(Zażegnany) kryzys

Czasem, aby było lepiej, najpierw musi być gorzej. To zdanie idealnie oddaje to, co działo się w moim życiu w ostatnich tygodniach…

Wakacje były dla mnie wyjątkowym okresem. Na prawdę, nie pamiętam kiedy ostatnio czułam się tak dobrze. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Wszystko układało się po mojej myśli. Autoprzeszczep szpiku u ojca odbył się bez komplikacji, zdałam egzaminy na studiach z bardzo dobrymi wynikami, miałam zlecenia, więc nie narzekałam na brak pracy, moje życie towarzyskie znów nabrało tempa. Ok, zakochałam się, ale to też pewnie dało się zauważyć, obserwując mnie w mediach społecznościowych. Myślałam, że w końcu los się do mnie w końcu uśmiechnął. Byłam naprawdę szczęśliwa, o czym pisałam Wam w artykule „It’s my time”.

Niestety, okazało się, że scenariusze do „Trudnych spraw” naprawdę pisze życie. Nawet te, które wydawały się dla mnie największą abstrakcją. Bez wchodzenia w szczegóły, facet mnie zawiódł, a wieloletnia „przyjaciółka” oszukała i na dodatek między tymi dwoma faktami pojawiło się powiązanie. Facet, jak facet, nie pierwszy i nie ostatni, ale „przyjaciółka”? Zabolało mocno. Początkowo myślałam, że jestem już silna, że kilkumiesięczna terapia, o której pisałam Wam w artykule „Pokochać siebie” przyniosła efekty, że poradzę sobie z negatywnymi emocjami. Na spotkaniach z terapeutką siłą rzeczy omawiałam całą tę sytuację. To sprawiło, że wymiotłam spod dywanu sporo bardzo bolesnych dla mnie kwestii i rozbiłam skorupę pełną skrywanych od lat złości i żalu.

Wiadomo, to są zbyt prywatne sprawy, aby o nich pisać, ale myślę, że mogłabym dopisać rozdział do tej książki.

Teoretycznie rozumiałam wszystko i wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. W praktyce krążyłam myślami wokół przerabianych tematów, szukałam różnych artykułów, analizowałam, nakręcałam się. Emocje zamiast opadać, z dnia na dzień wzmagały na sile. We wrześniu złapała mnie jakaś infekcja. Po tygodniu leczenia domowymi sposobami czułam się tak źle, że zdecydowałam się sięgnąć po antybiotyk. Nie pomógł, było coraz gorzej. Pojawiły się szmery w płucach i podejrzenie zapalenia płuc, które ostatecznie okazało się „tylko” ostrym zapaleniem oskrzeli. Kolejny antybiotyk zmusił mnie do siedzenia przez ponad tydzień w domu. Było już lepiej, ale w kolejnych tygodniach czułam się „niedoleczona”.  Tak, spadek odporności jest jednym z rezultatów nadmiernego stresu i chyba wszystkie moje życiowe kryzysy zaczynały się właśnie od choroby.

Poziom złości i żalu cały czas narastał. Na początku listopada dosięgnął zenitu i rozsypałam się całkowicie. Tłumaczyłam sobie, że nie ma co rozpamiętywać przeszłości, że na wiele kwestii nie mam wpływu i po prostu muszę je zaakceptować, ale negatywne emocje były tak silne, że co chwila dochodziły do głosu. Totalna huśtawka emocjonalna. Przez kilka tygodni nie potrafiłam zasnąć bez środków nasennych. Mimo dużych dawek melatoniny budziłam się po kilka razy w nocy. W ciągu dnia byłam znowu nie do życia. I notorycznie głodna. Wróciły napady jedzenia, szczególnie wieczorem. Starałam się jednak nie przekraczać bilansu kalorycznego. Zajadałam więc stres głównie owocami. Tym samym zdarzało się, że w ciągu dnia zjadłam nawet 400g węglowodanów. Nie odbiło się to na szczęście na wadze, ale na kompozycji ciała owszem. Wzrósł poziom tkanki tłuszczowej, zmniejszyła się masa mięśni. Często czułam się też opuchnięta, szczególnie na twarzy, ale nie ma się czemu dziwić, kiedy nie spałam kilka dni pod rząd. Dodatkowo odczuwałam ból w klatce piersiowej, który czasami był naprawdę nie do zniesienia. Miałam wrażenie, że ktoś włożył do niej ogromny kamień. Korzystałam z toalety po trzy razy na godzinę. Również w nocy.

Ta książka uświadomiła mi wiele moich destrukcyjnych zachowań i myśli. Szczerze polecam wszystkim, nie tylko zmagającym się z depresją. 

Zamknęłam się w domu i uciekłam w pracę. Byłam bardzo nerwowa. Najmniejsza drobnostka potrafiła mnie wyprowadzić z równowagi lub doprowadzić do płaczu. Potem złościłam się na siebie i miałam wyrzuty sumienia. Błędne koło. Unikałam spotkań ze znajomymi. Nie wykorzystałam zaproszeń na kilka fajnych spotkań i eventów. Nie chciało mi się zrobić makijażu. Znów chodziłam tylko w dresach.

Wiadomo, po antybiotykoterapii nie planowałam intensywnych treningów, ale i na te lżejsze ewidentnie nie miałam siły. Tymczasem na jodze, która powinna była mnie uspokoić, byłam jedną wielką tykającą bombą i w ogóle nie mogłam się skupić na praktyce. Dodatkowych frustracji przysporzyła mi uczelnia. Program trzeciego semestru wywołał u mnie poważne wątpliwości co do sensu studiowania. Spokojnie można by go okroić do Psychologii ogólnej i Klinicznego zarysu chorób. Cała reszta to strata czasu i pieniędzy.

Negatywne emocje wpędzały mnie w coraz gorszy stan psychiczny i fizyczny. Nie umawiałam się na sesje do terapeutki czy akupunkturę, które mogłyby mi wówczas pomóc, bo też nie byłam w najlepszej kondycji finansowej. Sama nie miałam natomiast motywacji, aby wykorzystać propozycje, które opisywałam Wam w artykule „Jak poradzić sobie w negatywnymi emocjami?”.  Dopiero wyniki badań uświadomiły mi, że to wszystko zaszło za daleko i muszę w końcu wziąć się w garść.

Powyższe badania wykonywałam w ramach współpracy z Laboratoriami Medycznymi „Diagnostyka”.

Na te natomiast dostałam skierowanie od lekarki rodzinnej.

Poziom kortyzolu we krwi chyba najlepiej pokazuje, co się ze mną działo. Automatycznie odbiło się to na wynikach hormonów tarczycy. Tak fatalny poziom trójjodotyroniny miałam wcześniej tylko dokładnie rok temu po eksperymentach z ketozą odżywczą i przy równie silnym stresie psychicznym. Teraz, kiedy moja dieta jest ustabilizowana, redukcję zakończyłam kilka miesięcy temu, nie trenuję siłowo więcej niż trzy razy w tygodniu i to w dodatku w godzinach porannych, tak fatalne w skutkach okazały się tylko i wyłącznie negatywne emocje. Nie dziwcie się więc, że przykładam tak dużą uwagę do spokoju i równowagi wewnętrznej u swoich podopiecznych. Stres naprawdę może być destrukcyjny dla zdrowia.

Poziom witaminy D3 również pozostawia wiele do życzenia, ale latem nie stosowałam suplementacji. Morfologia pokazuje natomiast, że z moją odpornością faktycznie nie było dobrze. Nie ukrywam, że trochę podłamał mnie również fakt, że mimo tylu zmian w moim życiu moja przysadka nadal jest zablokowana, a kontrolne badanie USG pokazało, że jajniki nadal są policystyczne. Grubość endometrium nie wzrosła zaś nawet o milimetr.

Ktoś zapyta, po co mi cała ta terapia, skoro doprowadziła mnie do takiego stanu. Jak napisałam we wstępie, czasem musi być gorzej, aby było lepiej. Kryzysy w terapii się zdarzają i to nierzadko. Co więcej mówi się, że właśnie ten etap jest kluczowy i bardzo ważne jest, aby nie uciec od problemów, tylko je przepracować. Faktycznie, miałam momenty, w których mówiłam sobie, że nie wrócę już na terapię. Nawet napisałam pani Agacie, że potrzebuje przerwy. Na szczęście umówiłam się na spotkanie i tak naprawdę dopiero na nim udało mi się pozbyć większości negatywnych emocji. Przysłowiowy kamień spadł mi w końcu z serca i odechtnęłam z ulgą. Poukładałam sobie w głowie kilka spraw. Zrozumiałam, że pewnych rzeczy już nie zmienię i jedyne co mogę dla siebie zrobić, to zmienić do nich podejście. Pewnie, nie jest łatwo i nawet dzisiaj jeden temat mnie dręczy. Niestety, wiele rzeczy przeżywam w sobie i cały czas uczę się dopiero rozmawiać o uczuciach i emocjach. Przede mną jeszcze długa droga. O ile dorosła Joanna jest naprawdę silna, to mała Joasia potrzebuje wiele uwagi i miłości i to ja muszę się o nią zatroszczyć i zaspokoić jej potrzeby.

Polecam zobaczyć! Bardzo dobry film! Polecony przez moją terapeutkę.

Wyrzucenie z siebie większości negatywnych emocji sprawiło, że śpię już dużo lepiej i odstawiłam melatoninę. Pomogły mi również sesje akupunktury. Wieczorami wróciłam również do suplementacji Ashwagandhą, o której pisałam w artykule „Adaptogeny – wsparcie nadnerczy”. Ojciec akurat miał na zbyciu butelkę Floradixu, więc w oczekiwaniu na zamówione suplementy wzmocniłam się w pierwszym momencie żelazem.

Musiałam także wdrożyć plan naprawczy w kontekście tarczycy. Rozpoczęłam więc kurację selenem (200mcg) i cynkiem (50mg). Na poprawę odporności zastosowałam Kolostrum (2 razy po 500mg), kwasy omega-3 (2g) i witaminę D3 z K2 (ostatnio zwiększyłam do 8000 j.m. D3 i 200 j.m. K2, więcej o tych witaminach możecie przeczytać w artykule „Powszechny niedobór witaminy D”). Dla wsparcia układu nerwowego włączyłam witaminę B-complex (więcej o stosowanych przeze mnie preparacie pisałam w tekście „Niedobór witaminy B12”. Na pewno czuję się już lepiej. Uczucie stanu zapalnego w końcu minęło. Wróciłam do treningów, ale na razie z niewielkim obciążeniem.

Zastanawiam się jedynie, co robić dalej w kontekście moich problemów hormonalnych. W kwietniu w szpitalu, o czym pisałam w artykule „Najwyższy czas” , umówiłam się z moją panią profesor, że do końca roku powalczę jeszcze naturalnymi metodami, zmienię dietę i ograniczę aktywność fizyczną. Jeśli nie pomoże, włączymy terapię hormonalną. Zastanawiam się jednak, czy może nie spróbować jeszcze jakiś innych suplementów (przykładowo tyrozyna mi chodzi ostatnio po głowie) albo skonsultować się jeszcze z ginekologami specjalizującymi się w leczeniu niepłodności i stosującymi niskie dawki LDN-u. Muszę to jeszcze przemyśleć. Tym bardziej, że wszystkim polecam prof. Zubelewicz-Szkodzińską i w tym roku nie ma już do niej żadnych wolnych terminów.

View this post on Instagram

Taki weekend na studiach, jak ten miniony to dla mojego organizmu samobójstwo (szczególnie w obecnej kondycji, ale o tym już jutro na blogu) 😣 Na zajęciach z pierwszej pomocy już myślałam, że to mnie zaraz zaczną reanimować 😄 Na szczęście przetrwałam. Trzy kolokwia, dwie prezentacje i referat też 😎 Dziś najchętniej cały dzień spędziłabym jednak w łóżku. Podziwiam więc wszystkie osoby pracujące na etatach i studiujące. Z rana nadrobiłam pierwsze zaległości, odpisałam na wiadomości i jadę na akupunkturę, wzmocnić organizm i postawić się na nogi. Miłego dnia i tygodnia 😉 #student #study #swsm #katowice #silesia #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

W dalszym ciągu jestem jednak bardzo osłabiona i taki weekend na studiach, jak miniony dał mi ostro popalić.

Oczywiście, staram się być dla siebie teraz szczególnie dobra i fundować sobie różne przyjemności, ale o tym napiszę już może następnym razem. Obiecałam sobie, że będę pisać krócej, a częściej. Więc do następnego!

P.s. Przypominam, że jeszcze tylko do końca miesiąca można pobrać kupony zniżkowe na badania do Laboratorium Medycznego „Diagnostyka”, o których pisałam w artykule „Mężczyzno, czy wszystko gra?”.

7 thoughts on “(Zażegnany) kryzys

  1. Pingback: Poszukiwań ciąg dalszy | Joanna Haśnik

  2. Pingback: Odpuszczam | Joanna Haśnik

  3. Pingback: Bądź dla siebie dobra! | Joanna Haśnik

  4. Pingback: Bądź dla siebie dobra! | Joanna Haśnik

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s