lifestyle, odżywianie, zdrowie

Przepraszam, ale nie jem glutenu!

Na diecie bezglutenowej jestem już prawie cztery lata. Powiem Wam szczerze, że nie tęsknię ani za kromką cheba żytniego, ani za pizzą z mąki pszennej, ani płatkami owsianymi czy makaronem durum. Nie sięgam po żadne dostępne na rynku bezglutenowe zastępniki zwykłych produktów. Opieram się na produktach naturalnie nie zawierających glutenu. Dzięki konieczności rezygnacji z produktów glutenowych poznałam wiele nowych smaków i wprowadziłam do diety nieznane mi wcześniej produkty i dania.

View this post on Instagram

Pozostając w klimatach kuchni indyjskiej, dziś na kolację przygotowałam dahl, czyli gulasz z soczewicy. Wykorzystałam jednak mniej popularną czarną soczewicą, zwaną Belugą (wygląda jak kawior). Fakt, jest trudna dostępna, ale zawiera sporo cennego kwasu foliowego, żelaza, wapnia, fosforu, a także antyoksydantów. Ma indeks glikemiczny na poziomie 55, więc spokojnie może być spożywana przez osoby z cukrzycą czy insulinoopornością. Co więcej, w 100g czarna soczewica zawiera 304kcal, w tym 23,4g białka, a tylko 1,6g tłuszczy, 40,6g węglowodanów i 7g błonnika. Dahl ugotowałam z przepisu @jadlonomia i podałam – też dla odmiany – z czerwonym ryżem, mającym słodki, orzechowy posmak. Jest to mało popularna odmiana ryżu w Polsce, droższa i wymagająca dłuższego gotowania (ok. 45 minut na małym ogniu), zawierająca jednak wiele cennych składników odżywczych (sporo witaminy B6!) i spore ilości błonnika. Czerwony ryż również ma niski indeks glikemiczny. Nie wiem, czy wiecie, ale właśnie z fermentowanego czerwonego ryżu produkuje się suplementy diety mające obniżać poziom cholesterolu. Związane jest to z obecnością antocyjanów i monokaliny K! Także zamiast statyn, lepiej zafundować sobie właśnie tę odmianę ryżu. Gdzie kupić czarną soczewicę i czerwony ryż? Polecam sklep @fitnessfoodpl, z kodem JOAHAS macie 6% zniżki na całe zakupy. #dahl #soczewica #lentils #beluga #straczki #jadlonomia #czerwonyryz #redrice #monokalina #health #zdrowie #healthyfood #food #diet #dietetyk #dietetitian #dietetics #nutrition #nutritionist #dietetitian #fitnessfood #instafood #glutenfree #nogluten #celiac

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Stosowanie diety bezglutenowej nie jest więc dla mnie żadnym problemem, choć wymaga odpowiedniej organizacji, szczególnie przy okazji wyjść do restauracji ze znajomymi, czy rodzinnych spotkań. Przez lata wypracowałam już sobie jednak swoje metody. Najczęściej mogę liczyć na zrozumienie i wsparcie otoczenia, choć czasem powtarzanie po raz setny, że „ten mały kawałek ciasta” naprawdę mi zadzkodzi bywa męczące.

Prawie cztery lata, kilka miesięcy po tym, jak zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy i Hashimoto trafiłam pod skrzydła pewnej dietetyczki, która bez żadnych badań w kierunku celiakii i alergii na gluten wykluczyła u mnie pszenicę, żyto, jęczmień i owies. Nie, nie odczuwałam żadnych problemów ze strony układu pokarmowego po spożyciu płatków owsianych czy pszennego makaronu. Dietetyczka, chcąc wprowadzić moją chorobę w remisję zaproponowała mi jednak protokół autoimmunologiczny – bardzo restrykcyjną dietę wykluczającą m.in. gluten, nabiał, rośliny strączkowe, jajka czy kawę. Nie miałam wówczas takiej wiedzy, jak obecnie i wprowadziłam zmiany do swojej diety. Nie byłam w stanie zrezygnować z jajek i kawy, ale odrzucenie zbóż glutenowych nie sprawiło mi żadnego problemu.

Szybko zrozumiałam jednak poszerzając swoją wiedzę na szkoleniach, czy później studiach dietetycznych, że przy braku dolegliwości ze strony układu pokarmowego nie ma potrzeby stosowania tak restrykcyjnej diety. O ile ponowne wprowadzenie do diety soczewicy, czy ciecierzycy nie wywołało u mnie żadnych problemów, to każda próba zjedzenia produktów zawierających gluten kończyła się strasznym bólem brzucha. Tak, jak napisałam wcześniej, stosowanie diety bezglutenowej nie stanowi dla mnie żadnego problemu, więc już jakiś czas temu całkowicie porzuciłam myśl, aby wprowadzić pszenicę, żyto, jęczmień czy owiec z powrotem do swojej diety, tyym bardziej, że 2 lata temu wykonałam testy genetyczne w kierunku celiakii i okazało się, że mam predyspozycję genetyczną.


Więcej o badaniach genetycznych w kierunku celiakii pisałam tutaj.

Oczywiście, pozytywne testy genetycznie nie oznaczają jeszcze, że choruję na celiakię.

Celiakia (choroba trzewna) to trwająca całe życie immunologiczna choroba o podłożu genetycznym, charakteryzująca się nietolerancją glutenu, białka zapasowego zawartego w zbożach (pszenicy, życie, jęczmieniu, owsie). Działający toksycznie gluten prowadzi do zaniku kosmków jelita cienkiego, maleńkich wypustek błony śluzowej, które zwiększają jego powierzchnię i są odpowiedzialne za wchłanianie składników odżywczych. W efekcie toksycznego działania glutenu wchłanianie pokarmu jest upośledzone, co prowadzi do wystąpienia różnorodnych objawów klinicznych. Jedyną metodą leczenia celiakii jest stosowanie przez całe życie ścisłej diety bezglutenowej. Choroba może ujawnić się w każdym wieku. Zarówno wkrótce po wprowadzeniu glutenu do diety dziecka, jak również podczas dorastania, ciąży u kobiet, dużego stresu, po silnej infekcji, poważnej operacji itd.

Chcąc mieć pewność, czy choruję na celiakię powinnambowiem wykonać diagnostykę serologiczną. Obecnie stosowane są testy wykrywające 3 rodzaje przeciwciał:

– przeciwko transglutaminazie tkankowej (tTG),

– przeciwko deaminowanemu peptydowi gliadyny (DGP),

– przeciwko endomysium mięśni gładkich (EmA).

Nie ma potrzeby oznaczania wszystkich przeciwciał, można zbadać jedynie transglutaminazę tkankową w klasie IgA (tTG IgA). Należy jednak wówczas koniecznie dodatkowo zbadać całkowity poziom IgA. Zdarzyć się bowiem może, że mamy niedobór IgA i badanie może dać fałszywy wynik. W przypadku niedoboru IgA ocenia się przeciwciała w klasie IgG. Można także od razu zbadać przeciwciała w obu klasach (IgA i IgG). Diagnostyka serologiczna jest miarodajna tylko wtedy, gdy była poprzedzona dostatecznie długą ekspozycją na gluten, tzn. codziennie, przez co najmniej 6 tygodni spożywanie co najmniej 1 posiłku z zawartością glutenu. Jak wspominałam, każda próba zjedzenia produktu zawierającego gluten lub zjedzenie w restauracji posiłku zanieczyszczonego glutenem kończyła się dla mnie dramatem. Zdaję sobie sprawę, że być może nie mam celiaki, ani alergii na gluten, czy nawet nieceliakalnej nadwrażliwości na gluten i najprawdopodobniej po tygodniu czy dwóch jedzenia glutenu dolegliwości ustąpiłyby.

Inna sprawa, że związek między celiakią a chorobą Hashimoto jest dobrze udokumentowany. Pacjenci z chorobą trzewną mają nasilone ryzyko chorób tarczycy rozwijających się na tle autoimmunizacji, i odwrotnie, względnie duży odsetek osób z autoimmunizacyjnym zapaleniem tarczycy choruje na celiakię. Mając więc predyspozycję genetycznę i chorując na Hashimoto, najprawdopodobniej mam celiakię lub istnieje duże ryzyko, że z czasem choroba rozwinęłaby się u mnie.  Wolę więc w dalszym ciągu stosować dietę bezglutenową.

W swojej praktyce w pracy z podopiecznymi nie popełniam jednak już tego błędu, co wspomniana przeze mnie dietetyczka i nigdy nie proponuję wykluczenia glutenu bez odpowiedniej diagnostyki.

1. Stosowanie rygorystycznej diety bezglutenowej u pacjentów z chorobą Hashimoto jest uzasadnione jedynie w przypadku współistnienia celiakii.
2. Błędem jest stosowanie diety bezglutenowej u pacjentów z chorobą Hashimoto bez wcześniejszych serologicznych badań przesiewowych w kierunku celiakii.
3. Brak jest obecnie dowodów na to, że dieta bezglutenowa u osób z chorobą Hashimoto bez współistniejącej celiakii korzystnie wpływa na przebieg choroby.
4. Nie można jednak wykluczyć, że u części chorych na chorobę Hashimoto może współwystępować nieceliakalna nadwrażliwość na gluten, co może uzasadniać wprowadzenie u nich diety bezglutenowej. Ewentualne korzystne działanie diety bezglutenowej na przebieg choroby Hashimoto u tych chorych wymaga dalszych badań.
5. Wieloletnie stosowanie diety bezglutenowej, w przypadku złego jej zbilansowania, niesie ze sobą ryzyko wielu niekorzystnych skutków zdrowotnych, w tym także nasilone ryzyko sercowo-naczyniowe.
6. Nie należy zalecać diety bezglutenowej u osób bez celiakii lub innych form nietolerancji glutenu.

Te wnioski pochodzą z artykułu „Zasadność stosowania diety bezglutenowej w chorobie Hashimoto: stanowisko Grupy Ekspertów Sekcji Dietetyki Medycznej Polskiego Towarzystwa Żywienia Pozajelitowego, Dojelitowego i Metabolizmu (POLSPEN)”, który możecie pobrać tutaj. Przestrzegam więc przed uleganiu modzie i przechodzeniu na dietę bezglutenową bez konkretnych wskazań. Bez jej odpowiedniego zbilansowania, o co sama jestem w stanie zadbać, można bowiem dorobić się niedoborów (polecam artykuł „Niedobory składników odżywczych w diecie bezglutenowej”). Trafia do mnie sporo osób, które po diagnozie Hashimoto wprowadziły dietę bezglutenową, nie raz protokół autoimmunologiczny i po kilku latach spożywania wysokoprzetworzonych produktów bezglutenowych dorobiły się insulinooporności.

Osobiście opieram się wyłącznie na produktach naturalnie bezglutenowych.

Według rozporządzeń unijnych za produkt bezglutenowy uznaje się produkt, w któr ym zawartość glutenu og raniczono technologicznie do poziomu poniżej 20mg na 1kg produktu, lub który jest naturalnie wolny od glutenu.

Tym samym w mojej diecie znajdują się:

– płatki gryczane i jaglane (czasami),


Do kupienia tutaj.

– kasza gryczana niepalona, kasza jaglana (bardzo rzadko),


Do kupienia tutaj.

– ryż brązowy,


Do kupienia tutaj.

– komosa ryżowa,


Do kupienia tutaj.

– makaron gryczany, makaron z mąki z soczewicy i z ciecierzycy,


Do kupienia tutaj.

– mąka gryczana, mąka z ciecierzycy, mąka kokosowa, okazyjnie mąka jaglana czy ryżowa,


Do kupienia tutaj.

Raczej unikam produktów kukurydzianych i ryżowych (np. płatków ryżowych) ze względu na wysoki indeks glikemiczny. Czasami skuszę się na wafle ryżowe, ale to dla mnie tzw. triggery kompulsywnego objadania się (więcej pisałam o tym tutaj), więc staram się w ogóle ich nie kupować i nie mieć pod ręką. Ostatnią paczkę kupiłam na wycieczkę w góry, która wyszła dość spontanicznie i nie zdążyłam przygotować sobie pojemników z jedzeniem, ale zjadłam zgodnie z planem 4 sztuki, a reszta do dziś leży nietknięta u chłopaka w domu. Wcześniej zdarzało mi się w sytuacjach stresowych zjeść całe opakowanie (500kcal!). Obecnie takie napady zdarzają mi się bardzo rzadko i wtedy sięgam po… limonkowe gumy do żucia (które i tak żuję na co dzień w dużych ilościach).

Generalnie w ogóle nie kupuję bezglutenowych zastępników, jak na przykład pieczywa, bułek, ciasteczek, czy batonów. Na rynku jest sporo produktów z firm Schär, Incola czy Balviten, ale kiedy widzę skład chleba mający kilkanaście, jak nie czasem kilkadziesiąt pozycji, to od razu odkładam go na półkę. Owszem, w wielu piekarniach można znaleźć pieczywo bezglutenowe z bardzo dobrym składem, w Internecie jest sporo przepisów na domowe wypieki, ale przyznam szczerze, że odzwyczaiłam się już od chleba i nawet szakszukę czy jajecznicę wolę zjeść na przykład z ciecierzycą.

Swego czasu piekłam chleb z mąki gryczanej (przepis znajdziecie tutaj), ale nie jestem jego wielką fanką. Zresztą odzwyczaiłam się totalnie od jedzenia kanapek.

Co do słodyczy, jak wiecie, również mogą dla mnie nie istnieć, a jeśli już naprawdę mam na coś ochotę, wówczas piekę ciasto czy muffinki z wykorzystaniem mąk bezglutenowych.

View this post on Instagram

Przed Świętami chciałam upiec bezglutenowy chlebek bananowy. Namieszałam ciasto i ostatecznie wlałam je do… foremek na muffinki 😅 Wyszły pyszne, szczególnie podawane z masłem orzechowym, więc podaję Wam szybki i prosty przepis. Składniki: 2 szklanki mąki gryczanej, 1 szklanka mąki z ciecierzycy, 2 jajka, 3 dojrzałe, zmiażdżone banany i dodatkowy do dekoracji, 1/3 szklanki roztopionego oleju kokosowego, 1/2 szklanki mleka kokosowego, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, szczypta soli, łyżka syropu klonowego (lub innego słodzidła, ale można pominąć). Wykonanie: połączyć wszystkie składniki, przelać do formy wysmarowanej masłem lub wyłożonej papierem do pieczenia (moja gumowa na muffinki nie wymaga niczego), na górę poukładać plastry banana, piec w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 45 minut. Z ciasta wyszło mi 12 muffinek (1 porcja 245kcal, 6gB, 10gT, 30gW plus ewentualne dodatki masła lub orzechów). Składniki kupicie m.in. w sklepie @fitnessfoodpl. Na hasło JOAHAS dla przypomnienia 6% rabatu na całe zakupy 😋 #muffiny #banan #glutenfree #nogluten #bezglutenu #sweets #słodycze #chlebekbananowy #bananas #recipe #przepis #food #instafood #dietetyk #dietetics #dietetitian #nutrition #nutritionist #foodporn

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

W Katowicach jest kilka kawiarni z bezglutenowymi ciastami, jak np. „Bez cukru” czy „Legal Cakes”, ale przyznam się, że jeszcze nigdy w nich nie jadłam. Zdecydowanie wolę odwiedzić mój ulubiony bar wegetariański „Złoty Osioł” i wybrać jedną z bezglutenowych opcji.

W Katowicach działają jeszcze inne restauracje przyjazne osobom na diecie bezglutenowej, znajdujące się w bazie programu „Menu bez glutenu” (więcej informacji i wyszukiwarkę bezglutenowych restauracji w innych miastach znajdziecie tutaj). Sama jadłam tylko w „Hurry curry”.

Nie mogę natomiast cały czas dotrzeć do „Placka”, w którym można zjeść m.in. bezglutenową pizzę. To oznacza, że naprawdę nie mam jakiejś strasznej ochoty na nią. Zresztą w Biedronce można kupić mrożoną pizzę bez glutenu i laktozy i ani razu jej nie próbowałam. Jedynie mam w planach w wolnej chwili zrobić taką „pizzę” (choć to raczej taka zapiekanka, a nie pizza :D), jak na zajęciach z gotowania na uczelni, bo była pyszna.

View this post on Instagram

Prawdziwej włoskiej pizzy nie jadłam już dobre parę lat ze względu na celiakię i nie, nie jest mi żal. Pewnie, mogłam spróbować z mąki gryczanej czy na spodzie z warzyw, ale powiem Wam szczerze, że jakoś nigdy nie miałam ochoty na takie eksperymenty 😉 Wczoraj na zajęciach w kuchni z "Pracowni żywienia" gotowaliśmy jednak dania zgodne z dietą Low FODMAP, a więc eliminującą wszystko, czego nie mogę jeść (i dużo więcej, ale na szczęście nie mam SIBO, ani problemów z układem pokarmowym). Moja grupa miała za zadanie zrobienie pizzy na spodzie z cukinii. Nazwałabym ją raczej zapiekanką, bo pizza to pizza, ale była naprawdę przepyszna 😋 Przepis na nią (zmodyfikowany, bo użylismy mąki ryżowej dodatkowo) i pozostałe dania ze zdjęć znajdziecie w wyróżnionych relacjach 😉 Ja na pewno otworzę ją w domu 😎 #student #studia #swsm #katowice #dieta #diet #dietetyka #dietetics #dietetitian #nutrition #nutritionist #food #foodporn #lowfodmap #fodmap #sibo

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Jako, że „zanieczyszczenie” potraw glutenem, czyli ich przygotowanie w jednej kuchni z daniami zawierającymi pszenicę, żyto, jęczmień i owiec nie powoduje u mnie (zazwyczaj!) żadnych dolegliwości, często jem w „normalnych” restauracjach, gdzie po prostu wybieram ryż, czy ziemniaki jako dodatek do dań obiadowych lub proszę specjalnie o ich przygotowanie (zazwyczaj nie ma problemu). Bardzo lubię burgery i ich również sobie nie odmawiam. Po prostu zawsze zamawiam bez bułki, czasami z dobrej jakości frytkami z ziemniaków lub batatów. Na wszelki wypadek noszę ze sobą jednak zawsze w torebce krople żołądkowe, które pomagają mi w sytuacjach podbramkowych (zdarzyło mi się parę razy poczuć obecność glutenu w potrawie, które miała być bezglutenowa). Poleca się też enzymy DDP Plus (do kupienia tutaj), ale sama jeszcze ich nie testowałam.

Znajomych nie dziwi już, że idąc do restauracji, zawsze sprawdzam menu pod kątem potraw bezglutenowych, które będę mogła zamówić. Jedynie nie mogę już jak kiedyś pozwolić sobie na wspólne zamówienie pizzy, jak kiedyś. Nie umawiam się też „na piwo”, bo ze względu na przyjmowanie Metforminy od 3 lat nie piję alkoholu, a raczej na kawę, czy herbatę. W swoim życiu licealno-studenckim (za czasów 5-letnich studiów historycznych) wypiłam już jednak tyle, że wyczerpałam chyba swój życiowy limit :D Inna sprawa, że mając do dyspozycji ok. 1800kcal dziennie (tyle obecnie jem, aby utrzymać wagę) wolę przeznaczyć te 200kcal na miskę warzyw, aniżeli piwo. Przyznam jednak, że w ostatnim czasie zdarzyło mi się wypić dwa razy po lampce wina i zamoczyć usta w whisky z colą, które kiedyś uwielbiałam, ale wtedy musiałam zjeść wcześniej odpowiednio duży posiłek i zrezygnować z wieczornej dawki Glucophage XR (skonsultowałam to z lekarzem), inaczej zanotowałabym rano ogromnego kaca (na początku stosowania Glucophage XR nie wiedziałam, że nie można go łączyć z alkoholem i po kilku kieliszkach wina prawie umarłam, więc nigdy więcej). Potem przez parę dni czułam, jak zatrzymałam wodę w organizmie, więc alkoholowi nie mówię całkowicie nie, ale zostawiam go sobie jedynie na naprawdę szczególne okazje (najbliższa w moje urodziny).

Wszyscy są też już przyzwyczajeni, że zawsze mam przy sobie jedzenie w pojemnikach. Czy to na zajęciach na studiach, czy na wycieczce w góry, czy nawet jak idę do kina, a w czasie seansu wypada moja godzina jedzenia. Nigdy nie dopuszczam do sytuacji, że nie mam nic przygotowanego do jedzenia, aby nie doprowadzić do hipoglikemii (po 6-7 godzinach bez jedzenia zaczynam odczuwać spadki glukozy we krwi). No chyba, że wiem, że będę miała możliwość zjedzenia na mieście.

W ostatnich tygodniach poznałam sporo nowych osób i przy pierwszym spotkaniu zawsze informowałam, że jestem na diecie bezglutenowej, z czego to wynika i jakich produktów muszę unikać. Przyznam, że jeszcze jakiś czas temu takie sytuacje były dla mnie stresujące, ale obecnie mówię o swoich problemach zdrowotnych całkowicie otwarcie. Po terapii psychologicznej już nie czuję się „wybrakowana”.

Jest mi niezmiernie miło, gdy ktoś zainteresuje się tematem celiakii, bierze pod uwagę moje ograniczenia, proponując miejsce na spotkanie, czy zapraszając mnie do siebie przygotuje specjalnie dla mnie jakieś danie. To oznacza, że ktoś szanuje mnie i moje zdrowie. Zawsze to doceniam. Staram się jednak nie być problemem, ani dla znajomych, ani dla rodziny i na wszelkiego rodzaju spotkania zabieram upieczone przez ze mnie ciasto i/lub danie na kolację, które sama mogę zjeść i którym częstuję innych. Tak na przykład na ostatnie spotkanie z rodziną mojego chłopaka upiekłam ciasto marchewkowe (przepis wstawiałam tutaj). Większość pierwszy raz miała okazję spróbować takiego ciasta, ale generalnie wszyscy stwierdzili, że było bardzo dobre. Myślę, że zabieranie z sobą swoich potraw na imprezy rodzinne jest zawsze najlepszym rozwiązaniem, bo ja mogę zjeść razem ze wszystkimi, a i inni mają możliwość spróbowania czegoś „z mojego świata”.

Zdarza się jednak, że idąc na jakieś spotkanie nie mam czasu na przygotowywanie swoich potraw. Wtedy tuż przed wyjściem z domu jem porządny posiłek, a w gościach piję tylko kawę/herbatę i dziękuję za ciasto. Z kolacją zazwyczaj nie ma problemu, bo zawsze się znajdzie jakaś sałatka, nabiał czy mięso/ryba na ciepło. Mnie osobiście w ogóle nie przeszkadza, że tylko patrzę, gdy inni jedzą sernik czy kawałek tortu. Często jednak jest jest tak, że to raczej osoby u których jestem nie mogą tego przeboleć i co 5 minut pytają się, czy może jednak nie skuszę się na kawałeczek. Przyznam, że kiedyś bardzo się denerwowałam, że ktoś nie potrafi zrozumieć, że po takim kawałeczku przez kilka dni będzie mnie bolał brzuch i spędzę pół dnia w toalecie. Dzisiaj przy drugiej propozycji tłumaczę raz jeszcze, jak wyglądają skutki spożycia glutenu w moim wypadku, przy trzeciej – przestaję reagować i udaję, że nie słyszę albo zmieniam szybko temat. Najczęściej działa.

Z rodzicami stoczyłam jednak przez te lata niejedną „wojnę” przy okazji rodzinnych spotkań. Normalnie na co dzień są przyzwyczajeni, że gotuję dla siebie i odmawiam kawałeczka ciasta do kawy, czy zupy pomidorowej z makaronem pszennym, ale na spotkaniach rodzinnych nie raz ostentacyjnie komentują moje wybory żywieniowe. Często jest bowiem tak, że moja rodzina zjada kawałek tortu i lody z bitą śmietaną, a ja w tym czasie sałatkę z burakami i fetą. Moi rodzice są jednak po 70-tce, w ich czasach nikt nie słyszał o celiakii, o diecie bezglutenowej i rozumiem, że dla nich to jest czysta abstrakcja. Nie raz więc usłyszałam, że „udaję, że nie mogę zjeść czegoś”, „że w telewizji mówili, że na celiakię chorują tylko dzieci”, „że ze skazy białkowej wyrosłaś, to z celiaki też”, „że kawałeczek mi nie zaszkodzi”, „że jak Ty tak możesz sobie wszystkiego odmawiać”, „że nie jestem chora, tylko po prostu się odchudzam”. Kiedyś w odpowiedzi mówiłam ze złością, że sami są sobie winni, bo przekazali mi zmutowane geny celiakii (i MTHFR :D), więc niech teraz okażą mi odrobinę zrozumienia. Przerobiłam jednak tę kwestię na terapii psychologicznej i już w ogóle nie reaguję na żadne „zaczepki”. Zrozumienia i wsparcia szukam gdzie indziej, choć muszę przyznać, że moja mama oglądająca na okrągło telewizję i programy o jedzeniu na TVN Style coraz rzadziej proponuję mi do jedzenia coś zawierającego gluten. Co więcej, gdy ostatnio jechaliśmy do siostry w gości, to nawet sama zaproponowała, żebym zabrała sobie sałatkę do pudełka i już nie mówi mi, że musi się za mnie wstydzić, także jest mały postęp :D

Podsumowując, przestrzeganie diety bezglutenowej nie jest dla mnie szczególnym wyzwaniem, ani przeszkodą, by zjeść na mieście, czy pójść na rodzinne spotkanie. To już moja codzienność. Jestem jednak ciekawa, jak Wy radzicie sobie w codziennym życiu na diecie eliminacyjnej (bez glutenu, laktozy, dietach low-FODMAP, cukrzycowych, w alergiach pokarmowych), szczególnie w kontekście życia rodzinnego i towarzyskiego. Czekam na Wasze komentarze!

____________

Przypominam, że z kodem JOAHAS macie 6% zniżki na całe zakupy w sklepie FitnessFood.pl, skąd pochodzą produkty ze zdjęć!

 

4 myśli w temacie “Przepraszam, ale nie jem glutenu!”

  1. Hej. Z pewnością nie raz już miałaś tego typu pytania. Jesteś w stanie porówbać chodź trochę Twoją uczelnię SWSM a ŚUM? Zastanawiam się czy startować na sum ( niezbyt dobre opinie słyszałam) a tym by pójść na SWSM. No i oczywiście motyw czy dziennie czy zaocznie. Eh…

    1. Witaj, trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie mam porównania z ŚUM-em, jedynie mogę polecić SWSM. Gdybyś miała więcej pytań zadzwoń do mnie 509418647, to pogadamy :)

  2. jestem prawie pewna, że trafiłyśmy do tej samej dietetyczki, która chyba wszystkim serwuje z automatu AIP. mnie to zaleciła na… AZS. chorobę w ogóle nie na tle autoimmuno! oczywiście tylko niepotrzebnie się umęczyłam, a problem skóry rozwiązałam pielęgnacją 🙂 zresztą wszelkie inne jej zalecenia też były zupełnie nietrafione, więc cieszę się, że ją zmieniłam.
    też nie jem glutenu, jesienią będzie 5 lat diety paleo u mnie i nie zamierzam tej diety zmieniać na żadną inną. próbowałam w tym czasie AIP, keto carnivore i nigdy więcej zmian. chociaż akurat ostatnio wprowadziłam trochę białego ryżu, zjem czasem masło czy masło orzechowe z orzechów ziemnych. a nawet ostatnio okazjonalnie zjem gluten i też mi nic nie jest.
    wiele osób jest zafiksowanych dietą, a niektórzy (jak ja) dopiero po latach „leczenia” dietą czegoś, czego nie da się nią wyleczyć, odkrywają, że problem leży gdzie indziej. inni brną dalej. sama jako dziecko byłam trzymana na diecie bezmlecznej rzekomo z powodu „alergii pokarmowej”, a tak naprawdę AZS i mleko nie miało żadnego związku ze stanem mojej skóry.

    1. Masz rację! Dieta to nie wszystko i nie wszystko da się nią wyleczyć. Choć oczywiście trzeba o nią dbać! Najważniejsze to obserwować swój organizm i słuchać reakcji. Jeśli po czymś czujemy się dobrze :) U mnie ostatnio tym samym więcej nabiału bez laktozy :)

Odpowiedz na Joanna Haśnik Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s