Drugi rok studiów

Mija tydzień od ostatniego egzaminu na studiach z dietetyki pediatrycznej. Śmieję się, że mój rok naprawdopodobniej jako ostatni studenci w Polsce skończył sesję. Niektórzy już w połowie czerwca mieli wakacje, większość do końca ubiegłego miesiąca mogła już odetchnąć z ulgą i rzucić książki w kąt, a dietetycy ze Śląskiej Wyższej Szkoły Medycznej w Katowicach jeszcze nie napisali nawet pierwszego egzaminu. Nie narzekam jednak, bo dzięki temu, że wszystko było w miarę rozłożone w czasie mogłam bez problemu połączyć uczelnię z pracą. Jedynie przez ostatnie dwa tygodnie, przed samymi egzaminami skupiłam się głównie na nauce (i leczeniu kolana rozbitego na rowerze :D).

Nie ukrywam jednak, że po otrzymaniu ostatniego wyniku z egzaminu, kiedy cały stres ze mnie zszedł, poczułam ogromne zmęczenie i przez ostatni tydzień musiałam się chociaż trochę zregenerować. Dostałam w tym czasie jednak sporo pytań o studia, więc mimo, iż mówiłam na Insta Stories, że w pierwszej kolejności napiszę o zmianach w swojej diecie, treningu, suplementacji, postanowiłam najpierw opisać swoje odczucia związane z czwartym semestrem studiów. Zresztą po każdym z poprzednich robiłam tutaj takie małe podsumowanie, więc zachęcam wszystkich, którzy zastanawiają się nad rekrutacją na dietetykę w Śląskiej Wyższej Szkole Medycznej w Katowicach do lektury artykułu o 1. semestrze (tutaj), podsumowania całego 1. roku studiów (tutaj) oraz opisu 3. semestru (tutaj). Jedynie zaznaczam, że program studiów uległ zmianie, więc nie sugerujcie się :)

Trzeci, zimowy semestr studiów był… beznadziejny. Nudne przedmioty, bardzo dużo materiału, który moim zdaniem w żaden sposób nie przyda mi się w codzienniej pracy, nagromadzenie kolokwiów i egzaminów w końcówce semestru i w sumie 48 dni nauki dzień w dzień. To było straszne. Jak wspominałam w lutym, średnio co zjazd chciałam rzucić studia :D Oczywiście, nie zrobiłabym tego, ale miałam szczerze dość i byłam mocno zniechęcona. Letni semestr wynagrodził mi więc chyba całe trudy poprzedniego. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że był to jak dotąd zdecydowanie najciekawszy semestr i żałuję nawet trochę, że już się skończył.

Jeśli chodzi o przedmiot, z którego się najwięcej nauczyłam, to na pewno była to dietetyka… pediatryczna! Co tu dużo mówić, nie mam dzieci i moje doświadczenie w ich żywieniu jest niewielkie. Na pewno nie będzie to więc moja specjalizacja, sama rzadko szukam informacji w tym zakresie, więc cieszę się, że studia poniekąd zmusiły mnie do zainteresowania się tematem. Tym bardziej, że wiele moich podopiecznych albo jest w ciąży albo niedawno urodziły. Zastanawiam się jedynie, dlaczego w planie tak mało godzin przeznaczono na ćwiczenia z tego przedmiotu, przez co praktycznie na każdych zajęciach pisaliśmy kolokwium z materiału, który sami musieliśmy przerobić w domu. Dodatkowo na zaliczenie musieliśmy przygotować 7-dniową dietę. Ja akurat wylosowałam 3-latka na diecie laktoowowegetariańskiej. Na początku nie byłam zadowolona, bo totalnie nie mam pojęcia, co jedzą dzieci w tym wieku (w sensie konsystencji, ilości itd.), na szczęście z pomocą przyszły podopieczne, które podzieliły się ze mną doświadczeniami i wysyłały mi nawet zdjęcia posiłków swoich dzieci. Znajoma załatwiła mi również jadłospisy ze żłobka, dzięki czemu mniej więcej dowiedziałam się, co zaproponować mojemu 3-latkowi poza dużą ilością ruchu (był bowiem na 90. centylu, a więc miał nadwagę). Dietę zaliczyłam na piątkę, więc dziękuję jeszcze raz wszystkim za pomoc :)

Dietetyki pediatrycznej uczyłam się głównie z książki „Żywienie i leczenie żywieniowe dzieci i młodzieży” Hanny Szajewskiej i Andrea Horvath, którą można kupić tutaj. Bardzo dobry, aktualny podręcznik! Dodatkowo podczytywałam Hafiję (zobacz tutaj), Małgorzatę Jackowską (zobacz tutaj) i dziewczyny z Dietetyki Pediatrycznej (zobacz tutaj), absolwentki mojej uczelni.

Wykładów na szczęście mieliśmy więcej. Przedmiot kończył się bowiem egzaminem. Pisaliśmy go jako ostatni, kiedy byłam już bardzo, ale to bardzo zmęczona i całe szczęście, że tematyka była dla mnie ciekawa, bo inaczej ciężko byłoby mi się zmusić do nauki. Sam egzamin był trudny, nie znoszę bowiem testów z serii „prawidłowa jest odpowiedź a, prawidłowa jest odpowiedź a i b, nie ma prawidłowej odpowiedzi” (na historii większość egzaminów była ustna). Po wyjściu z sali byłam bardzo niepewna swoich odpowiedzi i modliłam się o to, żeby tylko zdać. Nie, nie sprawdzam nigdy odpowiedzi, żeby się nie stresować, robię to zawsze dopiero po wpisaniu oceny do wirtualnego indeksu. Musicie mi wierzyć na słowo, ale moja radość z piątki była ogromna :D Szkoda, że ten przedmiot nie trwał rok, ale pozostaje mi się cieszyć, że w przyszłym semestrze będziemy mieć „Żywienie kobiet ciężarnych i karmiących”, bo teraz tylko trochę liznęliśmy tematu, a niewątpliwie akurat w mojej praktyce te zagadnienia są mi najbardziej przydatne.

Jak wspominałam, raczej nie planuję zajmować się dietetyką pediatryczną i odsyłam wszystkie zapytania do mojej znajomej dietetyczki, ale niewątpliwie jest to bardzo przyszłościowa i rozwojowa dziedzina. Jest sporo konferencji i szkoleń poświęconych karmieniu piersią, żywieniu dzieci zdrowych i chorych, prowadzi się wiele badań. Inna sprawa jest taka, że niestety odsetek dzieci z nadwagą i otyłością w Polsce ciągle rośnie, dlatego życzyłabym sobie, aby rodzice zrozumieli w końcu powagę problemu i korzystali z usług dietetyka, a jadłospisy w żłobkach, przedszkolach i szkołach były konsultowane przez fachowych dietetyków, bo trochę się przeraziłam widząc niektóre propozycje.

Bardzo jestem zadowolona również z zajęć z genetyki. Wykładowca miał już z nami wcześniej fizjologię w 1. semetrze, więc wiedziałam, że jest bardzo wymagający. Sami też na początku wybraliśmy opcję pisania kolokwiów z materiału z poprzednich ćwiczeń i wykładu na każdych zajęciach zamiast jednego dużego kolokwium z wszystkiego na koniec. Mimo, że faktycznie trzeba uczyć się systematycznie, jest to zdecydowanie lepsze rozwiązanie. Bądźmy szczerzy, kiedy pisze się kolokwium tylko na ostatnich zajęciach, trudno się zmusić do nauki na bieżąco i raczej zostawia wszystko na ostatni moment.

Co do samej tematyki, w końcu zrozumiałam o co chodzi w mitozie i mejozie, bo w liceum nigdy specjalnie nie przykładałam się do zajęć z biologii, skoro nie pisałam matury z tego przedmiotu :D Nauczyłam się też rozwiązywać krzyżówki genetyczne, zrozumiałam zasady dziedziczenia, usystematyzowałam wiedzę z zakresu mutacji genetycznych, z którymi wcześniej miałam styczność chociażby drążąc temat zaburzeń metylacji. Na wykładach rozmawialiśmy również o żywności modyfikowanej genetycznie, a także wykorzystaniu genetyki w medycynie. Zdecydowanie najciekawsze i najbardziej przydatne okazały się natomiast zajęcia z chorób genetycznych. Każdy z grupy miał za zadanie przygotować na zaliczenie prezentację o jednej, przydzielonej chorobie genetycznej i omówić przyczyny, objawy, leczenie oraz zalecenia dietetyczne (o ile takowe były w danym przypadku). Ponadto część najrzadziej spotykanych chorób omawialiśmy na wykładzie.

Ja przygotowywałam prezentację o Zespole Angelmana, nieustannie uśmiechniętych dzieciach „marionetkach”. To było dla mnie cenne doświadczenie. Lektura blogów polskich czy amerykańskich rodzin dzieci z tą mutację zmusiła mnie do naprawdę głębokiej refleksji.

Nauka do kolokwium nie była łatwa. Praktycznie 30 chorób do zapamiętania. Co ciekawe, ta wiedza szybko mi się przydała, kiedy trafił do mnie podopieczny z Zespołem Klinefeltera. Gdyby nie ten przedmiot, na pierwszym spotkaniu na pewno nie wiedziałabym, co to za choroba. A tak od razu wiedziałam o co zapytać i na co zwrócić uwagę! To kolejny argument za tym, że szkolenia szkoleniami, ale wiedza ze studiów to absolutna podstawa!

Równie ciekawe były zajęcia z parazytologii. Głównie podstawy, cykle życiowe pasożytów, profilaktyka zakażeń, bez diagnostyki i leczenia żywieniowego, ale to będziemy omawiać dopiero w przyszłości. Można więc powiedzieć, że była to powtórka z biologii z liceum, ale dla mnie osobiście bardzo przydatna! Ćwiczenia miały charakter seminarium, więc na zaliczenie przedmiotu musieliśmy m.in. przygotować prezentację o jednym z wylosowanych pasożytów. Na koniec pisaliśmy test. Dodatkowo musieliśmy zaliczyć także wykłady, pisząc na ostatnim kolokwium, tym razem sładające się tylko z pytań otwartych.

Ja omawiałam motylicę wątrobową. Tutaj akurat zdjęcie motylicy spod mikroskopu. Na jednych zajęciach oglądaliśmy bowiem różne najpopularniejsze pasożyty.

Najwięcej zajęć mieliśmy natomiast z… edukacji żywieniowej. Totalnie nie było to dla zrozumiałe, bo wolałabym mieć tyle godzin z dietetyki pediatrycznej. Przyznam szczerze, że po jednym wykładzie odpuściłam kolejne. Jeśli chodzi o ćwiczenia, to cieszy mnie jedynie fakt, że w końcu zostałam zmuszona do publicznego wystąpienia i przemogłam swój strach :D Na zaliczenie seminarium (z przedmiotu były też „zwykłe” ćwiczenia zakończone kolokwium) musieliśmy bowiem napisać program edukacyjny i wykładowca powiedział, że dobrze by było, gdyby udało nam się go przeprowadzić. Stwierdziłam, że teraz albo nigdy i zaproponowałam menagerowi klubu Smart Gym w Rudzie Śląskiej, gdzie trenuję, czy mogłabym przeprowadzić warsztaty dietetyczne. Już kilka razy proponowano mi różne wystąpienia, w tym na konferencjach, jednak zawsze miałam ogromne obawy, że sobie nie poradzę, że zapomnę o czym mam mówić, że nie będę znała odpowiedzi na pytania uczestników i przez to odmawiałam. Tym bardziej, że często uczestniczę w szkoleniach Tadka Sowińskiego, który jest tak fantastycznym mówcą, że nie dorastam mu do pięt. Racja, pracowałam w klubowej telewizji Górnika, czy jako rzecznik prowadziłam konferencje prasowe, jednak to nie to samo. Stwierdziłam więc, że to zadanie jest najlepszą okazją, aby w końcu się przemóc. Jeśli chodzi o tematykę warsztatów, zaproponowałam kilka tematów i zorganizowałam głosowanie na profilu klubu. Wybór padł na „Jak prawidłowo skomponować posiłek?”, a więc na zagadnienie, o którym pisałam już na blogu (zobacz tutaj).

Smart Gym przygotował mi piękną grafikę reklamową. Niestety, mogłam przeprowadzić te warsztaty tylko 26 maja, a więc w „Dniu Matki” i to był bardzo niefortunny termin. Na pewno planując kolejne warsztaty będę dobierała termin pod uczestników, a nie pod siebie. Teraz nie miałam innego wyjścia.

W warsztatach, ze względu na termin wzięło udział tylko pięciu uczestników, ale w sumie to i dobrze, bo atmosfera była kameralna, przez co i mój stres dużo mniejszy. Poza tym nie liczy się ilość, ale „jakość”, ale grupa okazała się zaanagażowała i mam nadzieję, że ich pozytywne opinie w ankiecie ewaluacyjnej były szczere. Ciśnienie skoczyło mi w sumie tylko raz, kiedy to zobaczyłam, że obraz z projektora jest bardzo słabo widoczny na szarej ścianie, ale na szczęście udało mi się wspólnie z pracownikiem klubu tak ustawić wszystko, że prezentacja była w miarę widoczna.

Jeszcze raz bardzo dziękuję uczestnikom. Coraz częściej dostaję pytania, kiedy kolejne warsztaty, więc muszę coś pomyśleć. Jak już to chyba dopiero we wrześniu, jak wszyscy wrócą z urlopów. A na razie poćwiczę mówienie na InstaStory, do czego też powoli się przekonuję :D

Dziękuję też Śląskim Laboratoriom Diagnostycznym, z którymi współpracuję za udostępnienie materiałów (teczek, długopisów, zniżek na badania) dla uczestników warsztatów.

Bardzo dużo godzin mieliśmy także z „Technologii żywności i potraw oraz towaroznawstwa”, w tym ćwiczenia, ćwiczenia seminaryjne na kuchni oraz wykłady. Zdecydowanie najfajniejsze były zajęcia na kuchni, gdzie po części teoretycznej mieliśmy również zajęcia praktyczne. podzieleni na trzy grupy smażyliśmy między innymi kotlety w piersi z kurczaka z warzywami, robiliśmy domowy makaron szpinakowy czy majonez, piekliśmy tartę z owocami i chałki drożdżowe. Naprawdę szkoda, że planie były tylko trzy spotkania.

Moje kuchareczki!

Żeby nie było tak pięknie, to na seminariach pisaliśmy również dwa gigantyczne kolokwia z pytaniami otwartymi (chyba najdłużej pisane kolokwia ever, aż mnie ręka bolała z pisania :D), z ćwiczeń również dwa z dość dużego zakresu materiału, ale głównie testowe oraz dodatkowo musieliśmy przygotować na zaliczenie recepturę technologiczną wybranej zupy, jadłospis na jeden dzień, proces technologiczny wybranej potrawy i wykonać także zadanie z planowania jadłospisów dla placówki wychowawczej. Przedmiot kończył się egzaminem. Równie trudnym i szczegółowym. Na szczęście całą wiedzę z tego przedmiotu mogę wykorzystać na co dzień, więc nie żałuję ani minuty spędzonej na nauce. Po tych zajęciach wiem w końcu, jak ugotować marchewkę, aby stracić jak najmniej karotenu, jak właściwie odmrażać mięso (skończyło się rozmrażanie na szybko na kaloryferze :D), czy co dokładnie oznaczają pieczątki na jajkach. Pewnie, czy to od mamy czy z przepisów miałam jakąś tam wiedzę w tym zakresie, jednak teraz jest ona zgodna z technologią. Ok, jedynie nie będę gotować w strączków w wodzie, w której się je moczyło, a jednak ją wylewać i gotować w nowej :D

Glutenu nie jem, to przynajmniej się nim pobawiłam na zajęciach :D

Ostatnim przedmiotem, który miałam jeszcze na czwartym semestrze był język angielski. W sumie ćwiczenia bez historii, kolokwium ze słówek i końcowe plus zadanie z podręcznika, opis zasad wybranej diety po angielsku i tłumaczenie tekstu o zaburzeniach odżywiania z angielskiego na polski na zaliczenie. To był ostatni semestr angielskiego i niestety podobnie, jak na studiach historycznych, tak i teraz nie nauczyłam się zbyt wiele. Muszę kiedyś w końcu spiąć pośladki i zapisać się na jakiś kurs. Mam w domu sporo podręczników, planowałam kiedyś robić codzienie zadania, ale zazwyczaj mój zapał kończył się po kilku dniach. Inna sprawa, że nie mam ogólnie problemów z czytaniem, np. artykułów, badań, ale z mówieniem owszem i musiałabym iść na kurs, który zmusi mnie do mówienia, mówienia i mówienia.

To tyle, jeśli chodzi o program czwartego semestru. Przedmiotów w sumie niewiele, jednak godzin lekcyjnych dość dużo. Zdarzały się więc takie weekendy:

W piątek zajęcia od 16:00 do 21:00, w domu byłam o 22:30, w sobotę zaczynaliśmy o 8:00, więc musiałam o 6:30 wyjść z domu, by znów wrócić o 22:30. W niedzielę powtórka z rozrywki. Po takim weekendzie w poniedziałek czułam się koszmarnie. Szczerze podziwiam osoby, które pracują na etacie i w po takim weekendzie w poniedziałek o 8:00 stawiają się w pracy, nie mówiąc o tym, że mają rodziny i dzieci. Na szczęście większość zjazdów była trochę luźniejsza.

Jak już wspominałam, w porównaniu do ubiegłego semestru, kiedy to przez trzy miesiące praktycznie nic nie robiłam, a w styczniu i lutym nastąpiła kumulacja kolokwiów i egzaminów i musiałam wziąć dłuższą przerwę w pracy, żeby przez 48 dni siedzieć dzień w dzień w książkach, tym razem wszystkie zaliczenia, prezentacje, kolokwia rozłożyły się w czasie. Pewnie, musiałam od pierwszego zjazdu poświęcać kilka godzin dziennie na naukę, jednak taki tryb pracy dużo bardziej mi odpowiada. Inna sprawa, że może w tym semestrze wszystkie przedmioty mnie interesowały i nie byłam tak negatywnie nastawiona do wszystkiego, jak w ubiegłym. Czekałam już na zjazdy i cieszyłam się, że idę na zajęcia.

Z takim widokiem z 18. piętra na Katowice pisałam ostatnie kolokwium z genetyki :) Zdjęcie bez filtra!

Inna sprawa, że w tym semestrze na zajęciach panowała naprawdę fajna atmosfera. Współpraca, czy to w grupie, czy z innymi grupami, jeśli chodzi o wymianę informacji, materiałów i notatek stała na najwyższym poziomie. Większość zajęć mieliśmy z dobrze nam znanymi i lubianymi wykładowcami.

Moja grupa po ostatnich zajęciach z genetyki :)

Wszystko to złożyło się na końcowy sukces! Sama w to nie wierzę, ale skończyłam semestr ze średnią… 5,0. Jak już pisałam na Instagramie, nie uczę się dla ocen, ale jestem z siebie naprawdę dumna.

Brakuje mi zaliczenia z wykładu z genetyki, ale to czysta formalność.

W poprzednich semestrach zawsze miałam wysoką średnią, ale teraz przeszłam samą siebie. Powtórzyłam też sukces z pierwszego semestru studiów historycznych. W kolejnym była już historia średniowiecza, której szczerze nie znoszę, więc nie było już tak dobrze :D Ale stypendium zawsze miałam, przez co teraz muszę się niestety obejść smakiem. Szkoda, bo dużo by mi to ułatwiło i przybliżyło do wyprowadzki, ale będąc już magistrem nie mogę otrzymać stypendium :(

Za studia płacę teraz 428zł za miesiąc (wybrałam opcję płatności w 12 ratach), ale z tego co widzę do końca lipca trwa fajna promocja do nowych studentów.

Zniżki są naprawdę duże. Do tego wpisowe 0zł. Więcej informacji znajdziecie tutaj. Co więcej, jeśli dzięki mnie zdecydujecie się podjąć studia i ukończycie co najmniej jeden semestr, mogę być zwolniona z płatności jednej raty. Jeśli więc planujecie studiować na mojej uczelni, będzie mi bardzo miło jeśli wpiszecie moje imię i nazwisko w oświadczeniu (więcej informacji tutaj). Ta akcja trwa akurat do 30 września, więc czasu jest więcej.

Jeśli właśnie zastanawiacie się, czy Śląska Wyższa Szkoła Medyczna to dobry wybór i macie jakiekolwiek pytania, piszcie śmiało w komentarzach. Postaram się odpowiedzieć na wszystkie pytania i rozwiać Wasze wątpliwości. A sama na razie uciekam na praktyki. Jak widzieliście w screenie z wirtualnego indeksu po czwartym semestrze muszę zrealizować 140 godzin (na szczęście lekcyjnych) praktyk z poradni dietetycznej, diabetologicznej, gastrologicznej, endokrynologicznej lub chorób metabolicznych. W sumie mogłabym być zwolniona z racji działalności, jednak stwierdziłam, że chcę się czegoś nowego nauczyć. Tym bardziej, że mam czas, sama ustawiam sobie grafik i nie muszę, jak niektórzy brać specjalnie urlopu w pracy, żeby zrealizować praktyki (gdybym pracowała na etacie to przyznam, że byłabym bardzo sfrustrowana, ilość godzin praktyk jest totalnie niedostosowana do studentów zaocznych). W pewnej chwili myślałam już jednak, że machnę ręką na moje szczere chęci, bo ze względu na RODO w żadnej poradni endokrynologicznej nie chcieli mnie przyjąć. Ostatecznie dzięki znajomemu z czasów harcerstwa udało mi się dostać na praktyki do poradni chorób metabolicznych i dietetycznej 10 minut od mojego domu. Przez sesją byłam już kilka razy, teraz chodzę częściej, dwa/trzy razy w tygodniu na kilka godzin.

Praktyki realizuję w Rudzkim Centrum Medycznym „SzpakMed„.

Zależało mi głównie na tym, aby poznać specyfikę pracy z pacjentem w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia, kiedy to w poradni chorób metabolicznych na pacjenta przeznacza się 15 minut, a w dietetycznej – 30 minut. U mnie wywiad dietetyczny trwa przecież czasem i półtorej godziny. W poradni chorób metabolicznych wizyty sprowadzają się do analizy wyników badań i dziennika żywieniowego. Nie ma mowy o układaniu indywidualnych diet. Jedynie edukuje się pacjenta i zachęca do rezygnacji czy zmniejszenia ilości słodyczy, cukru, tłuszczów trans, wprowadzenia większej ilości warzyw, produktów zbożowych i aktywności fizycznej. Pacjenci zdarzają się różni. Jedni przez trzy miesiące tracą kilkanaście kilogramów, bo wzięli sobie do serca wszystkie rady związane ze zdrowym odżywianiem i aktywnością fizyczną, inni przychodzą i proszą o receptą na Mysimbę (lek wspomagający odchudzanie), bo wolą płacić za niego kilkaset złotych na miesiąc, tłumacząc się brakiem czasu na zdrowe odżywianie i ruch. Mam strasznie mieszane uczucia co do przepisywania tego leku takim osobom. Pani doktor wykazuje więcej zrozumienia :D

Jeśli chodzi o poradnię dietetyczną, okazało się, że pani dietetyk pracuje w szpitalu miejskim i zna mojego ojca. Śmiała się, że jak praktycznie żaden pacjent nie prosi o konsultację dietetyczną, to mojego ojca pamięta doskonale, bo gdy leżał na gastroenterologii męczył ją kilkukrotnie (sama mu kazałam, skoro mnie nie słucha). Byłam bardzo zaskoczona fachowymi materiałami, które przyniósł ze szpitala, więc cieszę się, że trafiłam właśnie na nią. Przy okazji dowiedziałam się, dlaczego w ubiegłym roku szpital odmówił mi przyjęcia na praktyki :D Szkoda, że pani dietetyk przyjmuje tylko co dwa tygodnie, bo chętnie dzieli się ze mną swoimi doświadczeniami z wieloletniej pracy w szpitalu, przedszkolu i poradni i muszę przyznać, że chciałabym w przyszłości w ramach dodatkowej pracy pracować, jak ona w przychodni w ramach NFZ. Stawki są koszmarne, więc nie można tego traktować jako podstawowe źródło dochodu, ale widzę się w tej roli i myślę, że może to być naprawdę satysfakcjonująca praca. Na razie muszę jednak skończyć studia, a zostały mi jeszcze trzy semestry.

Już teraz wiem jednak, że na pewno nie pójdę na magisterkę, a na studia podyplowe z psychodietetyki na SWPS. Tutaj możecie znaleźć program, a tutaj informację o dofinansowaniach. Gdybym miała pewność, że zjazdy nie będą się pokrywać, to chętnie poszłabym już teraz, ale obawiam się, że nie dałabym rady. Mam jednak nadzieję, że za rok też będzie można skorzystać z dotacji!

To tyle, lecę na trening, a potem na praktyki! Jeśli macie jakieś pytania co do studiów, piszcie śmiało! Jeśli będzie ich dużo, może w tym tygodniu zrobię jakiś live na Instagramie, także zachęcam do śledzenia mojego profilu.

3 thoughts on “Drugi rok studiów

  1. Pingback: Badania w Śląskich Laboratoriach Analitycznych | Joanna Haśnik

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s