48-dniowy maraton

W minioną sobotę napisałam ostatni egzamin w sesji zimowej, z „Klinicznego Zarysu Chorób”. W najbliższych dniach powinnam otrzymać wyniki, ale jestem przekonana, że poszło mi całkiem nieźle. Mogę więc oficjalnie powiedzieć, że trzeci semestr studiów już za mną. I 48-dniowy maraton nauki również. Całe szczęście, bo jestem… wykończona.

Przemyślenia przy okazji nauki do egzaminu.

Pierwszy rok studiów był dla mnie bardzo udany. Byłam bardzo zadowolona z programu, wykładowców i grupy. Osiągnęłam bardzo dobre wyniki. Latem byłam na praktykach w szpitalu, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że studia były dobrym wyborem. Oczywiście, poświęciłam na naukę bardzo dużo czasu, ale anatomia, fizjologia czy farmakologia bardzo mnie interesowały. Poza tym, czułam, że uzupełniam i rozwijam wiedzę, która jest mi absolutnie niezbędna. Wiadomo, z racji, że robię licencjat, a nie studia podyplomowe, musiałam chodzić również na w-f, informatykę czy etykę, ale byłam w stanie przymknąć na to oko. To były pojedyncze przedmioty, większość była dla mnie interesująca.

Podsumowanie pierwszego semestru na studiach możecie przeczytać tutaj, natomiast drugiego – tutaj.

Trzeci semestr nie zaczął się dobrze. Jeszcze przed jego rozpoczęciem okazało się bowiem, że rozwiązano moją grupę, z którą naprawdę bardzo się zżyłam. Nasza współpraca przez cały rok układała się bardzo dobrze, protestowaliśmy, umawialiśmy się na spotkania z dziekanem i rektorem, ale nie udało nam się cofnąć tej decyzji. Musieliśmy zapisać do jednej z pozostałych czterech grup. Trafiłam dobrze, ale niesmak pozostał, choć ma to teraz swoje plusy, bo jako, że jesteśmy podzieleni na wszystkie cztery grupy, to wymieniamy się między sobą informacjami.

Inną kwestią jest fakt, że zmiana grupy wiązała się ze zmianą poziomu lektoratu z języka angielskiego. Grupa, do której trafiłam miała angielski od podstaw. Wcześniej byłam w grupie, moim zdaniem, średnio zaawansowanej. Nie jestem orłem z angielskiego, ale przez to wszystko musiałam przerabiać materiał, który już zaliczyłam w drugim semestrze. Oczywiście, miałam łatwiej, ale moim zdaniem powinno to zostać inaczej rozwiązane. Poza tym nie lubię marnować czasu.

Zajęcia z angielskiego nie były jedynym rozczarowaniem. Może ta sytuacja z rozwiązaniem grupy jakoś negatywnie mnie nastawiła do trzeciego semestru, ale od pierwszego zjazdu byłam totalnie sfrustrowana programem i rozkładem godzin. Już nie jeździłam z takim entuzjazmem na zjazdy, jak w poprzednim roku. Co więcej, średnio co te dwa tygodnie miałam ochotę rzucić studia w cholerę, a comiesięczne przelewy czesnego robiłam z wielkim bólem serca. Zamiast płacić za szkolenia u Tadka Sowińskiego, Moniki Gackowskiej czy Wojtka Jusiela, które biorąc pod uwagę moje doświadczeniami z ich kursami, na pewno przydałyby mi się w codziennej pracy, wydawałam pieniądze na zajęcia, z których wiedza w żaden sposób nie rozwinęła mnie, jako dietetyka.

View this post on Instagram

Taki weekend na studiach, jak ten miniony to dla mojego organizmu samobójstwo (szczególnie w obecnej kondycji, ale o tym już jutro na blogu) 😣 Na zajęciach z pierwszej pomocy już myślałam, że to mnie zaraz zaczną reanimować 😄 Na szczęście przetrwałam. Trzy kolokwia, dwie prezentacje i referat też 😎 Dziś najchętniej cały dzień spędziłabym jednak w łóżku. Podziwiam więc wszystkie osoby pracujące na etatach i studiujące. Z rana nadrobiłam pierwsze zaległości, odpisałam na wiadomości i jadę na akupunkturę, wzmocnić organizm i postawić się na nogi. Miłego dnia i tygodnia 😉 #student #study #swsm #katowice #silesia #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Po takim weekendzie poniedziałek był zawsze bardzo ciężki…

Jakie przedmioty realizowaliśmy? Najwięcej godzin mieliśmy chyba z „Kwalifikowanej pierwszej pomocy”. Czasami nawet dwa bloki zajęć w ciągu zjazdu, w sobotę i niedzielę po 2,5 godziny. Jasne, uważam, że każdy powinien znać podstawy udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach, ale spokojnie omówiłabym wszystko dwa razy szybciej, bez zbędnego rozwlekania. Więcej godzin przeznaczyłabym z kolei na moim zdaniem najważniejszy przedmiot w tym semestrze, czyli „Kliniczny Zarys Chorób”. Wykładów mieliśmy całkiem sporo, praktycznie na każdym zjeździe, ale seminarium tylko cztery. Jak na taki ogrom materiału, uważam to za jakieś nieporozumienie. Większość musieliśmy przerobić samodzielnie z materiałów otrzymanych od wykładowców mailowo. Szkoda, bo prowadzący mieli dużą wiedzę i z nimi spokojnie mogłabym się widywać i trzy razy na zjeździe, by przerobić całą „Internę” Szczeklika. Mam więc spory niedosyt.

W miarę ciekawe były również zajęcia i wykłady z „Psychologii”. Mimo, że ogólnej, to mówiliśmy sporo o psychologicznych aspektach jedzenia, które mnie dość mocno interesują i z chęcią omówiłabym je szerzej. Ale to może w przyszłości na podyplomówce z psychodietetyki, na którą chciałabym też pójść. Na razie mam w kolejce do czytania kilka pozycji poleconych mi przez wykładowczynię. Głównie o kompulsywnym objadaniu się, o którym chcę Wam wkrótce napisać szerzej.

„Prawo i ekonomika w ochronie zdrowia”, czyli specyfika rynku usług medycznych, podmioty medyczne, prawo w ochronie zdrowia, czy reforma zdrowia. Nic, czego bym nie wiedziała wcześniej. Przedmiot bez historii. Podobnie, jak „Technologia informacyjna” (choć mam 4,5 z zaliczenia Worda, bo darmowy Writer, na którym wykonywaliśmy polecenia nie chciał ze mną współpracować), czy „Higiena, toksykologia i bezpieczeństwo żywności”. Większość tematów, w tym o dodatkach czy zanieczyszczeniach żywności już przerabialiśmy wcześniej. Emocje wzbudziła może jedynie fizyka jądrowa na wykładach (sic!). Przypomniałam sobie, co to jest prawo połowicznego rozpadu i dowiedziałam, jak schronić przed promieniowaniem jonizującym.

Bez kawy nie dałabym rady…

Jeśli jeszcze o emocjach mowa, niewątpliwie nie zabrakło ich na ćwiczeniach laboratoryjnych z „Analizy i oceny jakości żywności”. Styczniowy blok trzech zajęć doprowadził mnie do roztroju nerwowego. Serio, ani przed maturą, ani przed obroną pracy magisterskiej na historii nie bolał mnie brzuch tak, jak przed tymi zajęciami. Na ćwiczeniach wykonywaliśmy różnego rodzaju doświadczenia, jak chociażby pomiar zawartości białka w mleku czy wykrycie zanieczyszczenia kawy zbożowej cykorią. Czasu mało, materiału mnóstwo, a z każdego doświadczenia musieliśmy przygotować sprawozdanie z wstępem teoretycznym, opisem doświadczenia, obserwacjami, wnioskami i bibliografią na minimum 5-6 stron. Po pierwszych zajęciach tydzień siedziałam nad pięcioma sprawozdaniami. Po drugich – cztery dni nad dwoma. Nie zdawałam matury z chemii, więc musiałam wrócić do podstaw, a i tak, gdyby nie pomoc znajomego chemika, to w życiu bym sobie sama nie poradziła. Zajęcia kosztowały mnie mnóstwo nerwów, ale niewątpliwie zapamiętam je na długo. Przedmiot kończył się egzaminem. Jednym z dwóch w tej sesji. Po jego napisaniu byłam bardzo niezadowolona. Przez tydzień uczyłam się dzień w dzień, a potem zobaczyłam pytania z materiału, o którym w ogóle nie rozmawialiśmy. Bałam się, czy w ogóle zdam. Czekałam, jak na szpilkach na wyniki, więc gdy zobaczyłam 4,5 w wirtualnym indeksie, bardzo się ucieszyłam.

Młody chemik :D

W czasie semestru, poza napisaniem referatu, przygotowaniem prezentacji na zaliczenie i nauką do pojedynczych kolokwiów „wstępnych” nie byłam w stanie zmusić się do systematycznej nauki. Wolałam czytać książki i analizować przypadki podopiecznych. Przepisywałam jedynie wykłady na bieżąco do Worda we współpracy z dwiema koleżankami. Wszystko zostawiłam na czas sesji. Nieźle się przez to załatwiłam. Przez takie podejście do sprawy uczyłam się równo 48 dni. Tak, 48 dni. 7 stycznia po powrocie z weekendu w Krakowie zaczęłam uczyć się do kolokwium z angielskiego. Jak wspominałam ostatni egzamin napisałam w minioną sobotę. Przez ten czas uczyłam się dzień w dzień po 8-10 godzin. Jasne, skoro większość nie była ważna, to mogłam liczyć, że moja wiedza ogólna wystarczy i jakoś to zdam. Ambicja nie pozwoliła mi jednak odpuścić. Oczywiście, musiałam sobie ponarzekać, wylać w wiadomościach do znajomych swoje frustracje, popłakać w samotności, zajęść stresy w „Złotym ośle”, ale zaraz potem spinałam pośladki i realizowałam plan, jaki miałam przed każdym zjazdem z zaliczeniami ćwiczeń i seminariów, a później egzaminami.

Jestem zadowolona z wyników. Jasne, oceny nie są najważniejsze, ale zawsze miło, kiedy nasze wysiłki zostają docenione. Tym bardziej, że ta sesja, te 48 dni nauki kosztowały mnie naprawdę sporo energii i wyrzeczeń, zarówno jeśli chodzi o życie towarzyskie, moje treningi czy pracę, którą ograniczyłam do absolutnego minimum. Szczerze podziwiam osoby, które pracują na etacie, mają rodziny, dzieci i potrafią to wszystko pogodzić ze studiami. Ja nie czułabym się na siłach. O 21:00 ja już podpieram powieki zapałkami. Nauka po nocach, jak kiedyś na studiach historycznych, nie wchodzi już absolutnie w grę.

Nie ukrywam więc, że wiele razy w ciągu ostatnich tygodni zastanawiałam się, na co mi te studia. Czy nie lepiej było inwestować w kursy, szkolenia, dokształcać się samemu. Robić to wszystko z powołania i pasji, którą ten ostatni semestr mocno zachwiał, bo zamiast czytać najnowsze publikacje, musiałam przeliczać transmitancję na absorbancję. Bo zamiast jechać na szkolenie z treningu kobiet, z którymi współpracuję najczęściej na siłowni, musiałam wydać te pieniądze na czesne za studia? Naprawdę pojawiło się w mojej głowie sporo wątpliwości. Nie uważam, że dobry dietetyk to tylko ten z dyplomem. W żadnym wypadku. To nie jest gwarancja fachowości i najwyższej jakości usług. Znam kilku świetnych fachowców, którzy zajmują się dietetyką z pasji, cały czas się dokształcają, rozwijają swoją wiedzę, prowadzą już sami szkolenia. Owszem, niektórzy podważają ich kompetencje. Tak, jak i moje, bo przecież już teraz, będąc studentką prowadzę firmę z zakresu doradztwa dietetycznego. Myślę, że i ich i moja praca sama się jednak broni. Nie chciałabym jednak, aby ktoś kiedyś zarzucił mi brak wykształcenia, więc nie, mimo frustracji nie rzucę studiów i mam zamiar je skończyć. Mam tylko nadzieję, że przez te dwa lata, jakie mi jeszcze zostały, studia całkowicie nie zabiją mojego entuzjazmu. Bo najlepszy dietetyk to ten z wykształceniem i z pasją.

Wierzę, że nowy semestr, który zaczynam już w najbliższy weekend będzie bardziej udany i bardziej związany z „dietetyką”. Przede mną „Genetyka”, „Parazytologia”, „Edukacja żywieniowa”, „Dietetyka pediatryczna”, „Technologia żywności i potraw oraz towaroznawstwo” (to działka, w którą dotychczas w ogóle nie wchodziłam, mam więc nadzieję, że złapię bakcyla) i praktyki w poradni specjalistycznej (diabetologicznej, endokrynologicznej lub gastroenterologicznej, najchętniej poszłabym do każdej, więc muszę coś wymyślić), więc wydaje się, że to będzie trudny, ale interesujący semestr. I długi, bo ostatnie zajęcia mamy 30 czerwca, więc egzaminy pewnie do połowy lipca. Mimo to obiecałam sobie, że w miarę możliwości finansowych będę chociaż raz w mięsiącu brała udział w szkoleniach, kursach, konferencjach czy webinarach.

A na razie zabieram się do pracy. Nad Waszymi planami dietetycznymi i treningowymi i nad swoją sylwetką.

View this post on Instagram

Wysoki kortyzol, zajadanie stresu (wkrótce napiszę o tym więcej), siedzenie przez większą część dnia przez 2 miesiące (widać płaskodupie 😂), problemy ze snem, powrót do terapii hormonalnej, zmniejszenie dawki Glucophage… Z niczego nie ma nic. Na wadze plus 2kg, choć czuję, że sporo w tym wody… Nie wyrywam sobie z tego powodu jednak włosów. Od wczoraj kalorie w dół, od dziś trening na 100%, jutro wracam do systematycznych zajęć jogi. Kupiłam znów Ashwagandhę, bo maca nie zdała egzaminu. Mam nadzieję wrócić na akupunkturę, by ogarnąć moje problemy ze snem i terapię, bo już chyba jestem gotowa na dalszą pracę po kryzysie w październiku/ listopadzie. Będzie dobrze! Trzymajcie kciuki! #motivation #therapy #psychology #balance #mind #nostress #health #strength #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny #girl #polishgirl #brunettegirl #brunette #longhair

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Krajobraz po bitwie :D

5 thoughts on “48-dniowy maraton

  1. Pingback: Drugi rok studiów | Joanna Haśnik

  2. Witaj! Nie uważam, że studia kierunkowe to strata czasu. Dietetyka nie jest łatwym przedmiotem, a doradztwo w zakresie żywienia jest zawodem o wysokiej odpowiedzialności, przede wszystkim odpowiedzialności za zdrowie i życie pacjenta, z którym dietetyk pracuje. Dla mnie to jak różnica między lekarzem i znachorem, mogę iść do obu, ale operować dam się tylko wykształconemu chirurgowi :-)
    Poza tym ukończone studia z zakresu dietetyki umożliwią ci pracę jako dietetyk w szpitalach, sanatoriach czyli domach opieki. Tej możliwości pracy i takich kwalifikacji nie dadzą ci żadne kursy. Dopoki prowadzisz własną firmę, to może nie zauważasz innych możliwości, albo nie są one w tej chwili dla ciebie ważne. Ale jest miło, gdy ma się możliwość wyboru, gdzie się pracuje.
    Serdecznie pozdrawiam!

    • Oczywiście, po to poszłam na studia, by zdobyć wiedzę i uprawnienia! Stąd moje frustracje, że w tym semestrze nie rozwinęłam się w żaden sposób, że nic nie przydało mi się w codziennej pracy. Nie mam problemu z tym, że muszę się uczyć, bo jak widać jestem w stanie siedzieć przez prawie dwa miesiące dzień w dzień i zakuwać. Tylko chciałabym, aby to było ważne i potrzebne. P.s. A po praktykach w szpitalu faktycznie chciałabym w nim kiedyś pracować :)

  3. Jako magister dietetyki powiem Ci ze nie zawsze czarne jest czarne a biale biale. Ocenianie czyis jadlospisow bez znajomosci przypadku pacjenta, jego aktualnych wynikow i wywiadu zywieniowego jest nieetyczne. Serio. Ja nie raz musialam pojsc na mega kompromisy z pacjentami. Nie od razu pacjenci dostaja idealny jadlospis jaki ja bym im chciala dac, ale wiem, ze gdy dostana takie z mega kompromisami powiedzmy 75% jego, a 25% mojego, to za miesiac bedziemy mogli popracowac nad 50% do 50%, a potem 25% do 75% i tak dalej. A do sieci wyplywa ten pierwszy z moim nazwiskiem. I pomyjami wylanymi na mnie, ze jestem nieudolnym dietetykiem, nie znam sie, itd. A nikt nie zapyta mnie jaki mialam plan pracy z pacjentem. Nikt nie zapyta jak ustalilismy wspolprace i jakie to byly duze kompromisy. Pracujac ponad 10 lat jako dietetyk wiem, ze lepiej wprowadzac zmiany drobnymi krokami, a nie od razu zmieniac wszystko, bo pacjentowi trudno bedzie wytrwac na diecie przez tydzien. Nie wszyscy pacjenci sa w stanie od razu zmienic wszystko.

    • Oczywiście, masz 100-procentową rację i zgadzam się, że nie można oceniać jadłospisu bez znajomości przypadku. Może źle to ujęłam, bardziej chodziło mi o podstawowe błędy. Rozumiem też, że dyplomowani dietetycy mocno podważają pracę tych bez wykształcenia, bo te studia nie są łatwe i wymagają naprawdę wiele pracy. Nic jednak nie jest, jak wspomniałaś, czarne i białe. Można te studia zaliczyć na ściągach, można mieć ogromną wiedzę bez dyplomu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s