Podsumowanie redukcji

W sierpniu ubiegłego roku umówiłam się z moją przyjaciółką Justyną na trening na nowo otwartej siłowni Smart Gym na stadionie w Zabrzu. Wtedy też wykonałam pomiar na analizatorze składu ciała InBody 170 dostępnym na obiekcie. Po wspólnym treningu poprosiłam natomiast Justynę, aby zrobiła mi kilka zdjęć całej sylwetki. Będąc na Smarcie nie analizowałam jakoś szczególnie wyników pomiaru. Nie przeglądałam też zdjęć. Zrobiłam to dopiero w autobusie w drodze powrotnej do domu. Załamałam się…

Ważyłam prawie 75kg przy wzroście 170cm i miałam 28,2% tkanki tłuszczowej. Przejrzałam zdjęcia, jakie zrobiła mi Justyna na siłowni, a także cały album z poprzednich miesięcy i naprawdę wpadłam w czarną rozpacz. Pewnie, wiedziałam, że nie jest najlepiej. Już w maju, będąc w Warszawie na konferencji Food Forum zdjęcie z Iwoną Wierzbicką i pomiar na Tanicie na jednym ze stoisk doprowadziły mnie do łez (pisałam o tym tutaj), ale to właśnie wtedy rozpoczęłam swoją przygodę z ketozą odżywczą i myślałam, że dzięki tej diecie wrócę do formy. Tymczasem, najadanie się do syta boczkiem z karkówką i kabanosami ze smalcem (do dzisiaj się śmieję, jak z okazji moich urodzin poszłyśmy z Justyną do kina i zamiast popcornu zjadłyśmy kabanosy ze smalcem czosnkowym, nawet więc nie przypominam Wam tych tekstów o ketozie, bo najchętniej bym je usunęła) sprawiło, że przeistoczyłam się w… wieloryba :D To jedno z najbardziej łaskawych określeń, jakie przychodziły mi wówczas do głowy. Zresztą zobaczcie sami. Z premedytacją wybrałam najgorsze ujęcia z ubiegłego roku. Na szczęście mam dystans do siebie.


Tłuszcz, tłuszcz, tłuszcz… Pewnie, miałam mięśnie, ale ukryte pod fałdami tkanki tłuszczowej.


Brzuch może był w miarę płaski, ale jego obwód pozostawiał wiele do życzenia.


Największym moim kompleksem były jednak ręce. Zrobiły się ogromne. Nie bez powodu kolega na siłowni śmiał się ze mnie, że wyglądam, jak NRD-owska pływaczka.


Tutaj widać też, jak wyglądały moje ręce. To właśnie zdjęcie z treningu z Justyną.


Zrobiłam się również pulchniejsza na twarzy. Bez makijażu – koszmar.


Jedynie z wyglądu pupy mogłam być zadowolona :D

Mówiąc krótko, obraz nędzy i rozpaczy. Nie ma się co dziwić, że nawet przy 40-stopniowym ubierałam jedyne pasujące na mnie czarne jeansy, a ręce chowałam pod ciemnymi swetrami. O ile w ogóle wychodziłam z domu, bo naprawdę miałam ochotę zamknąć się w czterech ścianach i nikomu nie pokazywać na oczy. Tym bardziej, że jeszcze parę miesięcy wcześniej wyglądałam naprawdę świetnie. Nigdy nie byłam chuda, ale generalnie przez lata miałam szczupłą sylwetkę i kobiece kształty. Jasne, wówczas oczywiście nie byłam z siebie zadowolona i uważałam się za grubą. Teraz pozostaje mi się tylko z tego śmiać.


Tak wyglądałam jesienią 2015 roku. Sylwetka marzenie.


Plecy uważałam za swój największy atut. 


Pupa również niczego sobie. 


Lekko zarysowane mięśnie rąk i brzucha.


Pociągła i smukła twarz.

Zresztą tak wyglądałam od lat. Raz było mnie trochę więcej, raz mniej, ale przez lata utrzymywałam raczej szczupłą sylwetkę.


Drugi rok studiów.


Wesele kuzynki, również okres studiów.


Początki pracy w Górniku. Na jednej z imprez miejskich w Zabrzu. Opalona po Majorce.


Majorka :D


Przed imprezą w domu u koleżanki. Chętnie chodziłam w krótkich sukienkach i szpilkach. 


Początki współpracy z Sebastianem Kotem na siłowni, etap crossfitu dwa razy w tygodniu.


Sesja na stadionie przed Wielkimi Derbami Śląska. Wówczas pełniłam rolę rzecznika prasowego klubu.


Tutaj po meczu w Kielcach z zawodnikami Górnika. Wyglądałam świetnie.


Miałam również szczuplutkie ręce. Nie wstydziłam się chodzić w bluzkach bez rękawów.


Z dyplomem trenera personalnego.


Na kursie instruktorskim z dwuboju. Porównajcie te ręce ze zdjęciami sprzed roku.

Serio, nie miałam powodów do kompleksów.  Co się więc stało, że od jesieni 2015 roku do lata 2016 tak się zmieniłam? Jakim cudem przytyłam ponad 10kg? Złożyło się na to wiele czynników.

Przede wszystkim dieta. Po konsultacji z Moniką z bloga „Tłuste życie” jesienią 2015 roku przeszłam na dietę low carb, wyeliminowałam wiele produktów, w tym chociażby nabiał i produkty zbożowe, z glutenem na czele. Nie, nie byłam na pełnym protokole autoimmunologicznym, bo jadłam jajka i piłam kawę, ale wykluczyłam sporo innych produktów. Z obecnej perspektywy zupełnie niepotrzebnie, bo wcale nie odczuwałam żadnych problemów ze strony układu pokarmowego po glutenie czy mleku i teraz każda próba powrotu kończy się tragicznie (w przyszłym tygodniu robię testy na celiakię, warto sprawdzić przy Hashimoto). W każdym razie, w mojej diecie pojawiło się sporo tłuszczy, a w ogóle nie kontrolowałam ilości spożywanych kalorii. Mimo treningu 4-5 razy w tygodniu byłam z pewnością na nieustannej nadwyżce kalorycznej.

Inna sprawa, że zajadałam stres. W trudnych chwilach potrafiłam wciągnąć całą paczkę kabanosów drobiowych (ok. 450kcal) lub nerkowców (ok. 1200kcal). A jak jeszcze opowiem za moment, byłam naprawdę zestresowana i takie cheat’y nie zdarzały się rzadko. Co więcej, minimum raz w tygodniu. Kortyzol szalał, insulina pewnie też,  byłam notorycznie głodna. Co chwila coś podjadałam. Inna sprawa, że moje podstawowe cztery posiłki również były wysokotłuszczowe i tym samym wysokokaloryczne. Tak, bałam się zjeść ryż czy jabłko, a wciągałam praktycznie codziennie kilka jajek, wątróbkę, całe awokado i spory kawałek łososia. Całość polewałam olejem i posypywałam orzechami. Więcej o swojej ówczesnej diecie pisałam tutaj.

W marcu 2016 roku konsultowałam się z kolei z Julią Cichaczewską. Wróciłam do węglowodanów bezglutenowych, które pojawiły się w moim ostatnim posiłku łącznie z owocami. W ogóle nie czułam nasycenia, więc te kolacje były naprawdę obfite. Inna sprawa, że trenowałam naprawdę dużo i ciężko. Robiłam treningi na niskich powtórzeniach, biłam swoje rekordy i tłumaczyłam sobie, że muszę jeść, aby być silna. Więcej o moim ówczesnym odżywianiu pisałam tutaj.

Jak wspominałam, w maju 2016 roku na konferencji Food Forum w Warszawie obudziłam się z 72kg na koncie. Coś mnie tknęło, żeby zrobić sobie pomiar na stoisku Tanity. Byłam załamana, ale z drugiej strony zmotywowana do działania. Od jakiegoś czasu interesowałam się tematem ketozy odżywczej. Justyna przeszła na ten model odżywiania i bardzo go zachwalała. Czytałam również sporo w Internecie, trafiłam na grupę na Facebook’u, konsultowałam się ze zwolennikami ketozy, nawet pani dermatolog zachęcała mnie do diety wysokotłuszczowej (pisałam o tym tutaj). Postanowiłam spróbować, licząc, że szybko zgubię nadprogramowe kilogramy. Niestety, posłuchałam zaleceń, aby „najadać się do syta” i codziennie wciągałam kawę kuloodporną, kilka jajek, kabanosy, pieczony boczek z karkówką, a smalec jadłam łyżeczką (robi mi się teraz niedobrze na samą myśl :D). Po początkowej „euforii” i pobiciu swoich rekordów na siłowni po kilku tygodniach całkowicie straciłam siły. Generalnie czułam się bardzo źle. Nie byłam w stanie zrobić najprostszego treningu. Posłuchałam więc kolejnej rady zwolenników ketozy i przestałam w ogóle trenować. Zaczęłam chodzić jedynie na jogę, aby trochę się wyciszyć.

Zbiegło się to w czasie z moim odejściem z Górnika. Praca w klubie była moim marzeniem. To był fantastyczny okres w moim życiu, miałam możliwość pracy z obecnym selekcjonerem reprezentacji Polski Adamem Nawałką i jego sztabem, byłam na kilku zgrupowaniach jako członek sztabu, przeprowadzałam wywiady z osobami, które oglądałam wcześniej tylko w telewizji, jeździłam na mecze wyjazdowe po całej Polsce, obsługiwałam stronę i profile klubu oraz Akademii Piłkarskiej, byłam współtwórcą encyklopedii WikiGórnik. Przez rok pełniłam również funkcję rzecznika prasowego, o czym nawet nigdy nie marzyłam. Przez sześć lat Roosevelta 81 było moim domem. Po tym, jak zrezygnowałam z funkcji rzecznika powinnam była odejść z klubu, ale miałam jeszcze jakieś ambicje związane z Akademią. To był błąd, bo nie ma co ukrywać, byłam wypalona. Ani klub nie miał ze mnie większego pożytku, a ja od rana myślałam tylko o tym, żeby już skończyć pracę i pójść na trening. Górnik spadł też z Ekstraklasy i generalnie atmosfera była fatalna. Przez chwilę wydawało mi się jeszcze, że uda mi się znaleźć nową motywację do działania, ale ostatecznie nie przyjęłam propozycji objęcia nowego stanowiska. Naprawdę to przeżyłam, ale była to na pewno jedyna słuszna decyzja w tamtym czasie. Klub potrzebował świeżej krwi, a ja nowych wyzwań.

Kryzys zawodowy zbiegł się również w czasie z problemami w życiu rodzinnym. Nie są to tematy, o których chciałabym pisać, bo nie dotyczą tylko mnie, ale uwierzcie mi, byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów. Nie spałam po nocach, płakałam, byłam strasznie znerwicowana.Wzięłam na siebie ogromną odpowiedzialność, wcielając w rolę mediatora. Wszystko skończyło się na szczęście w miarę pozytywnie, ale tylko ja wiem, ile mnie ta sytuacja kosztowała. Chciałam też wyprowadzić się z domu, byłam nawet spakowana, ale w ostatniej chwili się wystraszyłam. Nie miałam pracy, moje konto świeciło pustkami, co więcej miałam prawie 20 tys. kredytu do spłacenia. Owszem, chciałam zostać pełnoetatowym trenerem personalnym, już w czasie okresu wypowiedzenia szukałam pracy na siłowniach, ale bądźmy szczerzy, nie wyglądałam dobrze i nawet nie chodziłam na rozmowy o pracę, na które mnie zapraszano. Nie wyglądałam jak trener, a raczej jak potencjalny klient :D Wpadłam w depresję. Tak, śmiało mogę przyznać, że znalazłam się wtedy naprawdę na dnie. Miałam lepsze i gorsze okresy w życiu, ale nigdy wcześniej nie było tak źle. Czułam się na 92 lata, a nie na 29. Byłam wrakiem człowieka.

Również zdrowotnie. Miałam fatalne wyniki (pisałam o tym tutaj), organizm zaczął się buntować nie tylko z powodu ketozy, z której ostatecznie zrezygnowałam na początku lipca. Kombinowałam bowiem na włąsną rękę z dawkami Glucophage i Novothyralu. Łykałam różne dziwne suplementy. Całe szczęście trafiłam na początku sierpnia do gabinetu prof. Barbary Zubelewicz-Szkodzińskiej (o pierwszej wizycie pisałam tutaj), choć nie dostosowałam się do jej zaleceń i dalej stosowałam Novothyral, zwiększając nawet dawkę, co ostatecznie doprowadziło mnie do polekowej nadczynności tarczycy i wizyty na SOR-ze (o czym pisałam tutaj). Możliwe konsekwencje przełomu tarczycowego przeraziły mnie. Poważnie się wystraszyłam. Zrozumiałam więc, że to wszystko zaszło za daleko i nie mogę dalej eksperymentować na własnym organizmie. Zaufałam więc pani profesor, odstawiłam praktycznie wszystkie suplementy, kontynuując jedynie leczenie Letroxem i wprowadzając zaleconą dawkę Glucophage XR.

Zresztą minimalizm zalecił mi również Tadeusz Sowiński, do którego zwróciłam się o pomoc w kwestii diety. Już w lipcu, po tym, jak zrezygnowałam z ketozy, zdecydowałam się wrócić do starych, sprawdzonych metod, z wyłączeniem nabiału i glutenu. Zależało mi jednak na tym, aby doświadczony dietetyk spojrzał na mój przypadek obiektywnym okiem i powiedział, czy zmierzam w dobrą stronę. Od razu po pamiętnym pomiarze w Smart Gymie napisałam do niego rozpaczliwego maila, wypełniłam ankietę i poprosiłam o pomoc. Wówczas też musiałam się pomierzyć. Wyniki prezentowały się dramatycznie:

1. Obwód ręki – 34cm.
2. Obwod pod biustem – 84cm.
3. Obwód talii – 80cm.
4. Obwód w okolicy pępka – 88cm.
5. Obwód uda – 61cm.

W pierwszych dniach września otrzymałam zalecenia od Tadeusza, jednocześnie wznowiłam treningi siłowe i tak rozpoczął się mój powrót do równowagi.


W swoje 29 urodziny postanowiłam, że czas najwyższy zająć się sobą i mogę powiedzieć, że faktycznie ten miniony rok podporządkowałam sobie.

O tym, jak przez ostatnie dwanaście miesięcy zmieniło się moje życie zawodowe i prywatne, zaczęłam nowe studia, założyłam firmę, uporządkowałam głowę i stałam się szczęśliwym człowiekiem na pewno napiszę jeszcze osobny artykuł. Dziś chciałam podsumować jedynie moją zewnętrzną przemianę. A wykonałam kawał naprawdę dobrej roboty.

Od września tydzień po tygodniu moja waga się zmniejszała. Jadłam ok. 1800kcal dziennie. O tym, jak mniej więcej wyglądała moja ówczesna dieta, pisałam szerzej tutaj. Warto zajrzeć też do wpisu (zobacz tutaj) o tym, ile owoców znajdowało się (i dalej znajduje!) w moim codziennym menu.

26 września

16 października

View this post on Instagram

Moja redukcja (a w zasadzie naprawa błędów) zakończyła się dobre miesiąc temu. Teraz waga utrzymuje się na poziomie 68-69kg na czczo. Za jakiś czas będę chciała spróbować zejść do ok. 65kg, ale organizm musi odpocząć przez kilka miesięcy. Byłabym bowiem samobójcą biorąc pod uwagę moje problemy zdrowotne. W każdym razie chciałam Wam pokazać, że moja redukcja ograniczyła się tylko i wyłącznie do spalenia tkanki tłuszczowej (28% -> 22,9% – pomiar na tej samej wadze) i z tego jestem najbardziej dumna. Nie straciłam ani grama mięśni, które tak mozolnie buduję 💪Jeszcze przykrywa je warstwa tłuszczu, ale coś tam powoli widać 💪Jedynie @hm uważa, że przytyłam, bo przed redukcją kupiłam czarne jeansy w rozmiarze 38, a wczoraj musiałam kupić dokładnie ten sam model w rozmiarze 40 😂 Nie, nie mam z tego powodu depresji 😎 Wybaczam z racji zniżki #blackfriday #fatloss #lossweight #fatburner #fatburn #reduction #health #gym #workout #trainingsession #strongwoman #stronggirls #girlwithmuscles #girlsthatlift #personaltrainer #strengthcoach #girl #polishgirl #smartgymrs

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

27 listopada

Tak, jak pisałam na Instagramie, zatrzymałam się w październiku na 68-69kg i poziomie ok. 23% tkanki tłuszczowej. Nie chciałam już bardziej obciążać i tak słabego organizmu. Często się przeziębiałam, musiałam wspomagać dodatkową suplementacją (więcej tutaj), miałam kilka przerw od treningu przez te kilka miesięcy i uznałam, że nie mogę przesadzać. Najważniejsze było (i jest!) dla zdrowie. Inna sprawa, że wyglądałam już całkiem nieźle.

24 grudnia

W styczniu poczułam się już na tyle dobrze, że zwiększyłam obciążenia treningowe, wznawiając współpracę z Wojtkiem Jusielem (pisałam o tym tutaj). Nie chciałam w dalszym ciągu redukować wagi, postawiłam więc na rekompozycję sylwetki.

4 marca

27 marca

Pięć ciężkich treningów dziennie to było jednak dla mnie zdecydowanie za dużo. Byłam osłabiona fizycznie i psychicznie. Pierwsza sesja na studiach dała mi też mocno w kość. Ostatecznie w marcu musiałam sięgnąć po antybiotyk. W tym czasie waga jednak ani nie rosła, ani nie malała. Nawet, kiedy dwa tygodnie siedziałam w domu i uczyłam się do egzaminów. Wiadomo, czasem wpadły dodatkowe owoce. Dwa jabłka to jednak niecałe 150kcal, a po nich czułam się już pełna i nie dałam rady wcisnąć nic więcej. Na kabanosy i orzechy miałam chyba kiedyś drugi żołądek :D Nie mogłam już jednak patrzeć na mięso. Jadłam je czasem w trzech z czterech posiłków i naprawdę nie czułam żadnej przyjemności z jedzenia.

Na początku kwietnia byłam w szpitalu na oddziale endokrynologii w Piekarach Śląskich. Pisałam o tym tutaj. Zalecenia prof. Zubelewicz-Szkodzińskiej jakby spadły mi z nieba i tylko utwierdziły w przekonaniu, że czas na kolejne zmiany. Zmniejszyłam ilość treningów siłowych do dwóch w tygodniu, wróciłam na jogę, zaczęłam znów chodzić na basen i saunę, odkurzyłam rolki i rower (więcej o mojej obecnej aktywności pisałam tutaj). Ograniczyłam również ilość mięsa i ryb w mojej diecie do jednego posiłku dziennie. Włączyłam rośliny strączkowe: ciecierzycę i soczewicę, zakochałam się w hummusie. Zaczęłam gotować więcej zup. W mojej diecie pojawiło się jeszcze więcej warzyw i owoców. Więcej o zmianach w diecie pisałam tutaj. Od tego czasu niewiele się zmieniłopoza tym, że często jem w „Złotym Ośle” w Katowicach. Zaczęłam również terapię psychologiczną (więcej tutaj) i sesje akupunktury (wkrótce napiszę, jak to wygląda).

Na moim Instagramie sporo inspiracji wprost ze „Złotego Osła”.

Szczerze mówiąc nie planowałam redukcji, tymczasem, te wszystki zmiany sprawiły, że moja waga zaczęła spadać w dół, a sylwetka nabierać dawnych kształtów. Jestem przekonana, że to przede wszystkim zasługa redukcji stresu, uporządkowania głowy, zmiany nastawienia do życia. Serio, to odgrywa ogromną rolę, dlatego psychodietetyka to kolejny kierunek, jaki mam w planach! Przestałam też świrować na punkcie diety, popadać w skrajności, bać się pomidorów czy fasolki szparagowej, dlatego jak coś wrzucam na profile społecznościowe i czytam w komentarzach pytania, czy się nie boję tego, czy tamtego, to mówię, że najważniejsza jest równowaga i wszystko z umiarem! Fakt, poza glutenem i nabiałem, ale z tym to się załatwiłam już raczej do końca życia i mówię to otwarcie, mój błąd. Etap paranoi mam już za sobą. Wypiję colę zero i zjem lody od czasu do czasu. Z laktozą :D

Oto, jak zmieniała się moja sylwetka od kwietnia.

View this post on Instagram

Dwa tygodnie zmian. Dwa lekkie treningi w tygodniu zamiast pięciu, sześciu. Joga. Medytacja. Terapia. Stretching. Spacery. Zmiana diety (bilans na utrzymanie wagi, ok. 80g białka, 250g węglowodanów). Dwa cheat'y :) Pozytywne myślenie. Staję na wadze. Stawiam, że będzie ponad 70kg. A tutaj 67,5kg 😂 Czyli minus 2 kg od wyjścia ze szpitala. Tak, BF jest wyższy, ale czuję się dobrze. Lżej :) I w głowie coraz mniejszy chaos. Wkrótce zaczynam też swoją przygodę z akupunkturą. Długo dojrzewalam do tych zmian, ale lepiej późno niż wcale! Naprawdę mocno wierzę, że to wszystko pomoże! Że odzyskam siebie :) W weekend majowy postaram się dodać wpis o szpitalu i zmianach. Jeszcze kończę inny :) #gym #workout #training #trainingsession #personaltrainer #strengthcoach #smartgymrs #girlwholift #bodyfat #weightloss #body #polishgirl #hair #brunettegirl #brunette #longhair #pcos #amenorrhea #hashimoto #reduction #weightloss #fit #fitfreak

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

25 kwietnia

View this post on Instagram

Nie planowałam redukcji, tymczasem lżejsza dieta, ograniczenie treningu siłowego, joga, akupunktura i coraz większy spokój wewnętrzny zaowocowały trzema kilogramami na minusie. Wiele osób pyta mnie, jak wygląda teraz mój codzienny jadłospis, czy zostałam wegetarianką, czy przeszłam na weganizm :D Nie, żadne skrajności mnie nie interesują, ograniczyłam jedynie białko zwierzęce i wprowadziłam kilka nowych produktów. Więcej na blogu. Zapraszam! Link w bio :) #diet #nutrition #nutritionist #dietetyk #health #reduction #weightloss #bodyfat #fatloss #fatburner #fat #personaltrainer #strengthcoach #training #workout #blog #blogger #fitgirl #nolomits #findyourpassion #dreambig

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

15 maja

26 maja

View this post on Instagram

Kiedy w końcu: – moim priorytetem nie jest wygląd a zdrowie, bo zrozumiałam, że waga nie jest wyznacznikiem szczęścia, – patrzę w lustro i myślę sobie "Asia, dobrze wyglądasz" i podziwiam swoje długie włosy, – nie myślę o rekordach w martwym ciągu, nie mam wyrzutów sumienia, gdy nie zrobię treningu według planu i trenuję siłowo tak naprawdę 2 razy w tygodniu po 45 minut, – nie stosuję żadnych restrykcji, a zbilansowaną, urozmaiconą dietę, z wyłączeniem produktów, po których po prostu czuję się źle, jak nabiał czy gluten, nie myślę obsesyjnie o jedzeniu i cieszę się z sezonu na 🍓 – zajęłam się w końcu wszystkimi zamiecionymi pod dywan od lat problemami w głowie, próbuję zrozumieć wiele kwestii i zrzucić ciężar, jaki od lat noszę ze sobą na plecach, – chodzę regularnie na jogę i akupunkturę i wzmacniam swój organizm, -traktuję swój organizm jako swojego najlepszego przyjaciela i dbam o niego, – myślę, że szklanka jest do połowy pełna, życie jest fajne, mam fajnych przyjaciół i znajomych, robię to, co lubię, pomagam innym, rozwijam się i krok po kroku realizuję swoje marzenia, to moje ciało odwdzięczyło mi się najlepszą sylwetką od lat a organizm w końcu poczuł siłę i moc 😎 I oby tak dalej 😉 W końcu najlepszą inwestycją jest praca nad sobą 😊 Pamiętajcie o tym :) #wdrodzedorownowagi #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny #training #workout #gym #diet #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #health #polishgirl #hair #brunettegirl #brunette #longhair #pcos #amenorrhea #hashimoto #reduction #weightloss #fit #fitfreak @nike

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

6 czerwca

21 czerwca

25 lipca

27 lipca

27 sierpnia

Tak, w poniedziałek zobaczyłam na wadze po śniadaniu 62,2kg! Czyli o 12,6kg mniej niż rok temu! Co więcej mam teraz tylko 17% tkanki tłuszczowej, a miałam 28,8%, czyli aż o 11,8% mniej. W kilogramach różnica wynosi 21,1kg – 10,6kg, czyli 10,5kg tkanki tłuszczowej. Poziom wisceralnej tkanki tłuszczowej zmniejszył się z 8 na 4. Jestem też zadowolona z faktu, że przy tym wszystkim straciłam tylko 1,5kg masy mięśniowej (było 30,3kg, jest 28,8kg).

Waga – 74,8kg -> 62,2kg / minus 12,6kg
BF – 28,8% – 17% / minus 11,8%
Fat – 21,1kg -> 10,6kg / minus 10,5kg
Muscle – 30,3kg – 28,8kg / minus 1,5kg
Visceral Fat – 8 level – 4 level / minus 4 level


Naprawdę jest dobrze :)


Jeszcze raz dla potwierdzenia!

Straciłam również mnóstwo centymetrów w obwodach ciała:

Obwód ręki – 34cm -> 29cm / minus 5cm
Obwod pod biustem – 84cm ->75cm / minus 9cm
Obwód talii – 80cm ->70cm / minus 10cm
Obwód w okolicy pępka – 88cm -> 78cm / minus 10cm
Obwód uda – 61cm – 53cm / minus 8cm

Na Instagramie pokazywałam kilka porównawczych zdjęć.

View this post on Instagram

Pamiętam, kiedy sierpniu ubiegłego roku na treningu z przyjaciółką zrobiłam kontrolny pomiar masy ciała i zobaczyłam na wydruku prawie 75kg, w tym 30% tkanki tłuszczowej przy wzroście 170cm. Nie spodziewałam się, że jest tak aż tak źle (zdjęcie po lewej). Jasne, nie było tragedii, ale czułam się fatalnie. Tym bardziej, że postanowiłam wtedy na poważnie zająć się treningiem personalnym. Znalazłam na szczęście w sobie siłę, spięłam pośladki i przez ostatnie 12 miesięcy udało mi się wrócić do mojej sylwetki sprzed lat (zdjęcie po prawej). Do wagi, w której czuję się najlepiej i z chęcią zakładam szorty i sukienki. Przygotowuję artykuł na bloga podsumowujący ostatni rok, więc w najbliższych dniach pomęczę Was zdjęciami mojej metamorfozy. Na szczęście mam duży dystans do siebie :D #metamorfoza #reduction #weightloss #bodyfat #girl #polishgirl #strengthcoach #trenerpersonalny #training #workout #gym #diet #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #personaltrainer #fittnes #fitfreak

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

View this post on Instagram

Dziś chciałam Wam pokazać, jak na przestrzeni lat zmieniały się moje plecy. Kolejno: 1. zdjęcie – 2014 rok – trening siłowy, interwały, crossfit, jadłam, co chciałam. Gluten, nabiał itd. 2. zdjęcie – 2015 rok – low carb po zdiagnozowaniu choroby. Trening w dalszym ciągu 5-6 razy w tygodniu. 3. zdjęcie – 03.2016 – trening siłowy, dalsze kombinacje z dietą, suplementacją, duży stres. 4. zdjęcie – 08.2016 – końcówka ketozy, depresja, nerwica, "waga" i "BF" życia. Brak sił do treningu. 5. zdjęcie – stan na dziś. 2-3 lekkie treningi w tygodniu, ok. 250g węglowodanów strawnych dziennie, zdrowa głowa. Przed rokiem wyglądałam i czułam się naprawdę koszmarnie. To przedostatnie zdjęcie pokazuje, że byłam naprawdę zalana tłuszczem. Wstydziłam się wychodzić z domu. Latem chodziłam w czarnych jeansach. Dziś czuję się dobrze we własnej skórze. Można powiedzieć, że wróciłam do swojej normalnej sylwetki. Nieprzesadzonej, lekko zarysowanej. Nie mam kompleksów i lubię siebie 😊 Czego chcieć więcej? #back #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny #training #workout #gym #diet #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #hashimoto #thyroid #pcos #diabetes #amenorrhea #bf #weightloss #bodyfat #fatloss #fatburner #fat

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Różnica jest diametralna.

Nie planuje na tę chwilę dalszej redukcji. Zresztą mój poziom tkanki tłuszczowej już jest bardzo niski i w żadnym wypadku nie mogę schodzić niżej, biorąc pod uwagę moje problemy hormonalne. Kontroluję jednak cały czas liczbę zjadanych kalorii, korzystając z programu „Fitatu” w telefonie, bo nie chcę już nigdy dopuścić do sytuacji sprzed roku. Na razie jem tyle, aby utrzymać obecną wagę, ale w głowie mam już nowy plan. Opowiem o nim szerzej we wpisie o funkcjonalnym braku miesiączki.

W każdym razie, znów patrzę w lustro i myślę sobie „Niezła laska z Ciebie”. Wyciągnęłam z szafy szpilki, nie mam problemu, by założyć krótkie spodenki, znów chętnie chodzę w sukienkach. Byłam u fryzjera, zrobiłam paznokcie. Myślę o kolejnych zabiegach (rzęsach czy makijażu permamentnym brwi), a zakupy nie wpędzają mnie już w depresję (jedynie finansowo :D). Podobam się sobie. Lubię siebie. Czuję się coraz pewniej. Oczywiście, to nie tylko efekt powrotu do swojej wagi, ale i ogromnej pracy wykonanej nad sobą. Coraz lepiej radzę sobie z negatywnymi emocjami (pisałam o tym tutaj). Ostatnio nawet w miarę nieźle poradziłam sobie w kryzysowej sytuacji.

View this post on Instagram

Ostatni rok to tak naprawdę nieustanna praca nad sobą na każdej płaszczyźnie. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwym człowiekiem. Jak każdy, mam jednak lepsze i gorsze chwile. Ostatnie dwa tygodnie nie były najlepsze. Spotkał mnie podwójny zawód i rozczarowanie. Na początku, kiedy miałam sporo pracy i dwa wyjazdowe szkolenia jeszcze jakoś się trzymałam. Dopiero w ostatnich dniach pojawił się smutek, żal i złość. W ogóle nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Myślę sobie jednak, że dobrze się stało, że nie skumulowałam w sobie tych wszystkich negatywnych emocji, jak to przez lata miałam w zwyczaju, ale dałam im upust. Na spokojnie przeanalizowałam sytuację i wyciągnęłam wnioski z tej lekcji, skupiając się przede wszystkim na pozytywach. Dziś znów wstałam z uśmiechem na ustach i motywacją do działania. Nie zmienia to faktu, że w najbliższym czasie chcę sobie zafundować sporo przyjemności (marzę o wakacjach, ale niestety nie ma opcji 😣), najlepiej w towarzystwie przyjaciół, którzy mnie wspierali, za co jestem im bardzo wdzięczna 😘 Foto: @kolonowe #motivation #life #lifebalance #balance #mind #nostress #therapy #psychology #harmony #girl #polishgirl #woman #brunettegirl #brunette #longhair #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #photo #session #photosession

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Rozkwitam, jako kobieta. Zawodowo i prywatnie. Kurcze, po prostu jest dobrze. Znów chce mi się żyć, realizować swoje plany i marzenia. Pewnie, wygląd to nie wszystko, ale chyba każdy chce się czuć dobrze we własnej skórze. Ja siebie rok temu po prostu nie akceptowałam. I miałam do tego prawo. Obecna wersja to 100% ja.


Buty na obcasie, poza siłownią, to znów codzienność :)


Po szkoleniu w Krakowie z Tadkiem Sowińskim. Szpilki i kombinezon :D


Po szkoleniu w Katowicach z Katarzyną Kowalcze :)


Na warsztatach z techniki przysiadu, wyciskania leżąc i trójboju we Wrocławiu z chłopakami z portalu PodSztanga.pl :D Pozdrawiam mojego czytelnika :*


Przed pierwszą imprezą od dwóch lat. Byłam w katowickim Prime. Fajnie było, nawet nie umarłam na drugi dzień po nieprzespanej nocy, ale to już nie moje klimaty. Tak, sukienka jest tak krótka, że pokazuje moje znamię i nie można się w niej schylać :D


Ja w szortach i w sukience, które kupiłam.


Nad jeziorem :) Może nie wyglądam jak trenerki z Instagramu, nie jestem umięśniona, wyrzeźbiona, ani opalona, ale ja jestem zadowolona ze swojej sylwetki. Z chęcią pokazałabym ją na jakieś plaży :D Ale wakacje to chyba dopiero w przyszłym roku…


Moje ulubione zdjęcie z ostatnich tygodni. Uśmiech „Mona Lisy” :D


Jeszcze jedno zdjęcie z tej sesji. 


Brzuch :D Sześciopaka nie ma, ale dla mnie idealny :) 

I parę selfie :D


Czas najwyższy zacząć zbierać na nowe okulary. Nie, nie, soczewek nie planuje. Miałam trzy podejścia i nie, nie, nie. Laserowej korekcji też nie chcę! Nowe okulary tak!


Uśmiech pojawia się coraz częściej!


Szminka też musi być! P.s. Selfie w autobusie lub tramwaju, takie robię najczęściej :D


Wersja w spiętych włosach.


Wrocławski rynek!


Ostatnio byłam też na meczu Górnika. Wróciłam na Roosevelta po roku czasu.


I z siłowni! Trenuję, trenuję!

To tyle. Ja jestem z siebie bardzo dumna. Mimo wielu przeszkód, chociażby zdrowotnych, wróciłam do swojej wagi. Mimo niedoczynności, Hashimoto, insulinooporności czy PCOS. Da się. Bez kombinowania. Bez głodzenia się. Bez zajeżdżania na treningach. Bez worka suplementów. Przeszłam długą drogę, wielokrotnie błądziłam, ale znalazłam ostatecznie swoją drogę do równowagi.

Nie zamierzam jednak spoczywać na laurach. Mam swoje cele, również jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny i zamierzam je zrealizować. Chciałabym chociażby poprawić jeszcze wygląd kilku partii ciała, ale też nauczyć się malować (jestem totalnym beztalenciem), żeby podkreślać swoje atutu, czy uzupełnić szafę, bo tak naprawdę przez ostatni rok praktycznie nic sobie nie kupiłam i nie mam za bardzo w czym chodzić.To zależy oczywiście od innych czynników, ale pracuję nad tym :)

Pewnie pojawi się mnóstwo pytań o dietę, treningi i suplementację. Pomyślałam więc, że czas najwyższy na pierwszy w moim życiu live na Instagramie. Myślę, że na dniach poinformuję Was o terminie. Na pewno w tygodniu, ok. godz. 19:00-20:00. Co Wy na to? Pytania oczywiście już możecie zadawać w komentarzach. Na pewno na nie odpowiem. O ile się nie wycofam, bo mimo mojej pracy w mediach, nie ukrywam, że relacja na żywo trochę mnie stresuje :D

Na koniec jeszcze chciałam podziękować wszystkim, którzy mnie wsperali, dopingowali i byli ze mną! Kocham Was!

P.s. Zdradzę Wam jeszcze sekret :D Marzy mi się teraz sesja zdjęciowa. Tak, żeby mnie ktoś poczesał, pomalował, ubrał i zrobił piękne zdjęcia. Taki spoźniony prezent na 30. urodziny! Wierzę w „Prawo Przyciągania”, więc myślę o tym intensywnie. A jak :)

P.s.2. Nie, nie zakochałam się. To znaczy zakochałam. W sobie :) Na wszystko inne przyjdzie czas.

31 thoughts on “Podsumowanie redukcji

  1. Wow, Twoja przemiana robi wrażenie! Ja to nigdy nie wiem, jak ćwiczyć i na czym. Ale niedawno mój ukochany mi kupił sprzęt do ćwiczeń mięśni brzucha ab generator (jeśli nie wiesz o który chodzi: https://www.tvokazje.pl/silownia-i-fitness/65-gymform-ab-generator-644812022661.html) bo zobaczył jakąś reklamę w tv. Po trzech tygodniach widzę efekty (pierwszy spędziłam na leczeniu zakwasów). Zmieniłam też dietę, bo po co ćwiczyć, jeśli ma się jeść niezdrowo… mam nadzieję, że już za rok będę się mogła pochwalić równie imponującymi efektami, co ty! Jak już się ogarnę i poczuję pewniej to wybiorę się na siłownię :) nie lubię, jak ludzie patrzą, kiedy ćwiczę, ale chcę się przełamać :) Dzięki za taką dawkę motywacji! Pozdrawiam

    • Siłownia jest właśnie od tego, aby wypracować formę. Nikt nie przychodzi tam z „sześciopakiem”. Urządzenia urządzeniami, ale najważniejsze są ćwiczenia wielostawowe, wzmacniające, budujące siłę, zwiększające kondycję. AB Generatorem nie poprawisz kondycji organizmu :) No i dieta! To absolutna podstawa! Powodzenia, trzymam kciuki!

  2. Pingback: Kompulsywne objadanie się | Joanna Haśnik

  3. Pingback: Zostałaś wegetarianką? | Joanna Haśnik

  4. Pingback: Odpuszczam | Joanna Haśnik

  5. Pingback: Czy wiesz, ile jesz? | Joanna Haśnik

  6. Pingback: It’s my time! | Joanna Haśnik

  7. ja też żałuję odstawienia glutenu i nabiału, teraz powoli wprowadzam nabiał kozi, ale mam psychiczny lęk przed tym wszystkim… masz rację, że wszystko siedzi w głowie i głownie psychika ma wpływ na nasz wygląd w przypadku chorób auto. Też byłam na diecie wysokotłuszczowej, liczyłam fruktozę z owoców, rózne suple, generalnie szaleństwo. Trzymam kciuki za Ciebie i za siebie :)

  8. Wow, jaka przemiana. Mega szacun! I to ta aplikacja Fitatu też pomogła? No WoW!!!!!!! Piękna kobieta i szczęśliwa :)

  9. Po 1. wow, gratuluję przemiany, siły do walki, motywacji. czy dobrze rozumiem, że korzystałaś z pomocy Moniki z Tłuste życie, byłaś na paleo i średnio wyszło Ci to na zdrowie?
    Pytam, ponieważ obecnie mam podobne zalecenia, ciężko mi wytrwać na diecie, przez co finalnie rzucam się na kanapki…

    • Dziękuję :) Z Moniką konsultowałam się lata temu. Paleo się u mnie nie sprawdziło. Nie liczyłam kalorii. Jadłam tłusto. To odbiło się na wadze. Żałuję też wykluczenia glutenu i nabiału.

  10. Czy stosujesz aktualnie jakieś suplementy? Pamiętam, że kiedyś je stosowałaś (i to dużo), a czy teraz jakieś przyjmujesz? 🙂

  11. Tak jak Ci już wcześniej pisałam w pryuwatnej wiadomości – podziwiam Twoją walkę o siebie. Zmiana zaczeła się jak zaczęłam walczyć nie ze sobą a o siebie:-) Bardzo ważne jest na kogo trafimy na swojej drodzę. mam do Ciebie pytanie ja też byłam 4 miesiące na odstawieniu glutenu i nabiału i chciałabym wracać chociaż do dwóch kromek chleba na zakwasie bez drożdzy. Ale jak tylko zjem coś z glutenem to czuję się paskudnie, chociaż po chlebie żytnim na zakwasie nie jest źle. Myślisz, że ból jaki odczuwam to efekt odstawienia glutenu? Czy przykład na to, że nie powinnam tego jeść? Mam PCOS i Hashimoto. Miałam badanie podczas gastroskopii pobrana próbka z dwuiunastnicy i nie wyszła mi celiakia chociaż badanie zostało wykonane jak już byłam na diecie bezglutenowej i nie wiem na ile jest ono wiarygodne.

  12. Pamiętam, że w którymś z wpisów pisałaś ze masz problemy pokarmowe i zjd, a teraz jednak temu zaprzeczasz. Jak dla mnie odstawienie glutenu przy Hashi to nie paranoja ani żadna moda, a w wielu przypadkach konieczność.

    • Myślę, że to o czym kiedyś pisałam myśląc o ZJD to raczej był ogromny stres. Tak to widzę z perspektywy czasu. Pewnie, wiele osób źle się czuje po glutenie czy nabiale i wtedy wykluczam, ale spore grono nie odczuwa żadnych objawów ze strony układu pokarmowego. Pozdrawiam!

  13. Asiu, obserwuję Twoje zmagania już od jakiegoś czasu i jestem pod wrażeniem. Wyglądasz świetnie i emanuje z Ciebie dobra energia. Zgadzam się także z przedmówcami co do tego, że za tych „najgorszych” czasów nie wyglądałaś wcale bardzo źle, ale rozumiem, że liczy się przede wszystkim własne samopoczucie. Życzę Ci wszystkiego najlepszego :)

  14. Świetnie wyglądasz :) I widać, że odżyłaś!
    Wcale nie miałaś wcześniej wielkich rąk, Twoja sylwetka była fajna i proporcjonalna również za czasów wyższej wagi.
    Myślę, że najbardziej jednak gratulować Ci przemiany tej wewnętrznej i duchowej, bo to od niej wszystko zależy :)

    • Kochana, czułam się fatalnie, tym bardziej chcąc zająć się treningiem zawodowo. Ale fakt, zmieniłam się przede wszystkim wewnętrznie i to też ma wpływ na wygląd zewnętrzny. Pozdrawiam!

  15. Czytajac Twój post tez zaczynam wierzyć w Prawo Przyciągania;) moja droga bardzo pokrywa się z Twoja tylko właśnie jestem na etapie jednych jeansów i wielkiego swetra… ten post dodaje mi sił, bardzo dziękuje i czekam na więcej podsumowań! Pozdrawiam

  16. Asia – gratulacje 🙂 Jesteś zajebista babka i chociaz ja Cie lubie w kazdym rozmiarze, to jestem pod wrazeniem Twojej redukcji! Trzymam kciuki za Twoje kolejne cele, najwazniejsze, zebys zachowala Twoją równowagę w głowie 🙂

  17. Jestem zachwycona. Nie tylko efektem, ale szczerościa i emanująca kobiecoscia!

    Zajmuje się określeniem typu sylwetki i urody, udzielam konsultacji stylistycznych, pomagam dobrać odpowiednie stroje wg upodobań i potrzeb klientki.
    Chciałabym udzielić Pani takiej porady online, więc zapraszam chociazby do skorzystania ze wstępnej online darmowej.
    Zapraszam na mój blog po szczegóły: patos i chaos oraz na poradystylistki@onet.pl

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s