psychologia

Najlepsza inwestycja w siebie

W ostatnim czasie, po ponad dwóch latach współpracy, bardziej i mniej intensywnej, zakończyłam terapią psychologiczną u Agaty Orzechowskiej. Nie oznacza to końca mojej pracy nad sobą, bo musiałam zamknąć jeden etap, aby rozpocząć kolejny. Stwierdziłam jednak, że podsumuję ten czas i przy okazji opowiem Wam więcej o tym, dlaczego zdecydowałam się na terapię, jak przebiegała i co wniosła dla mojego życia.

Kryzys

W marcu 2017 roku wpadłam znowu w straszny dołek psychiczny. Byłam totalnie wykończona pierwszą sesją na studiach dietetycznych, bo skoro już pracuję w zawodzie, to przecież musiałam zdać wszystko na piątki. Zresztą u mnie zawsze wszystko musiało być na 200%. Nie uznawałam półśrodków. Już w trakcie sesji się rozchorowałam, musiałam brać antybiotyki i nie byłam w stanie trenować. W okresach silnego stresu zawsze spadała mi odporność i łapałam infekcję. Siłownia była natomiast miejscem, gdzie odreagowywałam negatywne emocje, więc bez treningu byłam jednym wielkim kłębkiem nerwów. Zaczęłam mieć też problemy ze snem i musiałam sięgnąć po preparaty ziołowe. Przejmowałam się kolejną diagnostyką w szpitalu i tym, co wykażą badania. Snułam czarne scenariusze. Pewnego dnia wstałam i stwierdziłam też, że lepiej niech mój partner sobie znajdzie inną, ładniejszą, mądrzejszą i bez tego całego bagażu emocjonalnego. Mimo, że tak naprawdę całe życie tęskniłam za normalnością, nie byłam w stanie w niej funkcjonować. Oczywiście potem byłam strasznie zła na siebie. I to był dla mnie wtedy taki gwóźdź do trumny. Potrzebowałam wsparcia, a poczułam się jeszcze bardziej samotna. Budziłam się rano i nic mnie nie cieszyło. Wróciły wszystkie demony, z którymi zmagałam się od lat.

Owszem, byłabym pewnie w stanie po raz kolejny zamieść wszystkie problemy pod dywan tak, jak robiłam to przez lata. Przez następne kilka miesięcy byłoby w miarę dobrze, a potem znów popadłabym w dołek, jeszcze większy, niż poprzedni. To wszystko działo się niedługo przed moimi 30. urodzinami. Uznałam, że przede mną jeszcze co najmniej połowa życia i fajnie byłoby, gdybym w końcu potrafiła cieszyć się każdym dniem, zniknęło całe to napięcie, strach i lęk, który towarzyszył mi odkąd pamiętam, a przede wszystkim pokochała siebie i dała sobie szansę na bycie szczęśliwą. Nie chciałam już żyć tak, jak dotąd. Stwierdziłam jednak, że tym razem nie poradzę sobie sama, potrzebuję pomocy i zaczęłam szukać psychoterapeuty.

Trzecie podejście

To było moje trzecie podejście do terapii. Kiedy pracowałam jeszcze w Górniku Zabrze i pełniłam przez rok funkcję rzecznika prasowego, miałam straszny kryzys. Nie radziłam sobie z presją. Wtedy też zrobiłam swoje pierwsze badania krwi i zdiagnozowałam niedoczynność tarczycy i Hashimoto. Czułam się naprawdę fatalnie, nie miałam siły na nic. Byłam przewlekle zmęczona. Mój ówczesny partner wysłał mnie wtedy… na terapię. W pierwszej chwili byłam na niego wściekła (ostatecznie rozstaliśmy się w zgodzie, bo byliśmy wówczas na zupełnie innych etapach swojego życia), ale potem pomyślałam, że może to nie jest wcale taki głupi pomysł, podzwoniłam po różnych ośrodkach i znalazłam terapię grupową w Chorzowie. Po pierwszym spotkaniu, na którym to usłyszałam kilka przerażających historii ofiar przemocy w rodzinie, stwierdziłam, że w sumie to ja nie mam żadnego problemu. Nikt mnie nie bije. Nie znęca się nade mną. Nie mam męża alkoholika. Mam co jeść i gdzie spać. Takie porównywanie się do innych było dużym błędem. W końcu moje problemy były dla mnie tak samo istotne, miały jedynie inny charakter. Zrozumiałam to jednak dopiero po kilku latach. Inna sprawa, że terapeutka przyszła na spotkanie w wyciągniętym szarym swetrze, tłustych włosach, nieumalowana, a ja potrzebowałam kogoś, kto mnie pociągnie w górę, a nie w dół. To był błąd, bo po prostu powinnam znaleźć innego terapeutę, inny ośrodek, a ja odpuściłam sobie całkowicie. Po prostu więcej nie poszłam na spotkanie. Z perspektywy czasu uważam, że wtedy po prostu nie byłam jeszcze gotowa na terapię. Wtedy wyparłam wszystko.

Parę miesięcy później zadzwonili do mnie z poradni psychologicznej z Rudy Śląskiej, w której zostawiłam przy pierwszych poszukiwaniach skierowanie od lekarza rodzinnego, że zwolniło się miejsce na terapii indywidualnej raz w tygodniu w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia. To był kolejny ciężki okres w moim życiu, miałam sporo stresów w domu i w pracy, czułam się fatalnie z nadprogramowymi kilogramami po różnych kombinacjach z dietą i zajadaniem stresów, że nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze. Depresją tego może nie nazwę, ale załamaniem owszem. Potrzebowałam wtedy wsparcia, więc ten telefon bardzo mnie ucieszył. Niestety, terapeuta nie przypadł mi do gustu. Chłopak był młodszy ode mnie i miałam opory, aby opowiadać mu o wszystkich intymnych szczegółach mojego życia. Poza tym wymagał ode mnie, abym to ja cały czas mówiła i sama proponowała omawiane tematy. Nie dopytywał mnie o nic. Nie nakierowywał na jakieś wnioski. Często zapadała niekomfortowa dla mnie cisza. Brakowało mi jakiejś informacji zwrotnej z jego strony. Oczywiście, zdawałam sobie sprawę, że terapeuta nigdy nie da mi gotowych rozwiązań, ale liczyłam na jakiekolwiek wskazówki. W sumie byłam więc może na pięciu spotkaniach. Pewnego razu jadąc do poradni zepsuł mi się tramwaj i nie zdążyłam na ustaloną godzinę. Mogłabym się tłumaczyć i prosić o przełożenie terminu spotkania ze względu na sytuację losową, ale stwierdziłam, że to znak z nieba i więcej już do niego nie poszłam. Drugi raz popełniłam więc ten sam błąd, bo miałam prawo poprosić o zmianę terapeuty.

Terapia prywatna

Za trzecim razem, we wspomnianym marcu 2017 roku na początku również szukałam spotkań grupowych lub indywidualnych organizowanych przy ośrodkach wsparcia czy poradniach, ale nie znajdując nic sensownego, zdecydowałam się na prywatną psychoterapię. I tak trafiłam do pani Agaty, wówczas właścicielki Pracowni Duszy i Ciała w Bytomiu. Moja koleżanka chodziła tam kiedyś na jogę i tak polubiłam ich profil. Na stronie internetowej poczytałam informacje o pracujących tam terapeutach i zadzwoniłam, aby umówić się na pierwsze spotkanie. Myślałam o pewnym terapeucie z racji jego specjalizacji, ale pani Agata zaproponowała, abym najpierw porozmawiała z nią i przedstawiła jej sytuację. Na tej podstawie miała zaproponować najlepsze rozwiązanie w moim przypadku.

Na pierwszym spotkaniu opowiedziałam pani Agacie pokrótce historię mojego życia. Od pierwszej chwili czułam się w jej towarzystwie bezpiecznie i komfortowo. Ujęła mnie ciepłym głosem i swoją energiczną osobowością. Ucieszyłam się więc bardzo, kiedy zaproponowała, żebym pracowała właśnie z nią. Przez pierwsze kilka miesięcy spotykałyśmy się raz w tygodniu, później co dwa. Po pół roku już tylko od czasu do czasu, gdy czułam potrzebę rozmowy, omówienia jakiegoś naglącego tematu. Wynikało to na pewno z faktu, że czułam się już silniejsza, ale i ze względów finansowych. Gdyby nie koszty, pewnie chodziłabym częściej i dłużej.

Terapia prywatna była dla mnie sporym obciążeniem w budżecie, ale stwierdziłam, że nowe jeansy czy torebka poprawią mi humor na chwilę, a moje problemy pozostaną nierozwiązane. Poza tym chciałam, aby ktoś spojrzał na mnie indywidualnie, nie tylko pomógł mi zrozumieć pewne kwestie z przeszłości, ale i dał motywację do kolejnych zmian w moim życiu. Nauczył radzić sobie ze stresem. Pomógł mi osiągnąć równowagę, zmienić siebie i swoje życie.

Terapia

Na spotkaniach omawiałyśmy wiele różnych tematów. Sporo godzin poświęciłyśmy mojemu dzieciństwu i relacjom z najbliższymi, śmierci siostry i szwagra, znajomościom i przyjaźniom, relacjom damsko-męskich, pracy zawodowej, destrukcyjnym schematom, według których postępowałam, ale też zajmowałyśmy się bieżącymi tematami, które w danym momencie były dla mnie ważne i wpływały na moje samopoczucie. Nie było mi łatwo. Co więcej, nie raz czułam się jeszcze gorzej, aniżeli przed pierwszą wizytą w gabinecie (tak, to normalne). Chodziłam zła, sfrustrowana, rozdrażniona. Byłam jedną wielką tykającą bombą. Opowiadając pani Agacie o swoich problemach, rozdrapałam wiele ran. Płakałam w czasie terapii i po niej. Nie mogłam spać po nocach. Wróciłam bowiem do tematów, których unikałam, jak ognia. Udawałam, że ich nie ma. W konsekwencji jednak czułam ulgę i spokój, bo zaczynałam rozumieć wiele rzeczy, które działy się w moim życiu. Wszystko zaczynało mi się powoli układać w głowie.

W jakim nurcie pracowałyśmy? W dużej mierze w behawioralno-poznawczym, który zakłada przede wszystkim zmianę myślenia o sobie i o tym, co nas otacza, ale pewnie terapia łączyła w sobie wiele różnych metod. Zresztą nurt nie był najważniejszy dla mnie, a relacja jaka wytworzyła się między mną i panią Agatą i fakt, że zaufałam jej na tyle, żeby rozmawiać o najtrudniejszych aspektach mojego życia. Z terapeutą z poradni, o którym wcześniej wspominałam nie nawiązałam żadnej więzi i cały czas czułam jakąś wewnętrzną blokadę. Z panią Agatą było wprost przeciwnie. Byłam w stanie powiedzieć jej o wszystkim i zawsze mogłam liczyć na wsparcie. Mogłam też do niej zawsze napisać lub zadzwonić pomiędzy sesjami i liczyć na pomoc.

Pani Agata dobierała metody pracy do moich potrzeb. Kiedy widziała na początku spotkania, jak wiele emocji się we mnie kumulowało i potrzebowałam je wyładować, proponowała uderzanie w stos kocy i wałków w sali do jogi i wykrzyczenie wszystkiego, co leżało mi na sercu. Gdy przeżyłam bolesne rozczarowanie w przyjaźni, namawiała do pisania listów, które wspólnie paliłyśmy na łonie natury. Gdy nie mogłam spać i na terapię przyszłam po kilku nieprzespanych z kolei nocach, wprowadzała różne techniki relaksacji. Ogrom pracy wykonywałam w czasie sesji, ale i pomiędzy spotkaniami. W zależności od omawianego tematu pani Agata polecała mi różnego rodzaju książki do przeczytania (np. „Kobiety, które kochają za bardzo” Robin Norvood po sesji związanej z relacjami damsko-męskimi), filmy do zobaczenia (np. „Prawo przyciągania” po tym, jak analizowałyśmy moje podejście do życia), czy zadania do wykonania (miałam m.in. tydzień ze swoim wewnętrznym dzieckiem, w czasie którego codziennie miałam wykonać jedną czynność, która przypominała mi dzieciństwo, np. oglądałam swoje ulubione bajki z dzieciństwa, ugotowałam ulubioną zupę itd.).

Pierwsza książka, jaką poleciła mi pani Agata. Dziś polecam ją wszystkim swoim klientkom, jako pozycję obowiązkową dla każdej kobiety.

Jednocześnie pani Agata zachęcała mnie do innych form rozwoju osobistego, które mogły pomóc mi osiągnąć równowagę. To dzięki niej wróciłam po przerwie na zajęcia jogi, na początek właśnie do Pracowni Ciała i Duszy, bo wygrałam miesięczny karnet w konkursie (podejrzewałam, że pani Agata zaplanowała moją wygraną, choć nigdy o tym nie rozmawiałyśmy, w każdym razie potrzebowałam wtedy ukojenia duszy na jodze), a później do Akademii Jogii i Terapii Ruchem oraz Jogi Życia. Namówiła mnie także do sesji akupunktury u Bartosza Chmielnickiego. Zachęcała do tańczenia, aktywnego spędzania czasu wolnego, wspierała w rozwoju własnej działalności i motywowała do działania na polu zawodowym.

Najlepsza inwestycja

Po tych ponad dwóch latach współpracy z panią Agatą mogę z pełnym przekonaniem napisać, że terapia była najlepszą inwestycją w siebie i nie żałuję ani jednej wydanej złotówki. Może jedynie, że zdecydowałam się na nią tak późno. Co dała mi terapia?

  • zrozumiałam wiele mechanizmów i schematów, które rządziły moim życiem i które sprawiały, że popełniałam notorycznie te same błędy. Dowiedziałam się, skąd one wynikały i dlaczego zachowywałam się tak, a nie inaczej. Dzięki temu mogłam wyeliminować lub chociaż próbować wiele z nich. Nie chcę tutaj opowiadać o szczegółach, bo to bardzo intymna część mojego życia, ale przykładowo zrozumiałam, dlaczego nie potrafiłam odmawiać ludziom pomocy,często byłam wykorzystywana lub dlaczego tak łatwo rezygnowałam, gdy coś nie szło po mojej myśli,
  • pokochałam swoje ciało z wszystkimi jego niedoskonałościami. Zaakceptowałam swoją kobiecość i coraz częściej zaczęłam ją podkreślać. Nauczyłam się przyjmować i dziękować za komplementy. Wstając rano zaczęłam uśmiechać się do siebie. W końcu dobrze czuję się we własnej skórze,

View this post on Instagram

Chyba nigdy nie czułam się we własnej skórze tak dobrze, jak teraz 😉 Nawet, gdybym miała nieograniczony budżet, nie zmieniłabym nic. Żadnej operacji biustu, powiększenia ust, odsysania tłuszczu, czy korekty wzroku (choć, jeśli ktoś czuje potrzebę, szanuję taką decyzję, wszystko jest dla ludzi). Już chyba nawet blizna na kolanie, której laser nie zdołał usunąć stała się częścią mnie i polubiłam ją 😎 A że w końcu mam "ćwierćlustro" w pokoju, to rano mogę sobie powiedzieć "Cześć piękna" i uśmiechnąć się do siebie 😅 I do tego Was zachęcam, bo od razu dzień staje się lepszy. Nie, to nie przejaw narcyzmu, a tego, że lubię i akceptuję siebie 😊 Naprawdę czasem na konsultacjach mam łzy w oczach, gdy słyszę, co my kobiety mówimy na swój temat, jakie jesteśmy wobec siebie okrutne. Tak, też parę lat temu byłam swoim największym krytykiem i ważąc 10kg mniej uważałam się za grubą i nieatrakcyjną. Nie umiałam przejmować komplementów. Latem nie wyszłam w spodenkach, bo wstydziłam się cellulitu. Wiele godzin terapii zajęło mi pokochanie siebie ❤ Nie oznacza to jednak, że nie dbam o to, co mam, dlatego lecę teraz na trening, a Wam życzę miłego dnia 😘 #girl #woman #brunette #polishgirl #longhair #dziewczyna #kobieta #oodt #wdrodzedorownowagi #rownowaga #balance #harmony @reserved @orsay @cccshoesbags

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Dziś lubię siebie w każdym wydaniu. Co więcej, gdyby tak się stało, że przytyłabym, dziś nie rwałabym już sobie włosów z głowy. Oczywiście, nie chciałabym nigdy dopuścić do swojej otyłości, ale waga nie jest już dla mnie moim wyznacznikiem szczęścia.

  • pokochałam siebie i zrozumiałam, że zasługuję na to, aby być kochaną. Wcześniej, jak w opisywanej wcześniej sytuacji bardzo często sama kończyłam swoje związki, bo wydawało mi się, że nie jestem kogoś warta. Myślałam, że muszę zasłużyć sobie na miłość. Bałam się cokolwiek zrobić wbrew drugiej osobie, bojąc się opuszczenia,
  • moje zdanie nie jest uzależnione już tylko i wyłącznie od opinii innych osób. Coraz lepiej radzę sobie z krytyką. Kiedy przejmowałam się wszystkim, co o mnie mówią i piszą, nawet jeśli wiedziałam, że nie jest to prawda. Dziś wiem, że nie wszyscy muszą mnie lubić i nie muszę zadowolić wszystkim wokół kosztem siebie,
  • zrozumiałam, że jestem wartościową osobą i zasługuję na wszystko co najlepsze. Nauczyłam się doceniać siebie i mówić otwarcie o swoich sukcesach. Z drugiej strony przestałam wstydzić się porażek i nie ukrywam ich przed światem. Przyznałam sobie w końcu prawo do popełniania błędów,
  • walczę ze swoim perfekcjonizmem, jestem zadowolona z siebie, nawet jeśli coś uda mi się tylko w 5, 10 czy 50 procentach, a nie w 100. Na egzamin na uczelni czy zaliczenie idę także wtedy, gdy nie nauczę się wszystkiego. Na studiach historycznych, gdy nie nauczyłam się na 100% wszystkiego, nie podchodziłam w ogóle do egzaminu. Dziś nie boję się spróbować, najwyżej się nie uda. Nie tylko na studiach, ale również w innych aspektach swojego życia,
  • dbam o swoje potrzeby, przestałam stawiać siebie na samym końcu. To jednak zdrowy egoizm,
  • uczę się nie kontrolować i nie planować zbytnio swojej przyszłości. Coraz częściej wychodzę ze swojej strefy komfortu i robię coś spontanicznie,
  • nauczyłam cieszyć się z małych rzeczy. Z każdego przeżytego dnia. Z porannej kawy z bliską osobą. Z chwili relaksu z książką. Coraz mniej narzekam. Staram się widzieć zawsze szklankę do połowy pełną,
  • nauczyłam się odmawiać i stawiać granice. Zrozumiałam, że mam prawo mówić „nie”. Nie chcieć czegoś. Nie lubić. Nie mieć ochoty. Oczywiście, nie popadam w skrajności, bo w końcu czasami w relacjach z ludźmi trzeba umieć pójść na kompromis. Walczę z manipulacją,

Ta książka dużo wyjaśnia jeśli chodzi o relacje międzyludzkie.

  • uspokoiłam się. Owszem, w dalszym ciągu zmagam się z nerwicą, ale jej objawy są dużo lżejsze, aniżeli przed terapią. Coraz rzadziej skubię skórki paznokci, obgryzam usta i wewnętrzną stronę policzków czy nerwowo ruszam nogami w czasie siedzenia. Nie mam już tak częstych napadów kompulsywnego objadania się. Nauczyłam się inaczej odreagowywać negatywne emocje i radzić sobie ze stresem,
  • już tak nie przejmuję się rzeczami, na które nie mam wpływu. Pogodziłam się z wieloma faktami ze swojego życia, których nie jestem w stanie zmienić. Zaakceptowałam je. Przestałam się ich wstydzić. Zrozumiałam, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej.
  • zaczęłam mówić coraz bardziej otwarcie o swoich emocjach, dzielić się nimi z bliskimi osobami i nie kumulować wszystkiego w sobie. Dałam sobie prawo do przeżywania smutku, złości, szczęścia i nie wyolbrzymiania faktów. Zrozumiałam, że dziś jestem smutna, ale to nie znaczy, że znowu wpadłam w depresję. Nabrałam do siebie dystansu,
  • wybaczyłam osobom, które mnie skrzywdziły. Zrozumiałam, dlaczego zachowały się tak, a nie inaczej. Przepracowałam złość na nich i pozbyłam się żalu, choć to akurat kosztowało mnie naprawdę wiele nieprzespanych nocy i ogromny kryzys w terapii,

View this post on Instagram

Jakiś czas temu już pokazywałam Wam, że kupiłam tę książkę, ale dopiero teraz miałam czas ją przeczytać i spokojnie przeanalizować. Akurat zbiegło się to w czasie z ostatecznym zakończeniem terapii u @orzechowskapsycholog (w ostatnim czasie spotykałyśmy się jeszcze od czasu do czasu) i rozpoczęciem kolejnego etapu ma mojej drodze do równowagi. Nie sposób wyrazić mojej wdzięczności dla pani Agaty i na pewno napiszę na blogu tekst podsumowujący całą terapię. Czekam z niecierpliwością na jej książkę i oczywiście z całego serca polecam każdemu ze Śląska, ale i online. #terapia #psychoterapia #psycholog #psychoterapeuta #psychotheraphy #psychotheraphist #wdrodzedorownowagi #rownowaga #balance #harmony #mind #ksiazka #book #zycie #zdrowaglowa #emocje #motywacja #motivation

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Jedna z najbardziej wartościowych pozycji dla mnie i mojego procesu terapeutycznego.

  • przestałam robić z siebie ofiarę, choć terapia uzmysłowiła mi, że nią byłam,
  • po prawie 10 latach od śmierci siostry i szwagra przeżyłam w końcu żałobę. Pozbyłam się wyrzutów sumienia, jakie miałam przez te lata, że nie było mnie przy siostrze w ostatnich dniach jej życia,
  • biorę coraz większą odpowiedzialność na swoje życie. Zrozumiałam, że wszystko zależy ode mnie i to ja jestem panią swojego życia,
  • zaopiekowałam się swoim wewnętrznym dzieckiem i cały czas pracuję nad nad tym, aby mała Asia czuła się bezpieczna i kochana.

Czasem zrobię Asi swoją ulubioną zupę z dzieciństwa, czasem pójdę na huśtawki. Ta mała dziewczynka jest też głównym tematem mojej nowej terapii.

Oczywiście, cały czas pracuję jeszcze nad tymi aspektami, bo w tydzień, miesiąc czy rok nie zmienię od razu wszystkiego, ale najważniejsze jest to, że chcę, nie poddaję się i działam. Czasem jeszcze popełniam błędy, czasem kierują mną stare schematy, ale generalnie cały czas się rozwijam.

Praca, jaką wykonałam na terapii na pewno wpłynęła także pozytywnie na moje zdrowie i codzienne samopoczucie. Niestety, u podłoża niedoczynności tarczycy, Hashimoto, czy innych zaburzeń hormonalnych leżą najczęściej stres, trauma, wewnętrzny konflikt, depresja, czy niewypowiedziane emocje. Oczywiście, terapia nie wyleczyła mnie całkowicie z moich problemów zdrowotnych, ale na pewno sprawiła, że nie odczuwam już na co dzień tak wielu psychosomatycznych objawów, jak chociażby ból w klatce piersiowej, duszności, drżenie rąk czy spadek odporności w czasie przewlekłego stresu.

Dzięki terapii jestem w stanie również lepiej zrozumieć swoich podopiecznych, którzy bardzo często również potrzebują pomocy psychologicznej. Moje własne doświadczenia sprawiają, że jestem w stanie wskazać im drogę do odnalezienia swojej wewnętrznej równowagi . Polecam im także książki, które sama przeczytałam, czy filmy, które zobaczyłam i wiem, że bardzo doceniają, że mogą porozmawiać ze mną o wszystkim i liczyć na moje wsparcie w trakcie własnej terapii. Chciałabym również w przyszłości pójść na podyplomowe studia z psychodietetyki.

Jeśli ktoś z jakichkolwiek powodów boi, czy wstydzi pójść na terapię, zawsze polecam tę książkę.To terapia w pigułce. Wiele uzmysławia!

Oznaka siły

Wiele osób pyta mnie, czy nie wstydzę się mówić o tym, że chodziłam na terapię. Zdaję sobie sprawę, że przez wiele lat w naszym społeczeństwie panowało przekonanie, że do psychoterapeuty chodzą tylko i wyłącznie osoby chore psychicznie i komuś może się wydawać, że mam właśnie takie problemy. Nawet, gdyby tak było faktycznie, to uważam, że rozpoczęcie terapii jest oznaką siły, a nie słabości. Jestem dumna z siebie, że zdecydowałam się rozpocząć tak trudną pracę nad sobą, że potrafiłam skonfrontować się z tak trudnymi emocjami i nieraz bolesną wiedzą na swój temat. Nie każdego stać na tak duży wysiłek.

O terapii wiedzieli moi znajomi, przyjaciele i rodzina. Ich reakcje były naprawdę różne. Od słów wsparcia, przez unikanie tematu, po komentarze w stylu „Ja Ci zrobię terapię za darmo” lub „Weź się dziewczyno w garść”. Gdy ktoś zapytał mnie o cokolwiek związanego z terapią, nie miałam problemów, by o niej mówić. Oczywiście o tym, o czym mogłam i chciałam mówić. Tutaj na blogu, jak i na swoich profilach społecznościowych od początku już na początku przyznałam się do terapii. Dostałam od tego czasu sporo wiadomości od osób, których zainspirowałam do pracy nad sobą, a to dla mnie najlepsza nagroda.

Cieszy mnie też, że w mediach coraz więcej pisze się i mówi o terapii psychologicznej. Znane osoby przyznają się, że cierpią/cierpiały na depresję czy inne zaburzenia i korzystają/korzystały z usług specjalistów, psychiatrów, psychoterapeutów i psychologów. Co więcej, nawet mam wrażenie, że taka forma pracy nad sobą powoli staje się modna.

Czy nie prościej i taniej byłoby porozmawiać z kimś bliskim? Z rodzicami, przyjaciółką, partnerem? Owszem, ich wsparcie na pewno jest bardzo ważne, jednak z ich strony zazwyczaj otrzymuje się konkretne rady i wskazówki. Często mówią to, co chcielibyśmy usłyszeć. Nie chcą robić nam przykrości i klepią nas po plecach. Terapeuta raczej zmusza do tego, żeby samodzielnie analizować i wyciągać wnioski. Zadaje pytania. Drąży to, o czym czasem nie chcielibyśmy rozmawiać. Nie daje gotowej recepty. Poza tym nie jest zaangażowany emocjonalnie w nasze życie, dzięki czemu jest neutralny i obiektywny. Przyznam szczerze, że często łatwiej było mi coś powiedzieć pani Agacie, niż komukolwiek innemu. Jej nie wprowadziłam w zakłopotanie, nie wywołałam poczucia winy. Z bliskimi czasem tak bywało.

Zakończenie terapii

Jak już wspominałam, w ostatnim czasie spotykałam się z panią Agatą jedynie od czasu do czasu, kiedy na przykład stresowałam się przez operacją, czy przez kilka dni nie mogłam spać i potrzebowałam porozmawiać. Czasami przez Messengera prosiłam o jakąś poradę, polecenie książki czy filmu. Generalnie radziłam sobie jednak sama i sama też pracowałam dalej nad sobą bazując na zaproponowanych przez nią na terapii metodach i rozwiązaniach. Za to jestem jej niesamowicie wdzięczna, że pokazała mi wiele różnych możliwości. Bo coraz lepiej wiem, kim jestem i potrafię o siebie zadbać.

Niejednokrotnie poleciłam współpracę z panią Agatą swoim podopiecznym ze Śląska, a ostatnio także z innych części Polski i z zagranicy w ramach konsultacji online (telefonicznie i na Skype). Sama doradzałam jej także swego czasu w kwestiach zdrowotnych. Wiem, że polecała moje usługi swoim pacjentom. W takiej sytuacji, nawet gdybym teraz chciała wrócić do intensywnej terapii, to nie byłoby takiej możliwości i pani Agata odesłałaby mnie do kogoś innego.


Jeśli chcielibyście rozpocząć współpracę z panią Agatą, stacjonarnie lub online, polecam z całego serca. Jej profil znajdziecie tutaj. Ja czekam z niecierpliwością na jej książkę w bardzo bliskim mi temacie.

Tak się jednak złożyło, że problemy z bezsennością i rozmowa z neurologiem w Poradni Leczenia Zaburzeń Snu w Katowicach sprawiły, że zdecydowałam się rozpocząć odkładaną przez lata specjalistyczną terapię grupową. Jak się okazało w ośrodku, do którego się zgłosiłam, terapia grupowa rozpocznie się dopiero w październiku, a do tego czasu muszę się do niej przygotować na indywidualnych spotkaniach. Oznaczało to rozpoczęcie nowej terapii indywidualnej i pracę z nową terapeutkę. Tym samym spotkałyśmy się z panią Agatą i ostatecznie zakończyłyśmy naszą współpracę.

Oczywiście, było mi przykro i łezka zakręciła się w oku. Miałam nawet wyrzuty sumienia, że zdecydowałam się na inną terapię. Pani Agata uspokoiła mnie jednak, że to normalna kolej rzeczy, że sama miała niejednego terapeutę w swoim życiu i od każdego wiele się nauczyła. Jej zdaniem najważniejsze jest to, że jestem w procesie terapeutycznym i pracuję nad sobą. Stwierdziła, że jestem w pełni gotowa na ten kolejny krok.

Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo wdzięczna pani Agacie za wszystko co dla mnie zrobiła. Dzięki jej wsparciu mogę powiedzieć, że jestem dziś całkiem inną osobą, niż dwa lata temu, kiedy przyszłam do niej na pierwsze spotkanie do Pracowni Duszy i Ciała. Oczywiście, jeszcze dużo pracy przede mną, ale pod okiem pani Agaty wykonałam ogromny krok naprzód…

6 myśli w temacie “Najlepsza inwestycja w siebie”

  1. Witam. Czy masz jeszcze namiary na poradnię w Katowicach, gdzie trzeba się zarejestrować do Pani Agaty. Rozmawiał z nią. Podała adres Kościuszki 223, ale pod tym adresem nie ma żadnej poradni.

  2. Asiu, będąc w dwóch terapiach grupowych (grupa wyłącznie dla kobiet ze spotkaniami 3x w roku i grupa cotygodniowa po 2h na spotkanie) szczerze polecam tę formę. Potrafi wyciągnąć z człowieka o wiele, wiele więcej niż indywidualna, bo przy słuchaniu opowieści innych potrafią Ci się przypomnieć fakty, uczucia i wydarzenia, które bardzo mocno rzutują na to, co przechodzisz teraz.

  3. Pani Asiu bardzo dziękuję za ten wpis- szczery, podnoszący na duchu. Dzięki Pani wiem, że nie jestem sama ze swoimi emocjami- podobnymi zresztą do tych, które Pani opisuje. Cieszę się, że pokochała Pani siebie, swoje wzloty i upadki, że zaakceptowała Pani fakt, że jesteśmy tylko ludźmi. Ja jestem jeszcze na początku tej drogi, ale wierzę że tak, jak dla Pani i mnie się to kiedyś uda. Wysyłam wirtualny uścisk! I serdecznie pozdrawiam 🙂 Życząc samych sukcesów:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s