Kompulsywne objadanie się

Zawsze zazdrościłam osobom, które w pod wpływem stresu mają tak ściśnięty żołądek, że nie są w stanie nic przełknąć. Pamiętam, jak studiując historię (tak, tak, jestem magistrem historii), zawsze w dniu egzaminu siedzieliśmy od rana pod drzwiami sali i czekaliśmy na swoją kolejkę (egzaminy były ustne), czasem od 7:00 do 20:00. Moja koleżanka praktycznie przez cały dzień nic nie jadła, jedynie piła kawę, a ja w tym czasie… pochłaniałam kilka tysięcy kalorii. Oczywiście, już dawno zrozumiałam, że zarówno głodówka, jak i przejadanie się nie są niczym zdrowym dla naszego organizmu. Te dwie skrajności nie powinny mieć miejsca i należy traktować je, jako zaburzenia odżywiania. Niestety, od lat zmagam się z kompulsywnym objadaniem się, które w zależności od poziomu nasilenia stresu w moim życie, zdarza mi się częściej lub rzadziej. Myślę jednak, że udało mi się zrobić już krok naprzód, a że z podobnym problemem zmaga się wielu moich podopiecznych i czytelników, postanowiłam napisać, jak sobie radzę z napadami.

Stres towarzyszy mi w życiu od najmłodszych lat. Wszystkie emocje kumulowałam zawsze w sobie, nie dzieliłam się nimi z nikim. Zdarzało mi się więc płakać, gdy nikt nie widział. Najczęściej jednak radziłam sobie z lękiem i napięciem… obgryzając paznokcie. Jasne, już dawno się tego oduczyłam, ale do dziś są bardzo krótkie, słabe i łamliwe. Niestety, w dalszym ciągu w stresujących momentach skubię skórki wokół paznokci, czy nawet zdzieram lakier (na szczęście malowanie paznokcie mnie uspokaja). Wiele osób, których dopiero co poznałam zwraca mi na to uwagę. Poza tym przygryzam wargi i wnętrze jamy ustnej, po czym mam całe policzki w ranach. Siedząc, muszę notomiast ciągle ruszać nogami. To mnie odpręża, choć staram się nad tym wszystkim panować. Nie o tym jednak miałam pisać…

Nie wiem, w którym momencie swojego życia, może w podstawówce, może w gimnazjum, w najbardziej stresujących sytuacjach zaczęłam… jeść i to sporo. Cała czekolada. Trzy banany. Kilka kromek chleba posmarowanych grubo masłem. Paczka suchych wafelków. W swoim pokoju, gdy nikt nie widział. Nie delektowałam się smakiem. Jadłam szybko, nie przeżuwając dobrze, do momentu, kiedy nie byłam w stanie nic już w siebie wcisnąć. Czułam wtedy… ulgę. Ukojenie. Spokój. Przez chwilę, bo oczywiście za moment pojawiały się wyrzuty sumienia. Nie, nie miałam nigdy bulimii. To raczej BED (Binge Eating Disorder), po polsku tłumaczone jako „zaburzenia odżywiania z epizodami niekontrolowanego objadania się” lub „zespół gwałtownego objadania się”, w którym epizody objadania występują średnio co najmniej raz w tygodniu przez trzy miesiące. Tak regularne napady miałam może tylko raz w życiu, ale epizody objadania były i są wciąż obecne w moim życiu.

W odróżnieniu od bulimiczek nigdy nie prowokowałam wymiotów. Raz, chyba w liceum poszłam do łazienki, włożyłam palce do ust, ale poczułam tak silne obrzydzenie do siebie, że szybko otrzeźwiałam i nigdy więcej już nie spróbowałam. Nigdy nie stosowałam też żadnych środków przeczyszczających. Nie wprowadzałam głodówek po napadzie, ani nie zwiększałam szczególnie swojej aktywności fizycznej. Czułam się ze sobą źle, obiecywałam sobie, że już nigdy więcej nie będę rozładowywać napięcia w ten sposób, że to był ostatni raz, ale za jakiś czas, gdy dopadł mnie silny stres, to musiałam coś zjeść. Musiałam. Po prostu. Silna wola nie ma tutaj nic do gadania.

Oczywiście, powiecie, że te kilka owoców, kromek chleba, czy tabliczka czekolady to wcale nie jest dużo. Dla mnie jednak było to więcej, aniżeli jadłam na co dzień. Nigdy nie odżywiałam się jakoś specjalnie źle. Wiadomo, był czas, że codziennie jadłam małą paczkę Lays’ów o smaku zielonej cebulki, a do szkoły mama poza kanapkami dawała mi czekoladki Kinder, ale byłam aktywna i nigdy nie miałam problemów z wagą. Zresztą mało co lubiłam i mama gotowała wiele rzeczy specjalnie dla mnie. Dorastając, w okresie gimnazjum, a przede wszystkim liceum coraz bardziej interesowałam się tym, co jem. Zaczęłam bowiem przykładać większą wagę do swojego wyglądu, chodziłam już za siłownię. Wafelki od mamy rozdawałam w szkole lub na zbiórkach harcerskich, namawiałam ją, by kupowała mi płatki fitness na śniadanie (w reklamie mówili wtedy, że są fit :D), czy kręciłam nosem, kiedy obiad były placki ziemniaczane z cukrem. Jedynie od czasu do czasu jadłam więcej, niż powinnam.

Częstsze napady objadania się zaczęły się na studiach historycznych, szczególnie w okresach sesji, a także w związku z tragediami, jakie spotkały moją rodzinę. Najpierw zmarła moja siostra (zator w płucach, zmagała się z ziarnicą, przeszła dwa autoprzeszczepy), a kilka miesięcy później jej mąż zginął w katastrofie lotniczej (może kojarzycie samolot linii AirFrance lecący z Rio de Janeiro do Paryża). Dorabiałam sobie wtedy na 1/4 etatu w hurtowni słodyczy, co na pewno mi nie pomagało. Pokus miałam naprawdę wiele. Mimo, że do pracy zawsze zabierałam zdrowe, jak na moją ówczesnę wiedzę posiłki, to w gorszych chwilach sięgałam po pryncypałki, maltikeks czy ciastka ze słonecznikiem. Właśnie, słonecznik. Nie wiem, ile paczek zjadłam w życiu, ale swego czasu bardzo dużo. Obieranie ziarenek zawsze działało na mnie bardzo uspokajająco.

Pracując w Górniku Zabrze i przeżywając mocno wszystkie wydarzenia z nim związane, mecze, wyniki, będąc na pierwszej linii frontu, jako rzecznik prasowy równie często jadłam kompulsywnie. Najczęściej orzechy. Nerkowce, czy prażowe migdały z Lidla, którego mijałam po drodze z przystanku na stadion. Czasem w dniu meczu, kiedy pracowałam już od rana dzwoniłam do znajomych, by po drodze kupili mi paczkę orzechów lub biegłam sama szybko do sklepu w wolnej chwili. Chęć ich zjedzenia była tak wielka, że nie byłam w stanie skupić się na niczym. A ile taka paczka ma kalorii? 1000? Czasem zdarzało się zjeść dwie. Plus standardowe jedzenie, które zawsze miałam ze sobą, bo w tym czasie pojemniczki zaczęły już towarzyszyć mi na co dzień. Wtedy też zaczęłam intensywnie trenować crossfit, gdzie dawałam upust wszystkim moim negatywnym emocjom, więc moja waga w dalszym ciągu jakoś drastycznie się nie zmieniała. Jak wiecie jednak, przesadzałam z ilością treningów. Z jednego „nałogu” wpadłam w drugi.

Całkowicie popłynęłam w 2006 roku, kiedy to rozstałam się z klubem, miałam ogromne problemy finansowe i bardzo nerwową sytuację w domu. Zmniejszałam sukcesywnie ilość węglowodanów w diecie, aż zainteresowałam się ketozą odżywczą. „Doradcy” mówili, żebym jadła tyle, ile potrzebuję. Szczególnie na adaptacji. A potrzebowałam sporo. Boczek, karkówka, smalec, kabanosy. Nie, nie jeden. Przykładowo do posiłku miałam zaplanowane dwa, czy trzy, ale po skończeniu posiłku jakiś wewnętrzny głos kazał mi iść do lodówki i wziąć kolejny. I kolejny, kolejny, kolejny, aż zjadłam całą paczkę. Podobnie było z orzechami. Mogłam sobie rozdzielić paczkę na porcje, obiecywać sobie, że codziennie zjem jedną, a i tak w stresującej chwili zjadałam wszystkie. To wtedy, po kilku miesiącach kompulsywnego objadania się doszłam do największej wagi w swoim życiu, czyli 75kg przy wzroście 170cm. Zajadłam cały ówczesny stres. W ubiegłym roku, kiedy po wyjściu ze szpitala w kwietniu zrobiłam małą rewolucję w swoim życiu, zmieniłam dietę, zmniejszyłam ilość treningów, zaczęłam chodzić na jogę i akupunkturę i poczułam wewnętrzny, aż do września nie miałam praktycznie żadnego napadu. Czułam się szczęśliwa.

O tym, jak udało mi się wrócić do mojej normalnej wagi pisałam w artykule „Podsumowanie redukcji”. O zmianach, jakie jednocześnie zaszły w moim życiu możecie natomiast przeczytać w tekście „It’s my time”.

Później znów wszystko legło w gruzach, zawód miłosny, zawód w przyjaźni, kryzys na terapii, kryzys finansowy, problemy zdrowotne ojca (chłoniak, drugi autoprzeszczep, Wrzodziejące Jelito Grube, ostra niedokrwistość, szpital co miesiąc), frustracje na studiach, problemy ze snem, fatalne samopoczucie i znów zaczęłam jeść kompulsywnie. Waga pokazała ostatecznie 2kg więcej, choć powrót do antykoncepcji mógł też odegrać istotną rolę.

View this post on Instagram

Wysoki kortyzol, zajadanie stresu (wkrótce napiszę o tym więcej), siedzenie przez większą część dnia przez 2 miesiące (widać płaskodupie 😂), problemy ze snem, powrót do terapii hormonalnej, zmniejszenie dawki Glucophage… Z niczego nie ma nic. Na wadze plus 2kg, choć czuję, że sporo w tym wody… Nie wyrywam sobie z tego powodu jednak włosów. Od wczoraj kalorie w dół, od dziś trening na 100%, jutro wracam do systematycznych zajęć jogi. Kupiłam znów Ashwagandhę, bo maca nie zdała egzaminu. Mam nadzieję wrócić na akupunkturę, by ogarnąć moje problemy ze snem i terapię, bo już chyba jestem gotowa na dalszą pracę po kryzysie w październiku/ listopadzie. Będzie dobrze! Trzymajcie kciuki! #motivation #therapy #psychology #balance #mind #nostress #health #strength #nutrition #nutritionist #dietetyk #dietetics #personaltrainer #strengthcoach #trenerpersonalny #girl #polishgirl #brunettegirl #brunette #longhair

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Najczęściej objadałam się ostatnio po nieprzespanej nocy. Od rana mogę jeść zgodnie z planem, po czym po kolacji dopada mnie wilczy głód, którego nie jestem w stanie opanować. W czasie nauki na studiach, kiedy jestem psychicznie zmęczona i mój mózg potrzebuje cukru również mam nadmierny apetyt. Po kłótni z bliską mi osobą, nieprzychylnym komentarzu na mój temat, czy słowach krytyki, które wyjątkowo mnie zabolą także pocieszam się jedzeniem. Zdarza się też, że jem z nudów, kiedy mam za dużo wolnego czasu albo gdy dopada mnie silne uczucie pustki i bezradności. Wypracowałam sobie już jednak kilka metod przeciwdziałania napadom objadania się i ratowania się w sytucjach kryzysowych. Z niektórych nie do końca jestem dumna, ale cały czas pracuję nad tym, aby inaczej radzić sobie z napięciem i ze stresem. To bowiem podstawa!

1. Gdy poczuję wilczy głód, zawsze najpierw sięgam po wodę, herbatę lub kawę. Najlepiej działa na mnie kawa, po której czuję sytość, ale wiadomo, wieczorem odpada, bo już i tak mam ostatnio spore problemy ze snem. Swoją drogą, ostatnio Tadek Sowiński na grupie „Kształtowanie kobiecej sylwetki” na Facebook’u zaszokował mnie opinią, że kawa rozpuczalna wcale nie jest taka zła. Powszechnie panuje bowiem przekonanie o jej negatywnych skutkach dla zdrowia. Nie ma jednak na to żadnego potwierdzenia w badaniach naukowych. Popijam więc właśnie rozpuszczalną ze spienionym mlekiem (krowim bez laktozy).

2. Dbam o to, aby w każdym z moich czterech posiłków było jak najwięcej warzyw, a tym samym błonnika, dzięki czemu czuję sytość i nie mam ochoty zjeść już nic więcej. Szczególnie ważna jest dla mnie kolacja, bo napady zdarzają mi się głównie wieczorem. Najczęściej jem więc miskę różnorodnych warzyw, czasem nawet kilogram, w tym różnego rodzaju sałaty, ogórek, pomidorki koktajlowe, rzodkiewki, parowany burak, brukselkę, bób, fasolkę szparagową, oliwki, awokado, soczewicę, ciecierzycę, czy fasolę. Czasem dojadam jeszcze owoc, najczęściej jabłko. Cały posiłek ma ok. 400kcal, a jestem tak pełna, że nie mam ochoty już na nic do jedzenia. Zdarza się, że codziennie jem nawet 60-80g błonnika (wg Fitatu). Raz zjadłam 90g, ale było mi autentycznie niedobrze. Warzywa są więc najlepszym, niskokalorycznym rozwiązaniem, kiedy po prostu muszę coś zjeść.

O tym, jak obecnie wygląda moja dieta pisałam w artykule „Zostałaś wegetarianką?”.

3. Tym samym w ogóle nie kupuję produktów, które są wysokokaloryczne, smakują mi (bo wtedy siłą rzeczy zjem więcej, nawet jeśli nie czuję się głodna) i po które mogłabym sięgnąć w chwili napadu. W mojej lodówce od dawna nie ma więc już kabanosów. Nie kupuję orzechów, ewentualnie jeśli planuję posiłek z nimi, to idę co Carrefour’a i kupuję na wagę 10-20g. Nigdy więcej. Podobnie robię ze słonecznikiem, czy pestkami dynii. Zabroniłam rodzicom kupować mi i sobie (sic!) orzechów ziemnych na wagę, bo wiem, że jestem w stanie zjeść cały kilogram. Jeśli kupują dla siebie, to mają mi o tym nie mówić i je schować (niestety, nie pojmują mojego problemu i jak widzą, że coś chętnie jem, to mi to kupują, mimo moich usilnych próśb, okazują mi w taki sposób miłość, zrozumiałam to na terapii, ale nie pomaga mi to w walce z objadaniem się). Inaczej na pewno je znajdę i zjem. Tak samo mam z waflami ryżowymi. Staram się nigdy nie mieć ich w domu. Kiedy mój ojciec jadł je po autoprzeszczepie dość często, moje napady też były częstsze. Na szczęście już ich nie kupuje… Wafle ryżowe (Sonko, ze słonecznikiem) to jednak moja ostatnia słabość, z którą walczę. Ani nie są zdrowe, mają wysoki indeks i ładunek glikemiczny, ale chrupanie takich suchych produktów strasznie mnie relaksuje… Czekolada? Lody? Ciasto? Mogą dla mnie nie istnieć. Z wafli cały czas się jeszcze leczę. Ostatnią paczkę zjadłam w miniony wtorek… Miałam kiepski dzień, źle spałam, runął mój plan finansowy. Poszłam rano na trening, mimo, że powinnam mieć przerwę. Popołudniu pojechałam na jogę do Katowic, ale nie doszłam do studia. Zjadłam kolację w „Złotym Ośle”, po czym powędrowałam do Żabki, kupiłam paczkę i zjadłam całą w tramwaju. Tak mnie bolał żołądek, że mam nadzieję, że na długo mi się odechce (swoją drogą dziś znówumieram, bo bezglutenowe ciastko okazało się wcale nie takim bezglutenowym i ból brzucha połączonym z ciążą spożywczę jest straszny).

4. Apropo „Złotego Osła”. To tam w ostatnich miesiącach najczęściej jadę, kiedy czuję, że muszę coś zjeść, by rozładować napięcie. Talerz, dwa, albo i trzy surówek i danie główne (przykładowe na zdjęciu głównym) sprawiają, że jestem najedzona i szczęśliwa. Ilość spożytych kalorii nie przekracza drastycznie zapotrzebowania, często mieszczę się nawet w ustalonym dziennym limicie. Jem zdrowo, więc nie mam większych wyrzutów sumienia. Gorzej, jeśli jem w Ośle trzy lub cztery razy w tygodniu, bo i tak się zdarzało na przykład w grudniu, czy styczniu. Mój portfel nie cierpi, bo danie główne i bar sałatkowy to 14,40zł, ale chodzi o sam fakt.

5. Umówiłam się też ze sobą, że jeśli jestem w domu i odczuwam silną potrzebę jedzenia, to zwiększam po prostu kaloryczność posiłku. Jem tylko to, po czym czuję się dobrze, nie mam żadnych dolegliwości ze strony układu pokarmowego, ale po prostu w większej ilości. Jak już napisałam, zwiększam wtedy ilość warzyw, jem więcej ryżu, kaszy lub makaronu, większą porcję mięsa, czy ryby. Dodaję po posiłku owoc. Generalnie myślę, że taka metoda to najrozsądniejsze rozwiązanie. Gdybym pozwoliła sobie na pizzę, czy chipsy, to umierałabym z bólu brzucha przez kilka dni. Takie cheat meale nie wchodzą u mnie w grę. Większą ilością dozwolonego dla mnie jedzenia nie robię sobie tak dużej krzywdy.

6. Niestety, potrafię popłynąć również z dozwolonymi, zdrowymi produktami. Szczególnie mam tu na myśli owoce. Nie, w żadnym wypadku nie unikam owoców, jem je w każdym posiłku, ale jeśli mam w domu kilogram, to jestem w stanie zjeść kilogram i jeszcze poszukać jakich zachomikowanych u ojca. Staram się więc nie robić zapasów i kupować na bieżąco. Jeśli przykładowo dzień wcześniej zaplanuję sobie w Fitatu zjedzenie trzech jabłek, to kupuję tego dnia tylko trzy. Nawet jeśli zjem po siłowni i obiedzie wszystkie trzy, to w kolejnych posiłkach nie zjem żadnego i dzienny bilans będzie się zgadzał (mistrz matematyki :D). Gdybym miała jeszcze pod ręką trzy inne, wtedy na pewno bym je zjadła. Więcej kupuję tylko ryb i mięsa, kasz, makaronów, ryżu, ale to nie są produkty, po które sięgnę w czasie napadu.

O owocach i moim podejściu do nich pisałam w artykule „Owoce w diecie”.

7. Jak wspominałam wyżej, zawsze planuję dzień wcześniej swoje posiłki w programie Fitatu (więcej pisałam o nim w artykule „Czy wiesz, ile jesz?”). Nie dopuszczam do sytuacji, że przychodzi godzina posiłku, nie mam nic przygotowanego i sięgam po to, co mam pod ręką albo jestem głodna (choć czytając dziś tekst na wspomnianej wyżej grupie o Snickersie stwierdziłam, że to po nim napisałam w tamtym roku egzamin z fizjologii na 5 :D). Jeśli jestem poza domem, mam ze sobą zawsze pudełka z jedzeniem lub zaplanowane dokładnie, w jakiej restauracji zjem i które danie. Podobnie z imprezami rodzinnymi, czy spotkaniami ze znajomymi, albo biorę swoje pudełka, albo przygotowuję danie, które mogę zjeść i zabieram ze sobą, albo jem to, co dla mnie specjalnie przygotowano, bo i tak się zdarza :)

8. W okresach nadmiernego stresu, jak chociażby ostatnio w czasie sesji, nigdy nie narzucam sobie żadnych restrykcji kalorycznych, które mogłyby dodatkowo wywołać atak. O redukcji nie ma wtedy mowy. Albo jestem na zerowym bilansie kalorycznym, albo lekko dodatnim, by dodatkowo nie obciążać swojego organizmu brakiem odpowiedniej ilości jedzenia. Bardzo dużą uwagę przywiązuje do tego aspektu Ania z bloga „Wilczo Głodna”, który śledzę, choć nie do końca zgadzam się z nią, iż to właśnie restrykcje dietetyczne odgrywają największe znaczenie w tym zaburzeniu. Owszem, u wielu osób na pewno tak jest, ale uważam, że równie dużą rolę odgrywają stres, osobiste doświadczenia, czy emocje.

9. Bardzo trudne są dla zjazdy na uczelni. Szczególnie te, kiedy mam zajęcia w piątek od 16:00 do 21:00, a w sobotę i niedzielę od 8:00 do 21:00. Zwłaszcza w niedzielę jestem już bardzo zmęczona. W zimowym semestrze, na ostatnich niedzielnych zajęciach z pierwszej pomocy zjadłam z nudów, frustracji i zmęczenia dwie paczki wafli ryżowych, a więc 1000 kalorii. To był jednak najbardziej kryzysowy moment dla mnie w całym ubiegłym semestrze. Staram się ratować bowiem sałatkami, podobnymi, jak opisywana wyżej na kolację. Zabieram dwie, a nawet trzy ogromne pudełka. Każdą jem powoli przeżuwając nawet godzinę. Jeśli ugotowałam sobie mniejsze objętościowo danie, dodatkowo zawsze zabieram pęczek rzodkiewek. Tak, rzodkiewki zdecydowanie ratują mi życie. Na studiach i na co dzień. Dziennie jem minimum pęczek. Są jednak takie dni, że mimo ogromnych ilości błonnika, trzech kaw, dalej czuję napięcie. Wtedy do akcji wracza… guma do życia. Żebym jednak jeszcze żuła jedną gumę, ale chwilę pożuję drażetkę, po czym sięgam po kolejną. I tak jestem w stanie zrobić z całą paczką, a nawet dwoma, czy trzema. Biorąc pod uwagę teorie niektórych dietetyków, moja insulina szaleje…

Wiem, daleko mi jeszcze do ideału, ale nie będę Was okłamywać, jak to całkowicie pozbyłam się kompulsów, bo tak nie jest. Cały czas zdarzają mi się „porażki”, które pokazują, że mam jeszcze nad czym pracować. Przegrywam bitwy, ale wojna nadal trwa. Staram się jednak radzić z negatywnymi emocjami w inny sposób. O moich metodach pisałam w artykule „Jak poradzić sobie z negatywnymi emocjami”. Bardzo dużo dała mi również terapia w nurcie poznawczo-behawioralnym, o której pisałam m.in. w artykule „Pokochać siebie” i wiele przeczytanych od tego czasu książek psychologicznych.

Obecnie najbardziej pomaga mi joga.

W wersji domowej najczęściej praktykuję z Małgorzatą Mostowską.

Świetne są także medytacje, które odkryłam na kanale Free Flow Energy. Słucham ich wieczorem przed snem, leżąc już w łóżku.

Wspiera mnie też Ashwagandha. Dotychczas piłam sproszkowany korzeń, ale w ostatnim czasie dzięki uprzejmości Natalii z „Mother’s protect” testuję ekstrakt w płynie i jak na razie jestem pozytywnie zaskoczona. Śpię lepiej.

O Ashwagandzie pisałam już w artykule „Adaptogeny – wsparcie nadnerczy”, ale dla przypomnienia, ashwagandha najlepiej posłuży osobom, które potrzebują wsparcia dwóch właściwości, występujących jednocześnie: optymalnego poziomu energii do działania i spokojnej głowy. Doskonale sprawdzi się u sportowców oraz osób zapracowanych i zestresowanych.

Jeśli chodzi o jej właściwości:

Psychika:

  • wspiera w okresach napięcia psychicznego i nerwowego oraz niepokoju,
  • utrzymuje optymalne samopoczucie zarówno psychiczne, jak i fizyczne,
  • przyczynia się do zachowania równowagi emocjonalnej,
  • optymalizuje fizyczne i umysłowe możliwości w przypadku osłabienia, wyczerpania, zmęczenia i utraty koncentracji,
  • wspiera procesy zapamiętywania.

Stres:

  • ma właściwości adaptogenne,
  • wspiera odporność organizmu na stres,
  • wspomaga zasypianie,
  • wspiera utrzymanie równowagi psychicznej i utrzymanie emocjonalnej stabilności,

Ciało

  • wspomaga pracę serca i układu sercowo-naczyniowego,
  • optymalizuje poziom energii,
  • wspiera wzrost masy mięśniowej,
  • podtrzymuje stan wytrzymałości, poczucia witalności i energii,
  • wspiera układ oddechowy,
  • wspiera właściwe funkcjonowanie żeńskich narządów rozrodczych, jak również funkcjonowanie płciowe mężczyzn,
  • wspomaga ochronę ogólnego stanu zdrowia dzięki działaniu antyoksydacyjnemu.

Więcej o jej właściwościach możecie przeczytać również tutaj.

Ekstrakt stosuję trzy razy dziennie po 15 kropli: rano, po treningu lub w południe oraz wieczorem, przed snem.


Ashwagandhę możecie kupić tutaj. W ofercie „Mother’s protect” znajduje się również „Czarodziej” oraz „Reishi”. Warto przyjrzeć się bliżej tym produktom.

Jestem przekonana, że tydzień wakacji na plaży, na których nie byłam chyba już pięć lat zadziałby nawet silniej niż ten ekstrakt, ale na razie muszę sobie radzić w ten sposób.

W najbliższym czasie planuję również poszerzyć swoją teoretyczną wiedzę o Zespole Kompulsywnego Objadania się. Pani psychodietetyk, z którą miałam w poprzednim semestrze wykłady z dietetyki poleciła mi m.in.:

1. Cooper P. J, Przezwyciężanie bulimii i kompulsyjnego objadania się, Gdynia 2010.

2. Cooper M., Todd G., i Wells A., Bulimia. Program terapii, Warszawa 2004.

3. Fairburn C.G., Jak pokonać objadanie się?, Kraków 2014.

4. Fairburn C.G., Terapia behawioralno-poznawcza i zaburzenia odżywiania, Kraków 2014.

5. Ogden, J., Psychologia odżywiania się, Kraków 2010.

Na razie zaczęłam czytać tę ostatnią pozycję, która wydaje się być najlepszym wstępnem do tematu. Jeśli polecacie jeszcze jakąś inną literaturę, napiszcie do mnie koniecznie!

Będę również wdzięczna wszystkim osobom, które zmagały się w przeszłości lub zmagają się nadal z podobnymi problemami o podzielenie się ze mną swoimi doświadczeniami. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to nie są tematy, o których chcemy pisać publicznie. Liczę więc na Wasze wiadomości mailowe :)

Spokojnego weekendu!

Reklamy

18 thoughts on “Kompulsywne objadanie się

  1. Czytam juz długo twojego bloga, podziwiam za otwartosc, bo ja mialabym problem zeby tak.publicznie o tym pisać. Moja historia jest bardzo podobna do twojej, z tym ze w pewnym momencie nauczylam sie wymiotowac, albo idę na latwizne i po prostu żuje i wypluwam jedzenie (oral expulsion syndrome). Potem i tak złość,.ze nie trzymam sie planu zywieniowego i 3 treningi dziennie z.bolacym brzuchem i ciąża spożywczą a potem znow to samo i tak potrafie przez miesiac bez przerwy. A poczucie ze tracę swoje zycie i czas powoduje ponowny stres i znowu skoro juz i tak wszystko.zawalilam to po co starać sie cos zmienic, przynajmniej sie nazre. Przykre to jest strasznie, mi bardzo pomaga wtedy wyjazd gdzieś z druga osoba, z.ktora jestem cały czas, wspolnie jemy i potem sie to normuje. Moze.to kwestia przyzwyczajenia czy nawyku, ale.dla mnie brak kontroli nad swoim życiem i uczucie marnowania go jest nie do zniesienia.

    • Aniu, czas więc coś z tym zrobić! Najlepiej skonsultować się ze specjalistą, psychologiem lub psychodietetykiem. Nie ma się czego wstydzić, trzeba walczyć o siebie! Trzymam kciuki!

  2. Możemy przyjąć, że kompulsywne objadanie się jest rozpaczliwą obroną organizmu przed głodem. Organizm znajduje się w „zimie” – ciągłym głodzie i strachu – i gdy tylko może, chce się najeść do syta i na zapas. Kompulsywne objadanie się jest naturalną konsekwencją głodzenia się. Rozciąganie żołądka 1 kg warzyw też nie pomaga ….

    Wystarczy przecież jeść świadomie, powoli i do syta i organizm nie będzie miał potrzeby objadania się. Człowiek zawsze jedzący powoli nie da rady się przejeść – zanim się przejje, znudzi mu się jedzenie.

    PS. Owoce są bardzo zdrowe, gdz człowiek musi przytć przed zimą. Owoce przez cały rok to umiarkowanie dobry pomysł.

  3. Super wpis 🙂 też mi się zdarza takie popłynięcie…
    Mam również pytanie czy osoba która potrafi zjeść dużo słodyczy bez towarzyszącego jej „zamulenia” ma problemy z insuliną itp? czy raczej to kwestia psychiczna?

  4. ehhh cały twój blog, twoje problemy psychologiczne i walka z wagą to jakby kopia mojego. Sama jestem kompulsywnym żarłokiem – czasami nie potrafię powiedzieć stop. Kiedyś moim największym problemem były słodycze – 300g milki plus cukierki nie stanowiły żadnego problemu. Aktualnie wogóle nie jem slodyczy bo wiem, że nie znam umiaru, że raz popuszczę i koniec. Tak było jak wróciłam z wakacji, na których za dużo sobie pozwoliłam – więc co zrobiłam? Jeszcze w samolocie myślałam co słodkiego sobie kupię, bo „od jutra” dieta. Więc wpadły 2 batony, które jeszcze zjadłam w tramwaju. Potem szarlotka i baton w domu. A o 21 poleciałam jeszcze do biedry po czekoladki 😦 2 dni póżniej też nie wytrzymałam – szarlotka, 3 czekolady, 5 cukierków, tarta – i to wszystko w ukryciu by nikt nie widział.
    To straszne, ale cieżko mi z tym walczyć. Aktualnie moim największym problemem też są orzechy, ale odczuwam różnice odkąd jestem bardziej świadoma ile mają kalorii 😛 Staram się je sobie dawkowac i od razu ważyć, tymbardziej, że kupuję je jednak na kg paczki. Najgorzej jak wracam głodna, lub jestem bardzo zestresowana czy jem przy komputerze – wtedy mogę popłynąć…
    Pomaga mi też większa ilość tłuszczu i białka w daniach – jak zjem słabe śniadanie to będę podjadać cały dzień.
    Trafiłam kiedys na bloga wilczogłodna i b. polecam – widzę teraz, że te napady pojawały mi się jak nie dojadałam, bo potrafilam nieświadomie jesc po 1200 kcal przy np.5 treningach. Odkąd trzymam kalorykę 1800-1900 jest duuuużo lepiej.
    Ściskam gorąco 🙂
    Panna z ED, zaburzeniami miesiączkowania, po jojo i z ogromnymi kompleksami.

      • faktycznie, nie zauważyłam ;) do psychologa nie chodzę, na razie sama z tym walczę, ale jest dużo lepiej. Niestety często mam problem z rozróżnieniem czy jestem głodna czy znudzona bo coś by się zjadło. Czasami mam lekkie bóle głowy i osłabienie i nie wiem czy to brak głodu czy co – np po śniadaniach BT długo nie czuję burczenia w brzuchu ale coś by się dojadło – i za chiny się nie rozumiem :(

  5. Asia, dziękuję Ci bardzo za ten wpis i za to że jesteś prawdziwa. Nie obawiaj się, to się zawsze obroni. Jestem Ci bardzo wdzięczna za wszystko co dla mnie zrobiłaś. Agnieszka (Twoja podopieczna)

  6. Asiu wierzę, że wygrasz tę wojnę! Trzymam za Ciebie kciuki! Jesteś przesympatyczną osobą, dzięki której wiele osób zmienia się na lepsze 🙂 🙂
    Pozdrawiam,
    Sandra

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s