It’s my time!

Obudziłam się dziś przed szóstą. Krople deszczu uderzające o szyby wyrwały mnie ze snu. Nie musiałam jeszcze wstawać, budzik miał zadzwonić dopiero za godzinę. Przeciągnęłam się, westchnęłam i uśmiechając się do siebie pomyślałam, że jestem… szczęśliwa.

Tak, tak po prostu szczęśliwa. Nie wiem, czy kiedykolwiek się tak już czułam, bo też nigdy wcześniej nie byłam w tak dobrej relacji sama ze sobą. Nie szanowałam siebie tak, jak teraz. Nie akceptowałam wszystkich swoich niedoskonałości. Nie byłam dumna ze swoich osiągnięć. Nie dbałam o siebie. Po prostu, nie kochałam siebie.

Mam wrażenie, że wszystko jest… inaczej. Pewnie, jak każdy mam lepsze i gorsze dni, ale powoli odnajduję wewnętrzny spokój. Wszystko zaczyna układać się w jedną całość. Nie, nie było łatwo, musiałam wykonać kawał ciężkiej roboty. I nie osiadłam jeszcze na laurach. Cały czas jestem w drodze do pełnej równowagi, ale dużo silniejsza i pewniejsza siebie.

Rok temu znalazłam się na dnie. Naprawdę, miałam wrażenie, że moje życie się skończyło. Miałam dwadzieścia dziewięć lat, a czułam się psychicznie i fizycznie na jakieś osiemdziesiąt. Moje życie posypało się jak domek z kart. Na każdej płaszczyźnie. Znalazłam w sobie jednak siłę i przez ostatni rok wyszłam na prostą.


Latem ubiegłego roku, czytając Glamour natrafiłam na to zdanie. Pomyślałam sobie, że kiedy, jak nie teraz. Został mi ostatni rok do magicznej „trzydziestki” i postanowiłam zrobić wszystko, by za rok moc powiedzieć, że kocham siebie.

Po siedmiu latach pracy w Górniku Zabrzu nie przyjęłam oferty nowej umowy. Oczywiście, z jednej strony bardzo chciałam zostać przy Roosevelta, bo w końcu praca w klubie była spełnieniem moich marzeń, ale z drugiej miałam wrażenie, że dałam z siebie wszystko i nie mam już żadnych ambicji i celów z nim związanych, które chciałabym spełnić. Przez siedem lat pracowałam na 200%. Szczególnie, gdy trenerem był obecny selekcjoner reprezentacji Polski Adam Nawałka. Całe weekendy potrafiłam spędzić na meczach juniorów, rezerw, pierwszej drużyny. Pisałam po dziesięć artykułów na klubową stronę internetową dziennie. Na rodzinnych imprezach, o ile w ogóle na nich byłam, obsługiwałam profile społecznościowe Górnika i dzwoniłam do trenerów po relację z meczów. Odkąd trener Nawałka i jego sztab odszedł, mój entuzjazm malał z dnia na dzień. Mimo to, zgodziłam się przyjąć propozycję objęcia funkcji rzecznika prasowego klubu. W takich sytuacjach po prostu się nie odmawia. Nie przemyślałam jednak tego dobrze. Ta funkcja mnie przerosła. Byłam zbyt słaba psychicznie, by poradzić sobie z presją. Zrezygnowałam po roku. Już wtedy powinnam była odejść, ale naprawdę kochałam swoją pracę. W szczególności w Akademii, dlatego to na niej głównie skupiłam się w ostatnim swoim roku pracy w Zabrzu. Nie jestem jednak z niego zadowolona. Klub, ani kibice nie byli też ze mnie. Wypaliłam się. Przychodząc rano do pracy, myślałam już tylko o tym, by iść na trening. Spadek klubu do 1. ligi był dla mnie przysłowiowym gwoździem do trumny. Dla swojego i klubu dobra odrzuciłam ofertę nowej umowy. Przepłakałam kilka dni, ale z perspektywy czasu myślę, że była to najlepsza decyzja, jaką wówczas mogłam podjąć. Męczyliśmy się już ze sobą. Ja potrzebowałam nowych wyzwań. Klub – świeżej krwi. Na początku nowego sezonu jeździłam jeszcze na mecze, nawet wyjazdowe. Później wpadłam w rytm nowych obowiązków, brakowało mi czasu. Potrzebowałam chyba też przerwy. Oczywiście, na bieżąco śledziłam poczynania zespołu, oglądałam mecze w telewizji, trzymałam kciuki za awans. Byłam też spikerką na meczach IV-ligowego zespołu znajomego trenera. Miałam pomóc na jednym meczu, zostałam cały rok. Dzięki temu w jakiś sposób byłam dalej blisko futbolu. Bądź co bądź, to moja wielka pasja. Na Roosevelta poszłam jednak dopiero niedawno, gdy emocje już opadły.

Jeśli chcecie poczytać moje wspomnienia z pracy w klubie to zapraszam do artykułu „Przygoda życia”. Tego nie zabierze mi nikt.

W każdym razie, w lipcu zostałam więc bezrobotna. Z prawie dwudziestoma tysiącami kredytu do spłaty. Nie zarabiałam kokosów i praktycznie przez te siedem lat miesiąc w miesiąc mój debet na karcie kredytowej się zwiększał. Nie byłam specjalnie rozrzutna, ale to chciałam jechać na zagraniczne wakacje. A to kupiłam sobie coś ładnego do ubrania na pomeczową konferencję. Chodziłam do jednego z droższych salonów fryzjerskich w mieście. Jeździłam taksówką do pracy, gdy nie wyrobiłam się w czasie. Gdy zepsuł mi się komputer, kupiłam nowy na raty. Leczyłam się prywatnie. Mówiąc krótko, żyłam trochę ponad stan. Po drodze zdecydowałam się jeszcze na kilka niekorzystnych z perspektywy czasu konsolidacji i pewnie koszty bankowe stanowiły sporą część ówczesnego zadłużenia. Liczyłam, że jakoś to będzie i sama nie wiem kiedy stało się tak, że po otrzymaniu wypłaty i zapłaceniu rachunków nie zostawało mi praktycznie nic. A przecież mieszkałam z rodzicami, więc odpadała mi spora część kosztów. Nie szukałam jednak nowej pracy, odrzuciłam kilka ofert otrzymanych od znajomych, w tym również z innych klubów piłkarskich, bo po prostu psychicznie i fizycznie nie byłam w stanie pracować. Zarejestrowałam się w Urzędzie Pracy i przez pół roku otrzymywałam zasiłek. Akurat wystarczyło na comiesięczne raty kredytu. Zlikwidowałam jedną kartę kredytową, drugą zostawiłam na czarną godzinę, ale obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie będę wydawać więcej, niż zarabiać. To oznaczało, że przez te kilka miesięcy nie kupiłam sobie praktycznie nic. Żadnych ubrań, książek, niepotrzebnych kosmetyków, biletów do kina. Totalny minimalizm.

Z całą resztą pomogli mi rodzice. W tym również z czesnym na studia. Zdecydowałam się bowiem rozpocząć zaocznie naukę w Śląskiej Wyższej Szkole Medycznej na kierunku dietetyka. Pewnie, biłam się z myślami, czy na pewno 3,5-letnie studia to dobre rozwiązanie i czy nie lepiej rozwijać się na różnego rodzaju kursach i szkoleniach, ale stwierdziłam, że brakuje mi podstaw (jestem magistrem historii, zdawałam maturę z języka polskiego, angielskiego i historii i nie miałam podstawowej wiedzy z zakresu biologii czy chemii), a poza tym tylko tytuł licencjata da mi uprawnienia do prowadzenia własnej praktyki i mianowania się dietetykiem. I nie żałuję swojej decyzji. Jak na razie jestem bardzo zadowolona. Już wkrótce rozpocznę drugi rok nauki. Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać pierwszego zjazdu. Dzięki studiom odżyłam, poczułam się jakbym znów miała dziewiętnaście lat i dopiero co wchodziła w dorosłość, poznałam świetnych ludzi, ale i spędziłam mnóstwo godzin nie tylko na uczelni (mamy zjazdy w piątek, sobotę i niedzielę), ale przede wszystkim na nauce. W lipcu odbyłam praktyki w Szpitalu Miejskim w Chorzowie na oddziale wewnętrznym z pododdziałem geriatrycznym i było to bardzo cenne doświadczenie. Co więcej, z chęcią podjęłabym w przyszłości pracę w szpitalu. Zresztą nie ukrywam, że po skończeniu dietetyki chciałabym pójść na psychodietetykę, a później na… medycynę. Taki mam plan i zamierzam go zrealizować. W miarę możliwości finansowych staram się oczywiście uczestniczyć w różnego rodzaju szkoleniach, ale przede wszystkim jednak rozwijam swoją wiedzę na studiach i samodzielnie, czytając badania naukowe, publikacje w Internecie, czasopisma i książki. Jako, że ukończyłam już jedne studia, niestety nie przysługuje mi stypendium, które wiele by mi ułatwiło, więc parę dni temu oddałam pismo do Kanclerza uczelni i może uda mi się coś wywalczyć. Bardzo by mi to pomogło.

Swoje wrażenia z pierwszego semestru nauki opisywałam w artykule „Sesja”, natomiast z całego roku we wpisie „Pierwszy rok studiów”.

Pewnie, nie czułam się komfortowo na ich utrzymaniu mając 29 lat, ale potrzebowałam czasu na uporządkowanie swojego życia. Zresztą byłam pewna, że ten stan nie będzie trwał wiecznie, bo odchodząc z klubu wiedziałam, że chcę zawodowo zajmować się treningiem personalnym i dietetyką. Faktycznie, przeglądałam oferty z siłowni, otrzymałam nawet zaproszenie na kilka spotkań, ale ostatecznie nie zdecydowałam się pójść na żadne. Po pierwsze, nie wyglądałam wtedy, jak trener personalny, a po drugie nie miałam siły pracować po 12 godzin dziennie. Wiedziałam, że jedynym słusznym rozwiązaniem dla mnie jest własna działalność gospodarcza. Bycie panią swojego czasu. W Urzędzie Pracy oświadczyłam więc w lipcu, że nie jestem zainteresowana żadnymi ofertami pracy i będę starała się o przyznanie środków na podjęcie działalności gospodarczej. Na szczęscie uzyskałam odpowiedni profil. Zdecydował o tym m.in. fakt, że mieszkam ze starszymi i schorowanymi rodzicami (mama przeszła w kwietniu ubiegłego roku zawał, ojciec właśnie dowiedział się o nawrocie chłoniaka) i potrzebują mojego wsparcia na co dzień. Pod koniec ubiegłego roku, gdy tylko poczułam się już lepiej, przystąpiłam do procesu rekrutacyjnego, napisałam wniosek i po dwóch miesiącach otrzymałam dotację w ramach projektu współfinansowanego ze środków Unii Europejskiej – Europejskiego Funduszu Społecznego (PO WER III). Dzięki temu kupiłam sobie chociażby analizator masy ciała, komputer, program dietetyczny Aliant i mnóstwo sprzętu do treningu personalnego. Naprawdę warto korzystać z tych programów, bo taki zastrzyk gotówki na start naprawdę się przydaje (jeśli będziecie zainteresowani, napiszę osobny artykuł o tym, jak pozyskać środki na bazie własnych doświadczeń).

Pewnie, nie mam na razie nie wiadomo jakich przychodów, ani większych nadwyżek, ale sama płacę swoje rachunki i powoli spłacam kredyt (jeszcze tylko dziewięć tysięcy, a było prawie dwadzieścia!). Prowadzę głównie konsultacje dietetyczne online, ale jjeśli obserwujecie moje profile społecznościowe, to wiecie, że chociażby w ostatnim czasie nawiązałam współpracę z Salonem Urody Sandra Patron w Rudzie Śląskiej, gdzie zapraszam swoich klientów ze Śląska. Pewnie, marzę o swoim gabinecie, ale od czegoś trzeba zacząć. Wkrótce będę miała również kilka nowych niespodzianek dla swoich podopiecznych. Prowadzę też treningi w klubach sieci Smart Gym w Rudzie Śląskiej, Zabrzu i Katowicach. Nie ukrywam, że taka praca najbardziej mi odpowiada i nie wyobrażam sobie już pracować na etacie. Choć nigdy nie mów nigdy i nie wiadomo, co życie przyniesie. Na razie skupiam się na tym, aby cały czas się rozwijać i wychodzić naprzeciwko oczekiwaniom swoich podopiecznych. Nie ukrywam jednak, że moim celem jest jednak wyprowadzka z domu do końca roku. Aby móc to zrobić muszę podwoić swoje zarobki, a to na pewno nie będzie łatwe, biorąc pod uwagę konkurencję na rynku, ale jestem dobrej myśli. Na ten moment pokój mi wystarczy, choć wiadomo, najlepszą opcją byłaby kawalerka. Pewnie, może i tak ceny na Śląsku są niższe niż w Warszawie, ale ok. 1500zł muszę liczyć. Myślę o Rudzie Śląskiej lub coraz bardziej o Katowicach.


Zapraszam serdecznie na stacjonarne konsultacje dietetyczne do Studia Urody Sandra Patron (strona salonu tutaj, profil na Facebook’u tutaj) w Rudzie Śląskiej przy ul. Słowików 16. Przyjmuję w każdy wtorek rano i środę popołudniu, inne terminy ustalam indywidualnie.

Tak naprawdę spakowana byłam już na początku sierpnia ubiegłego roku. Nawet dogadałam z kolegą termin przewiezienia moich rzeczy. Znajomy udostępnił mi mieszkanie swojej mamy, która na co dzień mieszka i pracuje w Niemczech. W ostatniej chwili odwołałam jednak wyprowadzkę. Z perpektywy czasu żałuję tej decyzji, ale wówczas wystraszyłam się. Bałam się, że nie poradzę sobie finansowo. Przecież nie miałam pracy, dochodu, moje życie właśnie wywróciło się do góry nogami, a ja chciałam rzucić się na głęboką wodę. Owszem, znajomy zaproponował, że na początek, dopóki nie poukładam sobie wszystkiego, to mogę mu płacić tylko za media, ale czułabym się niezręcznie. Inna sprawa, że czerwiec i lipiec były bowiem bardzo nerwowym okresem w moim domu rodzinnym. Nie przespałam wielu nocy, myśląc, płacząc i zastanawiając się, co robić. Nieustanny stres w połączeniu z odejściem z pracy,  sytuacją finansową, kiepskim stanem zdrowia i fatalną dietą wpędziły mnie w nerwicę i depresję. Wcześniej bywało w moim życiu różnie, ale tak źle nie było jeszcze nigdy. Na szczęście w domu wszystko skończyło się pozytywnie, ale tylko ja wiem, ile mnie to kosztowało. Wolałam jednak mieć wszystko pod kontrolą. Bałam się, że beze mnie wszystko się zawali. Tak, wzięłam na swoje barki ogromną odpowiedzialność. Dopiero na terapii psychologicznej zrozumiałam mechanizmy, które mną wówczas kierowały. Jednocześnie staram się już nie wychodzić poza rolę dziecka w swoim domu. Czasami gotuje się we mnie od środka i chciałabym się wtrącić, ale wiem, że nie mogę. Wyprowadzka jest więc priorytetem. Ojciec po drugim przeszczepie czuje się już dobrze, mama również, więc o to jestem spokojna. Rodzice twierdzą, że szkoda pieniędzy na wynajem, ale ja myślę, że już najwyższy czas. Będę ich odwiedzać, zabierać do lekarza i wpadać na obiadki. Czas, żebym w pełni wzięła odpowiedzialność za swoje życie.

W każdym razie, kiedy w ubiegłym roku sytuacja uspokoiła się na tyle, że mogłam się zająć swoimi problemami, w pierwszej kolejności musiałam uporządkować kwestie zdrowotne, dietę i trening.

O mojej przemianie zewnętrznej i zrzuceniu prawie trzynastu kilogramów w rok pisałam w artykule „Podsumowanie redukcji”.

Zajęłam głowę żywieniem, treningami, powrotem do zdrowia, później studiami i znów zamiotłam wszystkie swoje problemy emocjonalne pod dywan. Przez lata tak robiłam i po paru miesięcach problem wracał. I teraz nie było inaczej. W marcu wróciła melancholia i smutek. Byłam zmęczona sesją, przetrenowana, byłam nieustannie chora. Do tego doszedł kolejny zawód związany z relacjami damsko-męskimi. Pomyślałam sobie wówczas, że jeśli nie uporządkuję w końcu swojej głowy, to tak naprawdę nigdy nie ruszę z miejsca. Zdecydowałam się więc rozpocząć terapię psychologiczną. Jakieś dwa lata wcześniej zapisałam się na terapię grupową DDA. Kiedy usłyszałam historie niektórych kobiet, to stwierdziłam, że ja jednak nie mam w życiu żadnych problemów i więcej już nie poszłam na spotkanie. Rok później znalazło się dla mnie miejsce na terapii indywidualnej z NFZ. Tym razem zabrakło jednak wspólnego języka z psychologiem i również po kilku sesjach przerwałam terapię. Na prywatną nie miałam wtedy za bardzo pieniędzy. W marcu tego roku, kiedy powoli zaczęłam wychodzić finansowo na prostą zrozumiałam, że dalej mogę prowadzić swoje minimalistyczne życie, a pieniądze powinnam zainwestować w rozwój osobisty. To była najlepsza możliwa decyzja, bo przez te kilka miesięcy wykonałam ogromną pracę nad sobą. Zarówno na sesjach, jak i pomiędzy nimi, czytając różnego rodzaju książki, oglądając filmy i wykonując przeróżne zadania.

Zdałam sobie sprawę z wielu rzeczy, których w ogóle nie dopuszczałam do swojej świadomości. Zrozumiałam, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Dlaczego dokonuję takich, a nie innych wyborów. Dlaczego moje relacje z mężczyznami toczą się zawsze według takiego samego schematu. Przepracowałam śmierć siostry (ziarnica) i jej męża (katastrofa lotnicza). Wybaczyłam i zrzuciłam z siebie ogromny ciężar emocjonalny. I przede wszystkim, co najważniejsze, zaczęłam powoli kochać siebie. Patrzeć w lustro i widzieć ładną, wartościową dziewczynę. Doceniać swoje sukcesy. Polubiłam swoje ciało i swoje niedoskonałości. Znów chętnie chodzę w szpilkach i w sukienkach. Nauczyłam się przyjmować komplementy i sama mówić o sobie dobre rzeczy. Nie robić niczego wbrew sobie. Być asertywną. Dałam sobie też prawo do porażek i błędów. Wyleczyłam z perfekcjonizmu i doskonałości. Szklanka jest znów do połowy pełna. Przyciągam dobre rzeczy. Nie martwię na zapas. Opanowałam lęk. Oczywiście, jeszcze sporo pracy przede mną, ale z każdym dniem czuję się silniejsza.

Niewątpliwie w osiągnięciu wewnętrznej równowagi pomaga mi także akupunktura. Od kwietnia co tydzień lub dwa, w zależności od samopoczucia chodzę na 20-minutowe sesje. Głównie pod kątem przywrócenia miesiączki, ale sesje pomagają mi też w bardziej stresowych momentach, zmniejszają napięcie, regulują sen. Planuję wkrótce dłuższy artykuł o akupunkturze. Tak, jak i o jodze. Nigdy nie myślałam, że zacznę praktykować. Zawsze wydawało mi się to strasznie nudne, tymczasem od roku regularnie uczęszczam minimum raz, najczęściej dwa razy w tygodniu na zajęcia. Co więcej, teraz, kiedy jestem chora i nie trenuję, na powrót na siłownię wcale nie czekam tak, jak na kolejne zajęcia na macie. Ostatnio zdecydowałam się jednak zmienić szkołę. W poprzedniej trochę za dużo było gadania, bądź co bądź bardzo mądrego, a za mało praktyki. Ja wolę jednak skupić się na asanach. Jak na razie jestem bardzo zadowolona, tym bardziej, że na każdych kolejnych zajęciach spotykam bratnie dusze. A muszę przyznać, że wszystkie zmiany w moim życiu sprawiły, że i moje grono znajomych bardzo się zawęziło. Zobaczyłam, komu tak naprawdę na mnie zależy, kto akceptuje mnie taką, jaką jestem, na kim mogę polegać, a z kim moje drogi się rozeszły.

Więcej o terapii psychologicznej pisałam w artykule „Pokochać siebie”. Warto też przeczytać „Jak poradzić sobie z negatywnymi emocjami”.

Ktoś powie, że zrobiłam krok wstecz. Nie zgodzę się. Zrobiłam dwa, a nawet trzy kroki do tyłu, by odzyskać równowagę i móc teraz nabrać rozpędu. By dzisiaj patrzeć na listę celów, jakie postawiłam przed sobą na kolejny rok i być przekonaną, że uda mi się je zrealizować. By znów być, jak osiemnastolatka, która chce podbić świat. Jestem pewna siebie i wierzę w swój sukces. Czuję wewnętrzną siłę i wiem, że świat pomoże mi spełnić moje marzenia. Nie, nie są one wygórowane. Naprawdę niewiele mi potrzeba, by wstać rano z uśmiechem na twarzy. I w większości nie są to rzeczy materialne, choć oczywiście, pieniądze są bardzo potrzebne, aby móc żyć pełnią życia.

Wyciągnęłam wnioski ze swojej przeszłości. Wiem, jakie popełniłam błędy. Pewnie popełnię jeszcze niejeden. To oczywiste. Ale chcę żyć i cieszyć się życiem. Spróbować jeszcze tylu rzeczy. Zobaczyć jeszcze tyle miejsc. Przeczytać setki książek. Mieć psa. Pić kawę w swojej kuchni z Ikei. Spotkać swojego księcia z bajki. Po prostu być szczęśliwa.

Popłakałam się właśnie….

Foto: kolonOWE

Reklamy

13 thoughts on “It’s my time!

  1. Pingback: (Zażegnany) kryzys | Joanna Haśnik

  2. Regularnie czytam Twojego bloga(i każdy kolejny artykuł chłonę jak gąbka :P) i jakże miło widzieć Twoja przemianę! Życzę dalszych sukcesów! Mam nadzieję ze wkrótce uda nam sie skontaktować w celu rozpisania treningu :) pozdrawiam :)

  3. Hej.Bardzo szczerą osobą jesteś i miło się to wszystko czyta,pomimo tego,że rodzi się empatyczny smutek we mnie. To chyba chodzi o te bratnią duszę i chęć dzielenia się swoimi emocjami. Myślę,że w życiu najważniejsze jest zdrowie i jak go brakuje,wszystko się sypie bo człowiek nie jest w stanie myśleć o rzeczach przyjemnych.Ale dzięki temu dostrzega ważne rzeczy i jeśli otrząśnie się z choroby to korzysta z życia o wiele bardziej niż ten,który nie przeżył tego złego. Współczuję Ci z powodu chorób rodziców i strat rodzinnych. Jesteś bardzo silną osobą i nie pozwól sobie myśleć nigdy,że jest inaczej.Nie ma innej opcji,niż dać radę. Można poddać się, upaść,- jesteśmy tylko ludźmi ale z każdej porażki trzeba wyciągnąć naukę i otrząsać się z porażek,niefortunnych zdarzeń by móc czerpać z Życia jeszcze więcej. Wszak jest tylko jedno. Jakkolwiek by nie myśleć o tym,co jest po śmierci. Sama mam 30 lat i większość swojego życia pracowałam w zawodach,które poniekąd mnie interesowały ale zawsze z tyłu głowy to nie było to,to co chcę robić już na całe życie.Mimo,iż wiem,że każdy człowiek wypala się po kilku latach i potrzebuje nowej energii i świeżego spojrzenia.Przełomem był ten ostatni rok. Gdzieś ta myśl,że lat 30 mieć to już niemało.. Nigdy nie mówiłam,że czegoś mi nie wypada itp. ale człowiek zmienia się wraz z wiekiem,ponieważ nabywa doświadczenia i głupotą byłoby jakby się nie zmieniał… Co innego zachować radość dziecka i widzieć wszystko z tej jasnej strony, a co innego nie przywoływać do siebie ukrytych myśli, pragnień, chęci zmian i nie wysłuchiwać wewnętrznego głosu serca, który często jest na uwięzi ( te ostatnie słowa są z mojego wiersza 🙂 ) Życzę Ci sukcesów, abyś spełniała się w dziedzinie jaką sobie obrałaś. To szerokie spektrum możliwości,stale rozwijające się tematy dotyczące zdrowia,fizycznego,psychicznego,odżywiania.Sama interesuję się takimi tematami.Z wykształcenia jestem pedagogiem,Skończyłam pedagogikę opiekuńczą – wychowawczą i przedszkolną.Interesują mnie na równi Świat i ludzie, jako człowiek i przyroda, ale i formy artystyczne.Dlatego skończyłam podyplomową szkołę aby zrealizować część swoich marzeń.Poczułam się „młodo”,tak jak Ty to opisałaś kiedy podjęłaś kierunek. I również postanowiłam zmienić swoje życie,zaryzykować.Starałam się o dofinansowanie na własną działalność. Podobnie jak Ty. I podobnie jak Ty nikt mi nie pomógł. W sensie rodzinnym,mam wsparcie, ponieważ rodzice od dziecka powtarzali mi,że w życiu sobie poradzę.Chodzi mi o wsparcie finansowe, wsparcie, którego nikt mi nie da,ponieważ zrozumiałam jedną rzecz. To o czym marzę, w czym się chcę realizować należy tylko do mnie.Ani nikomu nie mogę udowadniać swoich możliwości ani nie powinnam tego oczekiwać. Trzeba głęboko w siebie wierzyć i starać się wykorzystywać swoje możliwości aby poradzić sobie z obranym przez siebie kierunkiem. Życzę Ci takiej siły i sobie również.Kiedy przychodzą cięższe chwile,lub chwile zwątpienia i nie masz z kim pogadać.Bo przecież nikt Cię nie zrozumie,Twoich problemów, jak we mgle. Przymruż oczy i posłuchaj swojego wewnętrznego głosu, Proś o siłę i dziękuj za to co masz.Drogą dziękczynienia i spokoju ducha doprowadzaj siebie do stanów równowagi.Piszesz o jodze.Mieszkam w małym mieście i nie mam wielu atrakcji takich jak oferuje duże miasto. Znalazłam swój sposób na relax. Na You Tube ASMR(wpisz,poszperaj,pośledź), Trening Autogenny Shulza uprawiam na sobie z rana w łóżku przed powstaniem na nogi i wieczorem tuż przed snem,oraz słucham motywujących filmów takie jak Programowanie umysłu(jest na YouTube ok.0,5h sesja) Leżąc i wsłuchując się w słowa przepełnione sugestią na pozytywne dzieją się te pozytywne rzeczy.Kształtuje w sobie siłę,odwagę,równowagę.Czytam.Uwielbiam czytać historie ludzi,nie królów,a nas wszystkich.na przykład na grupie Kreatywne dziewczyny od Ani. I im doradzać,czasami mądrze,czasami być może głupio. Przykre jest to,jeśli sama oceniam się w ten sposób,ale zdaje sobie z tego sprawę. Lubię doradzać ale jestem osobą,która z przymrużeniem oka podchodzi do wielu spraw,łagodząc tym samym wiele problemów. Prowadzę bloga,ale mam wrażenie,że jest infantylny,po pierwsze nie wypracowany.Nie wiem jak to robią inni-mają wszystko równe,piękne zdjęcia i ogólnie wow przyjemną stronę dla oka.U mnie jest to jeden wielki chaos.I myślę sobie..: tak,jeszcze kiedyś to zmienię,poukładam go itd. ale pewnie tak się nie stanie.Bo ja taka już jestem.Piszę wiersze, Raz zamykam się w świat farb,a raz o nim zapominam i jestem duszą towarzystwa.Raz czuję się bardzo samotna i skazana na swoje własne poczynania,a czasami myślę,że to ludzie i ich emocje kształtują moje codzienne zachowania. Rozpisałam się, poczułam chyba wewnętrzny głos;) wylania z siebie tego wszystkiego.Mam nadzieję, że ten post uczyni uśmiech na Twojej buzi.Pozdrawiam Cię.Ula Nowel.

  4. I o to chodzi! :) Cieszę się, że coraz bardziej wszystkie Twoje rozsypane puzzle składają się w pozytywny obraz.
    I z ogromną chęcią przeczytam na temat psychoterapii i akupunktury. Najważniejsze byłyby dla mnie Twoje spostrzeżenia co do tego za jakimi narzędziami terapeutycznymi u psychologa się rozglądać (terapia poznawczo-behawioralna, czy coś innego?) i po czym poznać dobrego speca od akupunktury, nie topiąc za dużo pieniędzy w eksperymentowanie z różnymi gabinetami.

  5. Ten wpis sprawił, że stałaś mi się bliższa. Ja również wychodzę na prostą, również DDA, moja siostra i szwagier nie żyją (choroba i wypadek)…. Wszystkiego dobrego moja droga :* A gdy zabraknie Ci kompana do kawy czy wina to też jestem ze Śląska ;) Pozdrawiam!

  6. Bardzo poruszający i osobisty wpis. Daje dużo do myślenia…! Dziękuję bo bardzo tego potrzebowałam. Trzymam kciuki za dalsze sukcesy te małe i te duże ☺

  7. Uwielbiam czytać to co piszesz i dajesz mi bardzo dużo motywacji swoimi historiami! trzymam kciuki za jak najwięcej tak dobrych i rozwijających decyzji w Twoim życiu :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s