a na ostatnich zajęciach mieliśmy sprawdzian z Excel’a. W planie były też chyba z dwa wykłady, ale przyznam, że nie byłam. Informatykę będziemy mieli jeszcze w trzecim semestrze.

3. Rekreacja ruchowa – kolejny „bardzo potrzebny” przedmiot. Na szczęście zajęcia odbywały się na jednej z katowickich siłowni. W poprzednim semestrze na ostatnich zajęciach mieliśmy kolokwium ustne i odpowiadaliśmy na pytania typu „Jaki trening jest wskazany osobom z chorobami sercowo-naczyniowymi?”, w tym układaliśmy już na początku plan treningowe, które realizowaliśmy na kolejnych zajęciach. Całe szczęście nikt nie zmuszał mnie do żadnych zajęć fitness i spokojnie mogłam robić swoje. Nie ukrywam jednak, że w-f między innymi zajęciami był kiepskim rozwiązaniem i w tej sytuacji wolałam odrobić go na przykład z grupami dziennymi w tygodniu.

4. Chemia żywności – tutaj mam zastrzeżenia. Przedmiot jest bowiem bardzo ciekawy, tematyka rozległa, a zaplanowano tylko trzy seminaria w semestrze i wykłady niekończące się egzaminem. Tak naprawdę wszystko opracowywaliśmy samodzielnie w domu, a na drugich i trzecich zajęciach pisaliśmy kolokwia. Do tego grupami przygotowywaliśmy prezentację (ja akurat o dodatkach o żywności). Do chemii nigdy nie przykładałam większej wagi w gimnazjum, czy liceum, więc obliczanie stężeń procentowych i molowych, przeliczanie stężeń i pH przerosło moje możliwości. Na szczęście okazało się, że w grupie na jodze mam chemika i udzielił mi korków (Sebastian, dzięki raz jeszcze!). Kolokwia nie należy do najłatwiejszych i obejmowały bardzo duży zakres materiału. Poświęciłam więc sporo czasu na naukę. Ogólnie, mam niedosyt i chciałabym poświęcić więcej czasu na wszystkie dodatki czy substancje rakotwórcze w żywności, ale może będziemy o tym jeszcze mówić na jakimś innym przedmiocie.

5. Żywienie człowieka – w tym semestrze na wykładach, ćwiczeniach i seminariach przerabialiśmy m.in. witaminy i minerały, błonnik, wodę, zanieczyszczenia w żywności, dietę wegetariańską, produkty light czy antropometrię. Mieliśmy trzy kolokwia w ciągu semestru (podchwytliwe pytania!), a na koniec parami przygotowywaliśmy 7-dniowy jadłospis. Przedmiot zakończył się egzaminem. Początkowo chciałam przełożyć go na wrzesień, bo totalnie nie miałam czasu na powtórzenie materiału, ale ostatecznie zdecydowałam się pójść i na szczęście moja ogólna wiedza wystarczyła, aby otrzymać piątkę.

Ewakuacja ;) Cisza i spokój. #skalka #swietochlowice #student

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Raz udało mi się tylko przeczytać (słowo klucz :D) podręcznik.

Często czytam w Internecie opinie studentów z innych uczelni, którzy narzekają, że ich wykładowcy w ogóle nie idą z duchem czasu, nie przekazują najnowszych badań, nie śledzą trendów. Ja na szczęście trafiłam dobrze i na zajęciach nieraz rozmawialiśmy o ketozie czy o jakimś wpisie na grupie na Facebook’u, który wywołał sporo emocji. Dzięki wykładowcy polubiłam kilka wartościowych profili, zapisałam nowe strony do zakładek i sięgnęłam po kilka książek, których wcześniej nie znałam. Ogólnie duży plus!

6. Farmakologia i farmakoterapia – śmiało mogę powiedzieć, że to był mój ulubiony przedmiot w tym semestrze. Zarówno jeśli chodzi o ćwiczenia, jak i wykłady. Na ćwiczeniach zajmowaliśmy się przede wszystkim interakcjami leków i suplementów diety z żywnością, alkoholem i ziołami. O wielu przyznam szczerze, że nie miałam pojęcia. Jeśli będziecie zainteresowani, napiszę osobny artykuł o najczęstszych interakcjach i ich możliwych skutkach. Na pewno zareagujecie, gdy Wasi rodzice czy dziadkowie będą popijać leki herbatą. W każdym razie, w semestrze pisaliśmy dwa kolokwia zaliczeniowe (bardzo trudne, z przypadkami pacjentów do rozwiązania (coś a’la case study na szkoleniach)) i grupami przygotowywaliśmy referat (w moim wypadku o interakcjach leków przeciwdepresyjnych z żywnością).

Tę książkę każdy dietetyk powinien mieć pod ręką przy układaniu jadłospisów.

Jeśli chodzi o wykłady, cieszę się, że w końcu usystematyzowałam swoją wiedzę z zakresu poszczególnych grup leków i ich zastosowania (najpopularniejsze leki stosowane na biegunkę, zaparcia, wymioty, antybiotyki, NLPZ itd.). Mówiliśmy również o suplementach diety, witaminach, minerałach, a także naturalnych substancjach występujących w żywności, które mają działanie antynowotworowe. Omawialiśmy też stan zapalny, alergie i otyłość. Do egzaminu uczyłam się intensywnie przez cały tydzień. Naprawdę czułam się dobrze przygotowana i jestem szczerze zła na siebie, że popełniłam taki błąd, jak chociażby w banalnym pytaniu o to, czy maść jest półstała, czy półpłynna. Tak, tak, jestem ambitna i nie mogę sobie tego wybaczyć :D

7. Mikrobiologia – na ćwiczeniach pracowaliśmy sporo z mikroskopami, przygotowywaliśmy preparaty, hodowaliśmy bakterie z łososia i mięsa na podłożach mikrobiologicznych, sterylizowaliśmy narzędzia w autoklawie. Omawialiśmy również florę bakteryjną produktów spożywczych, w tym kefirów, jogurtów, a także bakterie chorobotwórcze w żywności i choroby z nimi związane. Do kolokwium końcowego uczyłam się tak intensywnie, jak go egzaminu. W ostatni dzień od 6:00 do 22:00 nie odłożyłam notatek ani na chwilę, dlatego bardzo się cieszyłam z maksymalnej ilości punktów. Zdecydowanie wolę jednak, gdy wykładowca sprawdza wiedzę z zajęć na zajęcia. Wtedy mam większą motywację do systematycznej pracy.

Piękne obrazki :)

Wykładów mieliśmy tylko pięć i skończyły się już w kwietniu. Omawialiśmy budowę i fizjologię komórki bakteryjnej, wirusy, grzyby, chorobotwórczość mikroorganizmów i probiotyki. Ciekawy był wykład o kiszeniu kapusty, fermentacji mlekowej i alkoholowej, kwasach organicznych. Nie zabrakło też tematu bakterii chorobotwórczych. Do tego egzaminu również uczyłam się cały tydzień, opuszczając po kolei zajęcia jogi, rezygnując z treningu czy akupunktury. Pytania zwaliły mnie z nóg, bo wszystkie dotyczyły „przemysłówki”. Przez dziesięć dni modliłam się o zaliczenie, więc gdy zobaczyłam piątkę, byłam w ogromnym szoku. Naprawdę. Nie, to nie moja wrodzona skromność. Po prostu potrafię obiektywnie ocenić, kiedy naprawdę jestem jest dobrze, a kiedy nie poszło mi najlepiej.

Tak prezentują się moje oceny z drugiego semestru:

Jestem z siebie naprawdę dumna. Szczególnie, że początek semestru był dla mnie ciężki. Zmobilizowałam się jednak, nadrobiłam zaległości i dałam z siebie 100% w czasie sesji. Mam ogromną satysfakcję, choć nie ukrywam, że chciałabym, aby przełożyło się to również na korzyści finansowe. Niestety, ale zgodnie z Art. 184. Ustawy prawo o szkolnictwie wyższym:

„5. Studentowi, który po ukończeniu jednego kierunku studiów kontynuuje naukę na drugim kierunku studiów, nie przysługują świadczenia, o których mowa w art. 173, chyba że kontynuuje on studia po ukończeniu studiów pierwszego stopnia w celu uzyskania tytułu zawodowego magistra lub równorzędnego, jednakże nie dłużej niż przez okres trzech lat.”

Obecnie płacę co miesiąc 420zł (są różne opcje rozłożenia na raty) i jest to dla mnie na tę chwilę bardzo duże obciążenie, przez co praktycznie przez cały rok byłam tylko na jednym, czy dwóch szkoleniach, nad czym bardzo ubolewam. Oczywiście, sporo czytam, śledzę najnowsze badania, ale to nie to samo. Miałam więc nadzieję, że stypendium trochę mnie odciąży. Może ktoś był w podobnej sytuacji? Planuję napisać pismo do dziekana, a nuż się uda. Jeszcze gdybym była po medycynie i teraz kontynuowała naukę na dietetyce, to bym zrozumiała, ale nie mam magistra z żadnego pokrewnego kierunku, ani nawet matury z biologii i chemii. Jestem magistrem historii. Nauka pochłaniania mi tyle czasu, bo musiałam wrócić w wielu przypadkach do absolutnych podstaw, cofnąć się do gimnazjum i liceum. Mimo to osiągnęłam naprawdę dobre wyniki. Mam nadzieję, że uda mi się coś wskórać. Macie jakieś podobne doświadczenia?

A poniżej kilka szkoleń i webinarów, które ostatnio zaliczyłam:

Taki wieczór z @poradniamedfood :) #pcos #webinar #medfood #hormones #health

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Owszem, czasami miałam wątpliwości, czy na pewno decyzja o studiach była słuszna. Piękna pogoda, a ja cały weekend w szkole, zaczynając zajęcia w piątek o 16:00 i kończąc nie raz w niedzielę o 21:00 (może drugi semestr był pod tym względem już trochę luźniejszy). Znajomi namawiają na wypad do pubu, a ja wkuwam. Moje 30. urodziny, a ja już o 6:00 rano siedzę z mikrobiologią w ręce. To były jednak tylko chwile zwątpienia, bo nie żałuje ani minuty spędzonej w tym roku na nauce. Dietetyka to moja pasja, a jeśli w coś wkładamy serce, nie czujemy znużenia. Tak zawsze mówi mój nauczyciel jogi i podpisuję się pod tym rękami i nogami. Inna sprawa, że kursach nie nauczyłabym się podstaw z anatomii, fizjologii, biochemii, których mi po prostu brakowało. Owszem, kształciłam się na własną rękę, ale wiedza akademicka to całkiem inna bajka. I to wiedza na wysokim poziomie. Praktycznie wszyscy moi wykładowcy pracują na uczelniach państwowych, są w trakcie zdobywania kolejnych stopni naukowych i cały czas rozwijają swoją wiedzę. Z większością kontakt jest bardzo dobry. Spokojnie mogę napisać maila z pytaniem, prośbą, jakąkolwiek wątpliwością i zawsze uzyskam odpowiedź. Przysyłają prezentacje, materiały, artykuły. Za to duży plus.

Smaczki z zajęć.

Trafiłam również na grupę ludzi z pasją. Mimo, że jesteśmy w różnym wieku, to dogadujemy się, wzajemnie pomagamy, udostępniamy notatki i dzielimy materiałami. Wszystko dzięki grupie na Facebook’u. Pewnie, zdarzają się zgrzyty, ale kiedy dziekanat poinformował nas, że nasza grupa zostaje rozwiązana, to od razu rozpoczęliśmy walkę o cofnięcie decyzji. Tym bardziej, że została ona podjęta przed sesją, a wcale nie wiadomo, czy po sesji również będziemy najmniej liczną grupą na roku, tym bardziej, że mamy naprawdę dobre wyniki. Każdy z nas został już wpisany do innej, wybranej grupy, ale sprawa jeszcze jest w toku i liczymy na pozytywne rozwiązanie. Mimo, że w nowej grupie mam kilku dobrych znajomych, to nie chciałabym się rozstawać z moją ekipą.

Moja ekipa :)

Zobaczymy, jak sytuacja się rozwiąże. Na razie razem ze starościną z mojej grupy jesteśmy na praktykach w szpitalu. Po pierwszym roku mamy do zrobienia 105 godzin dydaktycznych w szpitalu lub hospicjum. Nieważne, że jesteśmy na studiach zaocznych. W moim wypadku nie stanowi to większego problemu. Nie mogłabym poświęcić jednak pełnych dwóch tygodni wyłącznie na praktyki, bo firma musi działać, przez co umówiłam się na dwa, trzy dni w tygodniu. Gdybym jednak pracowała na etacie, byłabym zmuszona wziąć urlop. I dla tych osób zdecydowanie powinno być to inaczej rozwiązane. W weekendy raczej ciężko odbyć praktyki. Ba, w szpitalu Rudzie Śląskiej w ogóle nie chcą mieć praktykantów. Tym samym trafiłam do Chorzowa do Szpitala Miejskiego, gdzie zapłaciłam za możliwość odbycia praktyk. 60zł, ale jednak. W każdym razie nie żałuję. Jestem na żeńskim oddziale wewnętrznym z pododdziałem geriatrycznym. Wiadomo, obawiałam się, jak to wszystko będzie wyglądało, jak mnie przyjmie personel, ale trafiłam na naprawdę fajną ekipę pielęgniarek, pomocy i pracowników sekretariatu.

Podobno do twarzy mi w fartuchu :D Medycyna po 40. Taki jest plan :D

Co należy do moich zadań? Roznoszę posiłki, karmię pacjentki, w wolnych chwilach pomagam w papierkowych sprawach. Dostajemy też różne zadania od dietetyczki szpitalnej, jak na przykład pomiar temperatury wydawanych posiłków, czy obliczanie wartości odżywczej produktów. W poniedziałek idziemy natomiast do kuchni i dietetyczki z firmy cateringowej, która świadczy usługi dla szpitala, aby zobaczyć, jak wygląda planowanie jadłospisów i cała organizacja pracy w kuchni.

Serio, jedzenie nie jest tak złe, jak to czasem widzę na profilu „Jedzenie w szpitalach”. Choć większą stawkę dzienną, mają chyba nawet w więzieniu. 

Ogólnie jestem zadowolona i myślę, że praktyki w szpitalu będą cennym doświadczeniem dla mnie. Zarówno, jako dietetyka, jak i człowieka, bo melancholia, jaka dopada mnie na geriatrii powoduje, że czasem mam łzy w oczach. Naprawdę. Przyznam, że w ogóle nie myślałam o ewentualnej pracy w szpitalu w przyszłości, ale chyba bym się odnalazła. Może jakieś pół etatu :D

Mimo wszystko, czekam już na koniec praktyk i odpoczynek, bo za mną naprawdę bardzo aktywny rok i przydałoby mi się chociaż przez tydzień odpocząć. Już cztery lata nie byłam na porządnych wakacjach. Pewnie, marzy mi się morze, plaża, picie wody z kokosa, ale odpoczynek na leżaku z książką w rękach też mi wystarczy. Nie mam dużych wymagań. Muszę więc coś wymyślić. Trzeba nabrać siły na kolejny rok nauki. Przede mną bowiem jeszcze dwa i pół roku! Ale już się cieszę! Szczególnie na psychologię w nowym semestrze!

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania co do studiów czy samej uczelni, śmiało piszcie w komentarzach lub wiadomościach prywatnych. Chętnie odpowiem. A o rekrutacji na nowy rok akademicki przeczytacie tutaj.

Advertisements

7 thoughts on “Pierwszy rok studiów

  1. Zazdroszczę studiów! Dużo nauki, to fakt, ale wszelkie szkolenia, seminaria, zajęcia, praktyki – też bym tak chciała, i to na 1 roku. Ja jestem na Rolniczym w Krakowie na Żywieniu człowieka, ale między moim kierunkiem a twoim jest spora różnica :p Na 1 roku u mnie to były tak nieciekawe przedmioty jak fizyka (no po co ona była dalej nie wiem, chociaż ćwiczenia były ciekawsze niż wykłady). Dopiero na 2 roku u mnie będą przedmioty jak chemia żywności, mikrobiologia, analiza żywności itd. Od dłuższego czasu wchodzę na twojego bloga i zawsze podziwiam, że chce ci się, pomimo trudu jakie napotykasz. Ja po sesji czułam, że umieram powoli 😀
    A powiem, że prawdopodobnie bym z tobą studiowała, bo jestem ze śląska też, ale padło na Kraków 😀
    Będę częściej zaglądać! 🙂

  2. Co prawda idę na kosmetologię, ale przedmioty ogólne będą pewnie wyglądać podobnie, więc i mi wpis się przydał. 🙂 O co dokładnie chodzi z kwestią stypendium? Jako osoba, która skończyła licencjat na innej uczelni i na innym kierunku, zaczynająca zupełnie od nowa kolejny kierunek na SWSM, nie będę mogła powalczyć o dostanie się do grona najlepszych?

  3. Witaj 🙂 Twój wpis spadł mi jak z nieba. Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad zapisaniem na Dietetykę na SWSM.
    Jednak obawiam się, że mogę sobie nie dać rady pracując na etacie. Dodatkowo z biologią i chemią nie mam nic wspólnego. Nie zdawałam też tych przedmiotów na maturze. Czy jest szansa na poradzenie sobie z takimi studiami w takim przypadku?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s