Elastyczne podejście do diety

No cóż, kucharzem nigdy nie zostanę. Przebywanie w kuchni dłużej niż kwadrans wywołuje u mnie frustrację. Stawiam na szybkość (parowar!), prostotę i sprawdzone produkty, po których nie odczuwam żadnych dolegliwości ze strony układu pokarmowego. Podziwiam dietetyków, którzy wydają książki, e-book’i z przepisami, publikują na Instagramie zdjęcia potraw, które bez problemu mogłyby zostać opublikowane w jakimś czasopiśmie kulinarnym, czy książce kucharskiej. Ja w ogóle nie mam do ani talentu, ani cierpliwości, ani chęci. Tak, parę lat temu trochę kombinowałam w kuchni z ciastami, czy tartami i z tego okresu pochodzą przepisy opublikowane na blogu w zakładce „Odżywianie”, ale ostatnio szczytem moich kulinarnych możliwości jest ugotowanie gulaszu wegetariańskiego, który jem poźniej przez trzy dni.

Uwielbiam za to jeść w restauracjach. Kto śledzi moje profile społecznościowe, wie, że kocham jedzenie w barze wegetariańskim „Złoty Osioł” w Katowicach i jestem tam minimum raz w tygodniu. Próbuję również nowych smaków w innych restauracjach, choć nie ukrywam, że najczęściej wszystkie drogi prowadzą do „Osła”. Gdyby nie ograniczenia finansowe i zdrowotne (bez glutenu, bez nabiału, ewentualnie żółte sery), mogłabym codziennie testować nowe miejsca i prowadzić taki profil, jak „Silesia smakuje”. Niekoniecznie wegetariańskie, czy wegańskie, bo na śniadanie jem jajka, a po treningu naprzemiennie w jeden dzień mięso (indyk, wołowina) lub rybę (miruna, łosoś), ale pozostałe dwa są roślinne. Czasem się śmieję, że gdy potwierdzona zostanie u mnie endometrioza, to będę miała argument do przejścia na wegetarianizm. Na razie stawiam jednak na równowagę.


Mój ostatni hit, czyli naleśniki soczewicowe z pastą z białej fasoli i grillowanymi warzywami oraz pesto z jarmużu i suszonych pomidorów. 

Pytacie mnie często, jakim cudem jem w restauracjach i nie tyję. Dzisiaj chciałam Wam więc opowiedzieć o moich sprawdzonych metodach. Myślę, że moje wskazówki przydadzą się wszystkim osobom, które chcą zjeść na mieście pizzę w weekend, wypić parę drinków na imprezie, spróbować wszystkich potraw na rodzinnym spotkaniu i jednocześnie nie przekroczyć swojego zapotrzebowania kalorycznego.

Weekend się nie liczy?

Ale jak to? To cheat meal w sobotę czy cheat day przez całą niedzielę nie wpłynie korzystnie na nasz metabolizm? Nie podniesie poziomu leptyny, nie poprawi konwersji hormonów tarczycy, nie obniży poziomu kortyzolu? Odsyłam Was do artykułu Tadeusza Sowińskiego „Posiłki oszukane – brutalna prawda”.

Ja chciałam przedstawić Wam przykładowe wyliczenia, które prezentowałam na moim ostatnim wykładzie na siłowni Smart Gym w Rudzie Śląskiej pt. „Dlaczego nie mogę schudnąć?”.

Przykładowo:

Wasze zapotrzebowanie kaloryczne na utrzymanie wagi wynosi 2000kcal.

2000kcal x 7 dni = 14000kcal

Wasze zapotrzebowanie kaloryczne na redukcji wynosi 1800kcal.

1800kcal x 7 dni = 12600kcal

Tym samym tygodniowo nie powinniście przekroczyć 12600kcal.

Przez 6 dni w tygodni jecie zgodnie z zapotrzebowaniem na redukcji.

1800kcal x 6 dni = 10800kcal

W sobotę jecie 3 posiłki zgodnie z planem.

3 x 450kcal = 1350kcal

Prze imprezą idziecie na pizzę, do tego wypijecie 2 piwa i pochrupiecie jakieś orzeszki, bo przy piwie włącza się „gastrofaza”. W drodze powrotnej do domu wstępujecie na kebaba.

pizza hawajska: 768kcal + 2 piwa: 510kcal + orzeszki: 600kcal + kebab: 742kcal = 2620kcal,
w sumie  – 3970 kcal

Tym samym w ciągu całego tygodnia zjedliście:

10800kcal + 3970kcal = 14770kcal

I co z deficytem? Niestety, jednego dnia nadrobiliście cały deficyt kaloryczny i to jeszcze z nawiązką. Ok, mogliście to wytańczyć na imprezie, ale co jeśli całą noc przegaliście ze znajomymi? Z ujemnego bilansu zrobił się dodatni.


Fot: Marek Fischer „FitMaker”

True story. Co więc zrobić, aby nie zamykać się w weekend w domu, ani nie zabierać pudełeczek z kurczakiem i ryżem na rodzinną imprezę i zachować ujemny bilans kaloryczny? Pokażę Wam moje metody.

Fitatu

Najważniejsze kwestia to oczywiście zapotrzebowanie kaloryczne. Jak je obliczyć, pisałam tutaj. Moje obecne to ok. 2000kcal. Tak, pisałam ostatnio na profilach społecznościowych o obniżeniu ze względu na mniejszą aktywność fizyczną, ale pogoda na razie mi sprzyja, robię dziennie te 8-10 tys. kroków, dołożyłam czwarty trening w tygodniu, więc na razie nic nie zmieniam.


Dla kaszy gryczanej po prowansalsku ze „Złotego Osła” lepiej zrobić dodatkowy trening.

Moim celem jest utrzymanie obecnej wagi. Mam niestety predyspozycje do kompulsywnego objadania się (pisałam o tym tutaj) i muszę się pilnować. Mimo, że znam gramatury produktów, potrafię bez problemu odkroić dokładnie 50g sera feta czy 100 ciecierzycy konserwowej do sałatki (serio!), to ważę wszystko, co jem i wpisuję do kalkulatora kalorii „Fitatu”, który prowadzę systematycznie już od ponad 3 lat. O tym, jak go używać, pisałam w artykule „Czy wiesz, ile jesz?”.

Nie, w żadnym wypadku nie używam tego, za przesadę, czy też nie świadczy to o moich złych relacjach z jedzeniem, czy zaburzeniach odżywiania. Dzień wcześniej planuję sobie posiłki w aplikacji, dzięki temu nie dopuszczam do sytuacji, że nie wiem, co mam zjeść i sięgam po to, co mam pod ręką. Oczywiście, zdarza się, że potem dokonuję jakiś niewielkich korekt. Na zakupach sięgam tylko po produkty, które wpisałam do posiłków. Nie wydaję więc niepotrzebnie pieniędzy chyba, że sklepach pojawia się jakiś godny polecenia produkt, który chciałabym wypróbować. Obsługiwanie programu zabiera mi dosłownie kilka minut dziennie. Aplikacja jest bardzo funkcjonalna, podpowiada mi produkty, które najczęściej używam po wpisaniu pierwszych liter. Jej obsługa nie jest dla mnie żadnym problemem.


Większość potraw ze „Złotego Osła” mam zapisanych już w aplikacji, zmieniam jedynie gramaturę sałatek, w zależności co jest do wyboru w barze.

„Fitatu” polecam wszystkim swoim podopiecznym. Nic tak nie uzmysławia im, ile tak naprawdę jedzą, jak ten program. Oczywiście, o ile są szczerzy ze sobą i nie pomijają żadnego Latte z Costy, czy ziemniaków, które dziecko zostawiło na talerzu i szkoda było wyrzucić, choć można włożyć do lodówki i odgrzać następnego dnia lub wykorzystać do zapiekanki. Przytoczę Wam sytuację z minionej niedzieli. Mam trening personalny z klientką na siłowni, w przerwie między seriami pytam ją, co jadła na śniadanie, wpisuję składniki do kalkulatora i co się okazuje? 600kcal, a jej zapotrzebowanie wynosi 1600kcal. No cóż, nie trzeba wcale opychać się słodyczami, których nie lubi, aby waga nie spadała. Warto więc mieć to na uwadze, bo wiele osób nie potrafi oszacować, ile kalorii mają poszczególne produkty i ile faktycznie spożywa.


5 falafeli (kotleciki z ciecierzycy), Baba Ghanoush (pasta z grillowanego bakłażana i tahini) z surowymi warzywami, oliwkami i w wersji bezglutenowej ryżem Basmati we wrocławskiej Ahimsie. Muszę tam wrócić. Absolutnie moje smaki. 15 listopada mam wizytę kontrolną u lekarza, to może wtedy.

Wiele osób mówi mi, że niewiele je. Tylko, gdy policzę wszystkie przekąski w diecie, to wychodzi, że jedzą dwa razy więcej, aniżeli powinni. Zobaczcie, ile mają kalorii najpopularniejsze grzeszki:

  • Caffe Latte Starbucks z mlekiem 3,2% 356ml – 291kcal
  • Coca Cola 1l – 420kcal
  • Oshee Vitamin Energy Formula 1l – 450kcal
  • Orzechy nerkowca 200g – 1198kcal
  • Snickers 50g – 242kcal
  • Kabanosy drobiowe 5 sztuk – 380kcal
  • McFlurry Lion 158g – 273kcal
  • Sernik wiedeński 150g – 512kcal
  • Piwo jasne 0,5l – 255kcal

Zdrowe też nie znaczy niskokaloryczne. Fit batony mają podobną kaloryczność, jak Snickers, czy Mars. Czekolada gorzka, jak mleczna. Nutella, jak masło orzechowe domowej roboty. Ba, żelki są mniej kaloryczne, aniżeli orzechy. Owszem, warto wybierać zdrowsze opcje, ale sprawdzając przy tym kaloryczność.


Kotlety z ciecierzycy i kaszy jaglanej z sosem pomidorowo-różanym. Próbowałam odtworzyć w domu, ale wolę z „Osła”.

Zainstalujcie sobie „Fitatu”, jeśli jeszcze nie używacie i sprawdźcie, ile jecie. Myślę, że otworzą się Wam oczy.

Bilans tygodniowy

Tak, jak już Wam mówiłam, moje dzienne zapotrzebowanie kalorii na ten moment to 2000kcal. Jeśli zdarzy się zjeść więcej, nie wyrywam sobie włósów z głowy. Najważniejszy jest bowiem dla mnie bilans tygodnia, czyli to, aby w sumie od poniedziałku do piątku nie przekroczyć 14000kcal. Takie podejście wydaje mi się najbardziej optymalne.


Kofty warzywno-grzybowe w sosie pomidorowym na mleku kokosowym z ryżem, komosą i soczewicą w Tel Aviv Urban Food. Bardzo bym chciała, żeby otwarli się na Śląsku. 

Możliwości rozłożenia kalorii są różne. Testowałam takie opcje:

  • codziennie jadłam równo 2000kcal. To się u mnie jednak nie sprawdza, bo często na siłę musiałam wpychać w siebie jedzenie.
  • w dni treningowe jadłam np. 2200kcal (3 x 2200kcal = 6600kcal), a w nietreningowe ok. 1850kcal (4 x 1850kcal = 7400kcal). Takie system się jednak u mnie również nie sprawdza, bo w dni treningowe praktycznie nie chce mi się jeść, natomiast ssanie włącza mi się w dni wolne od treningu.

To generalnie kwestia indywidualna. Ja opowiem Wam o moich metodach, które sprawdziłam na sobie i dzięki którym zachowuję wagę mimo niejednej uczty w tygodniu.


Mini uczta w krakowskiej Chimerze. Tanio, dużo i smacznie. 

Moje metody

Biorąc pod uwagę, że zazwyczaj w weekend jem więcej, bo jadę do „Złotego Osła”, gdzie na jednym posiedzeniu przyjmuję ok. 800kcal, czy jestem na uczelni, które wywołuje u mnie wyjątkową „gastrofazę” (jak jestem w ruchu to nie mam problemów z 4-5-godzinną przerwą między posiłkami, siedząc na wykładach owszem), przyjęłam taką metodę, że od poniedziałku do piątku jem ok. 1850kcal, co powoduje, że mam do wykorzystania w weeekend pulę zaoszczędzonych 750kcal (5 x 150kcal). Oczywiście, są dni, że „zaoszczędzę” mniej, albo nic i przed weekendem mam tylko 300kcal czy nawet 200kcal ekstra.

Jeśli w puli jest więcej kalorii, mogę iść dwa razy do „Złotego Osła”, innej restauracji lub wciągnąć 100g nerkowców, czy paczkę wafli ryżowych (możecie być dumni, ostatnie zjadłam w czerwcu, niestety gorzej idzie mi z orzechami/migdałami, bo miałam kilka napadów po 100g). Taka metoda sprawdzi się, kiedy wiecie, że w weekend szykuje się Wam jakaś impreza ze znajomymi czy rodzinne spotkanie, a nie chcecie siedzieć o wodzie i gryźć z nerwów słomkę, bo nie możecie sobie pozwolić na kawałek serniczka.


Ciecierzyca po marokańsku z brązowym ryżem.

Oczywiście, zdarza się, że nieoczekiwanie we wtorek, czy środę jestem w jakiejś restauracji na spotkaniu, przyjdzie mi taka ochota na naleśniczka ze „Złotego Osła”, że po prostu muszę wsiąść do tramwaju i pojechać do Katowic lub też coś mnie bardzo zdenerwuje, albo źle spałam i rozładuję stres w domu jedząc dodatkowe porcje orzechów lub jabłek. W takiej sytuacji pilnuję, aby przez kolejne dni jeść proporcjonalnie mniej i bilans się wyrównał. W weekend odpuszczam wtedy „Złotego Osła” lub radzę sobie inaczej.


Przez to cholernie dobre masło ze sklepu FitnessFood.pl musiałam się ostatnio ostro nagimnastykować, aby kalorie się zgadzały.

A co jeśli taka nieoczekiwana ochota na coś do jedzenia przyjdzie mi w niedzielę wieczorem i nie mam żadnej puli kalorii do wykorzystania, ani szansy na wyrównanie kalorii? Nie, w żadnym wypadku się nie męczę, jem to, na co mam ochotę, a w kolejnym tygodniu dbam o to, aby zjeść mniej i bilans dwutygodniowy się zgadzał. A co :D


Papryki z farszem z ciecierzycy i kaszy jaglanej ze „Złotego Osła”. Nie byłam w stanie zjeść dwóch i jedną zabrałam mamie do domu. Opcja na wielki głód.

Czasami zdarza się też tak, że jeśli nie mam żadnej estra puli kalorii do wykorzystania, a bardzo chcę zamówić w restauracji coś więcej, aniżeli wodę z cytryną, to po prostu redukuje ilość posiłków w ciągu dnia z trzech do czterech. Jem śniadanie i drugie śniadanie po 500kcal i obiadokolację w restauracji, która ma ok. 1000kcal. Staram się jedynie, aby tak obfity posiłek zjadać nie później, niż o 19:00, aby miał się szansę strawić go przed moim pójściem spać. Zresztą, nie ma opcji, aby po takiej uczcie zjeść jeszcze jakiś posiłek. Bilans dnia więc się zgadza. Co więcej, czasem zjadam w takim dniu tylko 1800kcal, bo najczęściej ze względu na ilość błonnika nie jestem w stanie zjeść w „Złotym Ośle” więcej niż te 800kcal (chyba, że jest fasolka z masłem orzechowym lub pozwolę sobie na więcej ziemniaków z orzechami arachidowymi) i jeszcze po takim wypadzie udaje mi się „zaoszczędzić” kalorie na inny dzień.


Bar sałatkowy ze „Złotego Osła” jest w opcji „bierz, ile chcesz”, więc cięzko się oprzeć.

Jeśli wiem, że wieczorem czeka mnie wyjście do restauracji, dobrym rozwiązaniem jest także mniejszenie kaloryczności pozostałych posiłków. Przykładowo, gdy w planach mam pochłonięcie jakiś 800kcal na kolację, obniżam kaloryczność trzech pierwszych posiłków tego dnia do 400kcal, dzięki czemu bilans dnia też się zgadza (4 x 400kcal + 800kcal = 2000kcal).

A co, jeśli zjem za dużo i nie mam ochoty następnego dnia obniżać zapotrzebowania, aby bilans się wyrównał lub rezygnować z jednego posiłku? W końcu jestem tylko człowiekiem, który kocha jeść. Wtedy robię dodatkowy trening (siłowy, rower, rolki) lub więcej kroków. To jednak zdarza się bardzo rzadko bo znam granicę, której nie powinnam przekraczać, jeśli chodzi o moją aktywność fizyczną.


Curry po hindusku z ziemniakami. To akurat bomba węglowodanowa, więc talerz surówek to absolutna konieczność.

Podsumowując możliwe rozwiązania:

  • przez tydzień jem mniej i „oszczędzam” kalorie na weekend,
  • zmniejszam kaloryczność pierwszych posiłków w ciągu dnia i przeznaczam więcej kalorii na kolację,
  • zmniejszam ilość posiłków w ciągu dnia i w ramach jednego posiłku jem tyle kalorii, ile przeznaczam normalnie na dwa posiłki,
  • zwiększam aktywność fizyczną, robię dodatkowy trening.


Moja ulubiona wersja ziemniaków z orzechami ziemnymi, koperkiem, olejem i solą gomasio (sól, sezam i siemię lniane) ze „Złotego Osła”.

Imprezy rodzinne/domówki

Gorzej wygląda sytuacja z imprezami rodzinnymi i domówkami, które nie odbywają się u mnie. Tam nie mogę zamówić sobie z karty, czego chcę. Jeśli jecie wszystko, nie ma problemu, możecie zastosować metody, o których pisałam powyżej. Co jeśli tak, jak ja jesteście na diecie bezglutenowej, bezlaktozowej, z niskim indeksem i ładunkiem glikemicznym, a pozostali nie? Rozwiązań jest kilka:

  • pytam organizatora imprezy, co planuje przygotować, bo nie chcę sytuacji, że nie będę miała co jeść,
  • jeśli będzie coś, co mogę zjeść, super. Czasem ktoś, kto zna moje problemy przygotowuje coś specjalnie dla mnie. Tak, mówię otwarcie o swojej diecie, nie kryję się z niczym i do tego samego zachęcam. Pewnie, w dalszym ciągu słyszę czasami „Zjedz serniczka, bo od kawałka nie przytyjesz”, jakby moja waga była głównym powodem rezygnacji z ciasta,
  • zabieram na spotkanie potrawę przygotowaną przeze mnie ze składników, które nie wywołują u mnie żadnych dolegliwości żołądkowo-jelitowych, którą będę mogła zjeść sama i jednocześnie poczęstują się nią pozostali goście,
  • jeśli idę do bardzo dobrych znajomych lub siostry, zabieram ze sobą swoje jedzenie w pudełkach. Po latach nikt już nie robi z tym problemu.


Musaka z soczewicą i ziemniakami. Nie wygląda, ale jak smakuje :D

Najważniejsze jest to, aby mówić otwarcie o swoich problemach, nie ukrywać ich. Oczywiście, zdarzały się przypadki, że ktoś spoza grona moich bliskich znajomych czy rodziny wyśmiał mnie lub pozwolił sobie na złośliwe komentarze. W takich sytuacjach nie wdaję się w dyskusję i zmieniam temat. Chyba, że kogoś na prawdę interesują moje kwestie zdrowotne, to oczywiście chętnie wszystko tłumaczę. Zależy od sytuacji.

Kaloryczność posiłków

Ok, tylko jak obliczyć kaloryczność posiłku jedzonego na mieście czy u rodziny? No nie jest to łatwa sprawa. Tym bardziej, że nie, nie chodzę do restauracji z wagą, ani nie każę sobie ważyć zamawianych dań (chyba, że jem w restauracjach z jedzeniem na wagę, ale to zdarza mi się bardzo rzadko). Jeśli w karcie dań nie ma takiej informacji, pytam jedynie, co wchodzi mniej więcej w skład zamawianej przeze mnie potrawy. Później wpisuję poszczególne składniki do aplikacji w gramaturze liczonej po prostu „na oko”. Jak już pisałam, mam już po tylu latach doświadczenia „wagę w oczach”, więc wpisuję przypuszczalne wartości. Tak, kontroluję kaloryczność, ale nie popadam w paranoję z superdokładnym liczeniem kalorii. Tak samo przecież, nie jestem w stanie precyzyjnie oszacować ilości spalonych kalorii na treningu, czy ze zrobionych kroków.


Na zdjęciu kotlety jaglano-kalafiorowe z pieczonymi ziemniakami i vegemajo (vegański majonez z ogórkami kiszonymi) w katowickiej „Bujnej”. Wypytała, co wchodziło w skład kotletów i vegemajo i wpisałam poszczególne składniki do „Fitatu”. Razem z zestawem surówek wyszło jakieś 900kcal.

W niektórych restauracjach, jak np. w „Legal cakes” w Katowicach na menu mamy informację o kaloryczności danego dnia wraz z rozkładem makroskładników (ogromny plus za to!), więc nie ma problemu. Jeśli jecie w popularnych sieciówkach, jak McDonald’s to też znajdziecie tam informacje o kaloryczności. Sporo dań znajdziecie też w samej aplikacji „Fitatu”.


Szakszuka z „Legal Cakes” w Katowicach z bezglutenowym chlebkiem. 


Śniadanie w „Aioli” w Katowicach. Podobno wysokobiałkowe. Jedyny plus za podane makro w karcie, bo poza tym tragedia. Dobrze, że wzięłam dodatkowo falafele (bo chleb był tylko żytni), bo inaczej w ogóle nie poczułabym, że coś zjadłam. Spróbowałam też pierwszy raz labnehu z chilli i limonką (ser jogurtowy). Zaryzykowałam brzuch bolał mnie koszmarnie. Nigdy więcej. 

Kawa

Na mieście zdarza mi się nie tylko jeść, ale i pić kawę. Najczęściej przy okazji zjazdu na uczelni, czy jakiegoś spotkania do południa, bo na co dzień wypijam tylko jedną czarną kawę z expressu po śniadaniu. Czasem nawet nie całą.


Najbardziej lubię Costę.

Czasami lubię sobie wypić jednak kawę z mlekiem. Wybieram krowie bez laktozy, bo w małych ilościach (ok. 30-50ml) nie wywołuje u mnie żadnych problemów żołądkowo-jelitowych. Najczęściej zamawiam Americano, latem mrożone. Nie słodzę stewią, erytrolem, ani słodzikami (unikam słodkich smaków w ogóle, dzięki czemu czekolada może leżeć koło mnie i w ogóle mnie nie rusza. Ani żadne fit, legalne i w ogóle ciastko czy baton).

Mleko wliczam oczywiście do bilansu kalorycznego. Tak, wliczam wszystko. Warzywa też, bo jem ich tyle, że codziennie jest to nawet ok. 300-400kcal, więc onie nie wyparowują z organizmu. Ostatnio Tadek Sowiński pisał o tym w artykule „Kalorie z warzyw – wliczać, czy nie wliczać?”.

Zdrowy rozsądek

Takie elastyczne podejście sprawdza się u mnie od dłuższego czasu i spokojnie możecie się nim zainspirować. Trzeba jednak mieć na uwadze jedną kwestię. Pozwalam sobie na dwa, trzy, czasem nawet cztery wyjścia do restauracji w ciągu tygodnia tylko dlatego, że zawsze wybieram takie dania, które spokojnie mogłabym przygotować sama w domu, gdybym tylko miała ochotę i większe zdolności kulinarne. To nie są żadne „cheat meal’e” w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie jem żadnym przetworzonych produktów, cukru w żadnej postaci, tłuszczy trans, nie piję alkoholu (napiłabym się czasem, ale przy Glucophage odpada). Jem na mieście zdrowe, wartościowe posiłki. Jeśli chcielibyście sięgnąć po jakieś słodycze, napisać się drinka, czy zjeść pizzę, to jednak robiłabym to okazyjnie. Nie, nie jestem zwolenniczką diety IFYM („If It Fits Your Macros), czyli dbania o to, by nie przekraczać kaloryczności przy jednoczesnym spożywaniu wysokoprzetworzonej żywności. Jasne, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, jednak dieta oparta na pizzy, piwie, Snickersach nie ma nic wspólnego ze zdrowiem. Okazyjnie (urodziny, wesele, wakacje) rozumiem, codziennie, nawet raz w tygodniu nie. Szczególnie na redukcji.


Curry „Sri Lanka” z krewetkami w katowickim „Hurry Curry”. Tak ugotowany dobrze ryż mogłabym jeść codziennie. Chlebek Papadum też sztos! Po krewetkach, których bardzo dawno nie jadłam, nie czułam się najlepiej. Następnym razem, jak odwiedziłam tę restaurację wybrałam opcję z kurczakiem i już było wszystko ok.

800/900kcal (jeśli danie ma więcej tłuszczy) to moja granica objętości żołądka. Nie byłabym w stanie więcej zjeść, bo inaczej bym pękła. Mówię o posiłku zbilansowanym w białko, tłuszcz, węglowodany złożone, warzywa/owoce. Największa liczba zjedzonych przeze mnie kalorii w ciągu jednego dnia odkąd zainstalowałam „Fitatu” to 3000kcal (2000kcal zaplanowane i nieplanowana paczka nerkowców z Lidla). Nie wyobrażam więc sobie, że mogłabym zjeść jednego dnia 4000-5000 tys. kalorii, a potem musiec jeść przez kolejne dni po niewiele ponad 1000 kalorii. Mój organizm zwariowałby. W chwili obecniej 1800kcal to jest moje absolutne minimum poniżej którego staram się nie schodzić. Racjonalnie więc rotuję kaloriami w ciągu tygodnia. Ani nie głoduję, ani nie przejadam się do granic możliwości.


Burger indyjski z gliwickiej „Mihiderki”. No dobry, dobry, w smaku nawet bardzo dobry, tylko musiałabym zjeść trzy, żeby się najeść. Niestety, nie było żadnej opcji bezglutenowej.

Jednocześnie jedząc na mieście trzymam się głównych założeń mojej diety, czyli nie jem więcej aniżeli czterech posiłków w ciągu dnia (ewentualnie zmniejszam do 3, ale w tę stronę mogę przy insulinooporności), pilnuję przerw między posiłkami (4-5 godzin), stawiam na potrawy zbilansowane w białko, tłuszcz, węglowodany złożone. W „Złotym Ośle” zaczynam jedzenie od talerza surówek, w innych miejscach zamawiam również możliwie jak najwięcej warzyw. Unikam glutenu i nabiału, ze względu na moje dolegliwości zdrowotne. Nie pozwalam sobie na kawałek pizzy po to, żeby umierać potem przez tydzień. Jem to, po czym czuję się dobrze. Zalecam więc, żeby nie naginać swoich założeń diety.

Tak to więc wygląda u mnie. Oczywiście, nie musi się to sprawdzić u Was, bo każdy jest inny. Jestem ciekawa jednak, jak radzicie sobie z jedzeniem na mieście czy spotkaniami rodzinnymi. W jaki sposób udaje się Wam utrzymać zapotrzebowanie kaloryczne? Czy podobnie jak dla mnie, najważniejszy jest dla Was bilans tygodniowy? Dajcie znać!

Reklamy

4 thoughts on “Elastyczne podejście do diety

  1. a czemu wegetarianizm przy endometriozie? mam nadzieję, że nie chodzi o kwas arachidonowy w mięsie…
    anegdota: koleżanka próbowała przy endo i dietę AIP i Dąbrowskiej z równie zerowym efektem. a teraz kolejny trop to pasożyty. ciekawe, czy kuracja antypasożytnicza coś da…

    • Są badania, że dieta wegetariańska może korzystnie wpływać na leczenie endometriozy. AIP i post to jednak moim zdaniem zbyt duże restrykcje w ogóle w każdym wypadku. A jakie badania robiła w kierunku pasożytów?

  2. Chyba znam osobę, która na śniadanie zjadła te 600 kalorii 🙂
    Prawda. Dopiero po wpisaniu do aplikacji Fitatu człowiek ma świadomość, ile kalorii pochłania codziennie. Dziękuje Joasiu 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s