odżywianie

Jak wydawać mniej na jedzenie

Nie wiem, czy również macie takie wrażenie, ale ceny żywności poszły w ostatnich miesiącach strasznie do góry. Czasami mam wrażenie, że zarabiam tylko na jedzenie, a nie mam przecież 5-osobowej rodziny. I nie, nie kupuję w sklepach z ekologiczną żywnością, nie jem codziennie polędwicy wołowej z komosą ryżową, ani nie ma w moim jadłospisie nasion kawioru, szafranu, czy krewetek. Nie piję też najdroższej kawy sprowadzanej z Ameryki. Mimo diety bezglutenowej, nie kupuję praktycznie w ogóle żadnych produktów ze znakiem przekreślonego kłosa, a stawiam na naturalnie bezglutenowe. Najdroższymi produktami, na które sobie pozwalam są makaron z soczewicy i ciecierzycy za 5,99zł i jogurt kokosowy bez cukru za 3,99zł.

W moim codziennym koszyku w Biedronce czy Lidlu znajdują się:

  • pomidorki koktajlowe, ogórki, brokuł, kalafior, cukinia, buraki, papryka, kiełki, cytryny,
  • oliwki konserwowe, ciecierzyca i soczewica konserwowa, pomidory konserwowe,
  • jabłka, mango, gruszki, figi, brzoskwinie, nektarynki,
  • kasza gryczana, ryż brązowy, makaron gryczany, makaron z soczewicy i ciecierzycy, płatki jaglane,
  • mleko bez laktozy, serek wiejski bez laktozy, ser typu feta, jogurt kokosowy bez cukru,
  • mięso z piersi indyka, filety z miruny, jajka,

Do tego,wiadomo, co jakiś czas, muszę kupić oliwę z oliwek do smażenia i olej lniany do sałatek, przyprawy czy kawę mieloną i rozpuszczalną (tak, piję rozpuszczalną!). Jak widzicie to naprawdę nic wykwintnego, same podstawowe produkty.

Codzienne zakupy robię głównie w Lidlu i Biedronce. Mam jeszcze obok domu Kaufland i Carrefour, ale nie są to sklepy pierwszego wyboru i rzadko do nich wchodzę. W pobliżu domu i siłowni mam też targowiska, gdzie czasami kupuję owoce i warzywa, ale to też tylko wtedy, gdy nie znajdę ich na sklepowych półkach.

Mimo, że lubię dobrze zjeść, nie chcę wydawać fortuny na jedzenie i dbam o to, aby wydawać jak najmniej na zakupach. Mam kilka sprawdzonych sposobów i chciałam się dzisiaj z Wami nimi podzielić.

1. Przeglądam gazetki promocyjne.

Na bieżąco sprawdzam nowe gazetki z Lidla i Biedronki w poszukiwaniu promocji na moje ulubione produkty, ale też szczególnie korzystnych okazji, dzięki którym mogłabym przygotować coś ekstra w niższej cenie. Czasami zabieram ze sklepów wersje papierowe gazetek, głównie z myślą o rodzicach, ale najczęściej przeglądam w aplikacji na telefonie Blix.

Tutaj możecie pobrać aplikację na Androida, a tutaj na Apple, natomiast tutaj możecie przejrzeć gazetki w przeglądarce internetowej.

Blix to darmowa aplikacja z gazetkami najpopularniejszych sklepów spożywczych, jak Biedronka, Lidl, Kaufland, Netto, ale też drogerii (Rossmann, Natura, Hebe), czy rozmaitych sklepów począwszy od Empika, przez CCC, Decathlon, OBI po Pepco. Powiedziała mi o niej koleżanka na uczelni i od tego czasu polecam ją każdemu!

Aplikacja na bieżąco aktualizuje gazetki. Ja ustawiłam sobie, że jeśli tylko pojawi się jakaś nowa oferta z Lidla lub Biedronki, to od razu otrzymuję powiadomienie. Aplikacja przypomina mi również, że wkrótce kończy się dana gazetka i zawarte w niej promocje.

Jeśli akurat skończy mi się kawa, to wpisuję produkt w wyszukiwarce i sprawdzam, czy może nie jest właśnie w promocji w jakimś supermarkecie. To bardzo fajna opcja, szczególnie przy droższych produktach. To jedyna sytuacja tak naprawdę, kiedy idę do Intermarche, czy Netto, bo akurat jakiś produkt jest tam w bardzo dobrej cenie.

Co najważniejsze, aplikacja jest darmowa i nie trzeba się nigdzie rejestrować. Przez to zawiera reklamy, ale nie przeszkadzają jakoś specjalnie.

W aplikacji można także dodać karty lojalnościowe i wtedy nie musimy nosić ich wszystkich w portfelu.

Planując swoje posiłki zawsze biorę pod uwagę promocje w sklepach. Jeśli akurat tańsza jest papryka, przygotowuję jakieś leczo. Kiedy w promocji jest mango, kupuję je do omletu na śniadanie zamiast droższych borówek. Łososia jem w sumie tylko wtedy, kiedy jest w obniżonej cenie. To naprawdę podstawa planowania mojego jadłospisu i zakupów.

Warto jednak mieć gdzieś w pamięci podstawowe ceny produktów, bo czasami supermarkety podają w czasie promocji wyższą cenę wyjściową i tak naprawdę oszczędzamy niewiele. Przyznam jednak, że w Lidlu, czy Biedronce rzadko się to zdarza. W sumie nie pamiętam takiej sytuacji z ostatnich tygodni. Warto też sprawdzać gramatury produktów w promocji, bo czasem opakowania są mniejsze i ich zakup może się totalnie ni opłacać.

2. Korzystam z dodatkowych zniżek dla stałych klientów.

Jako, że większość zakupów robię w Lidlu, oczywiście mam na telefonie aplikację Lidl Plus.

Tutaj możecie ją pobrać na Androida, a tutaj na Apple.

W każdym tygodniu w aplikacji są dostępne dodatkowe kupony tylko do użytkowników aplikacji. Co więcej, po każdych zakupach otrzymuje się dodatkowy kupon – zdrapkę. Czasami naprawdę zniżki są spore, nawet do minus 50 procent.

Życzyłabym sobie jedynie, aby kupony otrzymywane w nagrodę za zakupy brały pod uwagę to, co najczęściej wkładamy do koszyka. Są to jednak zazwyczaj przypadkowe produkty. Ja się nie skuszę na chleb tostowy czy sok pomarańczowy, bo nie jadam, ale na pewno wiele osób kupi tylko dlatego, że dostało zniżkę.

Aby skorzystać z kuponu, koniecznie trzeba go aktywować, a przy kasie zeskanować kartę. Warto też przy kasie sprawdzać, czy rabat został naliczony, a także czytać dokładnie jakie produkty obejmuje. Zdarza się bowiem, że promocja jest tylko na paprykę czerwoną, a na zieloną już nie.

W Biedronce mam oczywiście kartę stałego klienta, dla których posiadaczy są dodatkowe rabaty i promocje, o których sklep informuje w gazetkach promocyjnych. Dopiero parę dni temu zainstalowałam na telefon aplikację Moja Biedronka (tutaj do pobrania na Androida, tutaj na Apple), gdzie również możemy sprawdzić ofertę sklepu, nowe produkty w sprzedaży, znaleźć różne przepisy, wziąć udział w konkursach różnych marek czy stworzyć listę zakupów. Nie widzę jednak żadnych dodatkowych ofert dla posiadaczy aplikacji.

Ostatnio zainstalowałam sobie również aplikację Żabki.

Tutaj możecie pobrać aplikację na Androida, a tutaj na Apple.

W Żabce zostawiam naprawdę sporo pieniędzy na moje jedyne uzależnienie, mianowicie gumy Orbit Lemon Lime. Jestem w stanie wyżuć dziennie nawet całe, duże opakowanie 25 pastylek. Ba, nawet w pół godziny. Rzucie gumy bardzo mnie odstresowuje i jest lepszym rozwiązaniem niż paczka nerkowców (50kcal vs 1200kcal).

Zainstalowałam więc sobie aplikację Żabki, bo za każde wydane pełne 1zł dostajemy 4 żabsy, które potem możemy wymienić chociażby na kolejne gumy, czy kawę. Skoro i tak tam kupuję, to skanowanie kodu nic mnie nie kosztuje.

W aplikacji można znaleźć także spersonalizowane oferty promocyjne. Warto je sprawdzać będąc już w sklepie.

Wiele innych sklepów również ma swoje aplikacje na telefon, jak Carrefour, Netto, Tesco, ale nie robię tam praktycznie w ogóle zakupów, więc nawet ich nie ściągam. Warto jednak zastanowić się, gdzie najczęściej robicie zakupy i sprawdzić, czy dany sklep mam swoją aplikację.

3. Kupuję produkty sezonowe i własnych marek.

Teraz, kiedy jest sezon na dynię i jest ona bardzo tania, staram się jak najczęściej planować ją w swoim jadłospisie i to w różnej formie.

Na moim profilu na Instagramie znajdziecie przepisy na wegetariańskie curry z dynią czy ciasto dyniowe.

View this post on Instagram

Sezon na dynie w pełni, pogoda typowo jesienna, więc coraz częściej stawiam na ciepłe, rozgrzewające posiłki 🎃 Tym samym na kilka dni ugotowałam wegetariańskie, warzywne curry. Polecam zrobić w weekend i mieć gotowy obiad lub kolację już do wtorku czy środy. Składniki: ok. 500g dyni, 1 duża papryka, 1 papryczka chilli, 1 duża cukinia, puszka pomidorów konserwowych, puszka soczewicy konserwowej lub ugotowanej, 1 cebula, 2 ząbki czosnku, 250ml mleczka kokosowego, łyżeczka oliwy z oliwek, przyprawy: sól, pieprz, curry, papryka słodka, kurkuma. Przygotowanie: na oliwie z oliwek zeszklić posiekaną cebulę i czosnek, dodać pokrojonę w kostki paprykę i podsmażyć 5 minut. Dodać pokrojoną w kostki dynię i cukinię, pomidory konserwowe, mleczko kokosowe, przyprawić do smaku i zagotować. Następnie dusić do miękkości na małym ogniu. Pod koniec dodać soczewicę konserwową i dusić jeszcze kilka minut. Podawać z ryżem, kaszą lub makaronem. U mnie mój ulubiony makaron soczewicowy z Lidla. #curry #curryzdynia #pumpkincurry #pumpkin #wege #vege #vegan #vegetarian #veganfood #vegetarianfood #obiad #kolacja #pomyslnaobiad #dinner #recipe #food #instafood #zjednejpatelni #soczewica #lentils #diet #dietetyk #dietetitian #dietetics #nutrition #nutritionist

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

View this post on Instagram

Choć dynię możemy kupić już praktycznie przez cały rok, to powoli zaczyna się sezon. Warto więc przemycić ją do różnego rodzaju dań wytrawnych, ale i na słodko. Dynia jest lekkostrawna, zawiera sporo β-karotenu, potasu, żelaza i cynku oraz niektórych witamin z grupy B), w zależności od odmiany ma od 26 do 45 kcal w 100 g miąższu. Świetnie sprawdzi się więc na dietach redukcyjnych. Ze względu na zawarty w niej błonnik zapewnia uczucie sytości. Naturalne obniża poziom cholesterolu we krwi, reguluje ciśnienie krwi oraz pozytywnie wpływa na wzrok. Mój ojciec gotował ostatnio zupę dyniową i zostało mu całkiem sporo, więc wykorzystałam ją do zrobienia indyjskiego curry. Wyszło pysznie. Najlepiej smakuje jednak na drugi dzień, gdy smaki się przegryzą. 🎃 Curry z dynią i ciecierzycą 🎃 Składniki na 4 porcje: 400g dyni, 200g marchewki, puszka pomidorów konserwowych, 400g ciecierzycy konserwowej lub gotowanej, 100ml mleczka kokosowego, 300g szpinaku baby, 12 pomidorków koktajlowych, łyżeczka oleju kokosowego, 1 cebula, 1 ząbek czosnku, przyprawy: kumin, kardamon, cynamon, kurkuma, papryka słodka i ostra, imbir, sól, pieprz. Przygotowanie: na oleju kokosowym zeszklij posiekaną cebulę i czosnek. Dodaj po szczypcie przypraw i podsmaż. Jeśli przyprawy zaczną przywierać do patelni dodaj część mleczka kokosowego. Następnie dodaj pokrojoną w kostki marchewkę i podsmaż ok. 5 minut, po czym dodaj obraną i pokrojoną w kostki dynię. Całość zalej pomidorami i mleczkiem kokosowym. Zagotuj i duś na małym ogniu aż warzywa będą al' dente (ok. 20 minut). Dodaj ciecierzycę konserwową lub gotowaną i duś jeszcze ok. 10 minut. Pod koniec dodaj szpinak i przekrojone na połówki pomidorki koktajlowe. Duś jeszcze kilka minut, aż szpinak będzie miękki 😋 1 porcja bez dodatków zawiera ok. 300kcal, w tym 15g białka, 10g tłuszczy i 40g węglowodanów (15g błonnika). Curry najlepiej podawać z ryżem, choć ja zjadłam z makaronem z soczewicy dla zwiększenia ilości białka w posiłku. Smacznego ❤#curry #indianfood #zjednejpatelni #jednogarnkowe #zdrowyobiad #obiad #dinner #vege #vegan #vegetarian #gluten #glutenfree #diet #dietetyk #dietetitian #dietetics #nutrition #nutritionist #food #instafood

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

View this post on Instagram

Bezglutenowe ciasto dyniowe 🎃 . Zostało mi trochę dynii z curry i wykorzystałam ją do… ciasta! Ostrzegam, to nie jest fit ciasto, bo jeden kawałek ma ok. 273kcal, ale za to jest absolutnie pyszne. . Składniki na ciasto: 400g dynii, 250g mąki jaglanej, 150g mąki z ciecierzycy, 50g masła, 50g mleka kokosowego, 2 łyżki roztopionego miodu, 2 łyżeczki proszku do pieczenia, łyżeczka cynamonu. . Składniki na polewę: serek Mascarpone, 1 łyżka miodu, pestki dynii. Przygotowanie: dynię obieramy i trzemy na tarce o średnich oczkach. Mieszamy z pozostałymi składnikami na ciasto. Przelewamy do wyłożonej papierem do pieczenia lub posmarowanej masłem formy na keksówkę. Pieczemy 45 minut w rozgrzanym do 180 stopni piekarniku. Serek mascarpone miksujemy z roztopionym miodem. Przekładamy nim ciasto i smarujemy na górze. Posypujemy pestkami dynii. . Z ciasta wyszło mi 12 porcji ciasta, z czego każdy ma ok. 273kcal, w tym 8g białka, 13g tłuszczy i 30g węglowodanów. Oczywiście, możemy użyć innych mąk, jeśli nie jesteście na diecie bezglutenowej. Natomiast jeśli musicie unikać laktozy, możecie dodać roztopionego oleju kokosowego zamiast masła, a do zrobienia polewy sięgnąć po serek bez laktozy. . Mąki dostałam od sklepu @fitnessfoodpl. Z kodem JOAHAS macie 6% zniżki na całe zakupy! . #dynia #ciastozdynia #ciastodyniowe #bezglutenu #ciastobezglutenowe #glutenfree #celiakia #slodycze #ciasto #przepis #dieta #dietetyk #wypieki #dokawy #ciastodokawy #pysznosci #cospysznego #kremzmascarpone #jesiennesmaki

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Sezon na borówki, maliny i truskawki już się skończył, dostępne są tylko stosunkowo drogie importowane z zagranicy. Nie kupuję więc do porannego omletu malin za 6,99zł, ale gruszki, bo właśnie są w najlepszej cenie.

Tutaj możecie pobrać jednodniowy jadłospis 1800kcal z wykorzystaniem produktów sezonowych: śliwek, grzybów, brukselki i dyni.

Najczęściej kupuję również produkty własnych marek Lidla czy Biedronki. Ceny są dużo niższe. Przykładowo ciecierzyca konserwowa 310g z Bonduelle kosztuje 4,59zł, a z Freshony z Lidla 3,49zł za 540g. Skład ten sam. Często nawet producent jest ten sam, a różnica tkwi w opakowaniu i napisach. Warto więc sprawdzać ceny marek własnych i brandowych i wybierać te tańsze. Oczywiście, kontrolując składy.

Muszę też przyznać, że kupuję większość kosmetyków własnej marki Lidla, w tym kremy do twarzy, płatki higieniczne, płyn micelarny, mleczko do demakijażu, pasty i szczoteczki do zębów, płyny do płukania jamy ustnej, żele do golenia i płyny do kąpieli. Naprawdę jestem z nich bardzo zadowolona i nie widzę żadnej różnicy w porównaniu ze znanymi markami kosmetycznymi, a cena jest nieporównywalnie niższa. Napiszę o nich kiedyś osobny artykuł.

4. Nie marnuję jedzenia.

Nie kupuję jednak nigdy więcej, aniżeli faktycznie potrzebuję. Chyba, że są to produkty z dłuższą datą ważności, jak makaron z soczewicy, kasza gryczana, czy płatki jaglane. Nie kupuję w ilościach hurtowych, aby potem coś wyrzucić, bo zdąży się przeterminować. Zachęcam Was więc, aby zastanowić się, czy na pewno potrzebujecie pięciu opakowań szynki, bo akurat jest w promocji. Wiem, zawsze można komuś oddać, ale nie będzie to oszczędność pieniędzy dla nas.

Na zakupy warzywno-owocowe chodzę codziennie. Kupuję tylko tyle, ile mam w planie zjeść danego dnia lub potrzebuję do przygotowania dania na najbliższe kilka dni. Raczej się nie zdarza, że nie mam czasu wejść do sklepu, bo Biedronkę i Lidla mam po drodze, czy na treningi personalne, czy na siłownię, czy na basen. Indyka czy kurczaka kupuję w większych opakowaniach, porcjuję według zaplanowanej do posiłku gramatury i zamrażam. Dzień wcześniej wieczorem wkładam do lodówki i rano mam gotowe do przyrządzenia do obiadu. Podobnie robię z rybą.

Przed zakupem sprawdzam zawsze daty ważności i wybieram te możliwie najdłuższe, szczególnie jeśli chodzi o jajka czy nabiał. Oznacza to tym samym, że jestem bardzo nielubianym klientem przez sklepy, bo zamiast sięgać po pierwszy z brzegu produkt, wybieram te ukryte w tyle.

Zaglądam do koszów z produktami z krótką datą ważności, na które jest zazwyczaj całkiem spora obniżka, nawet o 50 procent. Niekiedy są to 1-2 dni, więc jeśli wiem, że zjem coś jeszcze tego samego dnia, wkładam go do koszyka.

Otwieram ser feta i jem go przez kolejne trzy dni w sałatce, aby go nie wyrzucić. Jeśli nie zużyję całego mleka kokosowego do curry, przelewam do słoika i planuję w najbliższych dniach ciasto czy inne wytrawne danie z jego wykorzystaniem. Jeśli już naprawdę wiem, że czegoś nie zjem przed upływem daty ważności, dzielę się z rodzicami lub sąsiadami.

Zawsze rano gotuję makaron czy kaszę do kolejnych posiłków. Jeśli wypadnie mi, że na przykład nieoczekiwanie zjem coś na mieście lub u chłopaka, niczego nie wyrzucam. Wkładam to, co zostanie do lodówki i jem następnego dnia. Schładzanie i odgrzewanie jest zresztą zalecane osobom na diecie z niskim indeksem glikemicznym, wytwarza się bowiem skrobia oporna, podobnie jak błonnik nierozkładana przez enzymy i stanowiąca pożywkę dla bakterii jelitowych. Tym samym poziom glukozy we krwi po zjedzeniu takiego produktu jest niższy).

Kilka lat temu, kiedy jeszcze jadłam chleb (teraz na diecie bezglutenowej w ogóle nie jem) również porcjowałam sobie do pojemników i mroziłam w lodówce.

Gdy mam w planie jakiś dłuższy wyjazd, wyjadam zawsze do końca produkty z krótszym terminem ważności z lodówki i nie robię zapasów. Jeśli już cokolwiek mi zostanie, zostawiam rodzicom. Można też skorzystać z lokalnych jadłodzielni.

5. Planuję jadłospisy z kilkudniowym wyprzedzeniem.

Zawsze planuję jadłospisy z kilkudniowym wyprzedzeniem, jak już wspominałam wcześniej w oparciu o aktualne promocje w sklepach i o to, co mam w lodówce i szafkach do wykorzystania. Jak wiecie używam na co dzień aplikacji Fitatu i zawsze dzień wcześniej wpisuję zaplanowane posiłki tak, aby wszystko się zgadzało. Następnego dnia jedynie modyfikuję jadłospisy, jeśli zjem czegoś więcej lub mniej.

Jeśli przygotowują jakieś leczo lub curry z jednej patelni, tak planuję składniki, aby wystarczyło na 4-6 porcji, bo zazwyczaj dzielę się z rodzicami i chłopakiem, sama jedząc je przez 2-3 dni. Urozmaicenie w diecie jest bardzo ważne, więc później sięgam już po inne składniki i przygotowuję nowe potrawy.

Kiedy mam zjazd na uczelni, zawsze przez weekendem analizuję plan zajęć i sprawdzam, ile muszę przygotować sobie pudełek z jedzeniem na dany dzień. Chyba nigdy nie zdarzyło mi się pójść na zajęcia bez jedzenia i musieć kupić po drodze jakiegoś gotowca. Owszem, czasami idziemy na dłuższej przerwie, czy po zajęciach do restauracji, ale to są zawsze zaplanowane wyjścia. Jeśli już mam przygotowane jedzenie, to jeśli nie dam rady go zjeść w kolejnym posiłku, nie idę jeść na mieście, nawet jeśli mam wielką ochotę. Szkoda byłoby wyrzucić, a na drugi dzień taka sałatka byłaby już niezjadliwa.

6. Robię listy zakupów.

Wiedząc, co planuję jeść przez najbliższe dni, robię sobie listy zakupów i w sklepie kupuję tylko to, co faktycznie potrzebuję. Owszem, supermarkety robią wszystko, abym jednak skusiła się jeszcze na ciasteczka czy batona w kolejce do kasy (w Lidlu zazwyczaj wszystko jest w stałych miejscach, ale Biedronka jest mistrzem, jeśli chodzi o przenoszenie towarów na inne regały). Ja akurat mam silną wolę i naprawdę rzadko kiedy cokolwiek jest mnie w stanie skusić (częściej już kupię coś co lubią rodzicom lub chłopakowi, żeby sprawić im przyjemność).

Czasami chodząc po sklepie jakiś produkt faktycznie wpadnie mi w oko, ale zawsze zastanowię się przed zakupem pięć razy, czy ja na pewno go zjem. Często spróbowałabym jakiś chipsów warzywnych, czy wątróbki cielęcej, ale zanim włożę ją do koszyka przejdę się jeszcze raz po sklepie, zastanawiając czy chipsów jednak komuś nie oddam, albo czy ostatecznie stwierdzę, że jednak nie mam ochoty na podroby.

Warto przygotowywać sobie listy zakupów i trzymać się ich bezwzględnie. No chyba, że faktycznie o czymś zapomnimy na śmierć, a potrzebujemy lub jest jakaś naprawdę dobra promocja, o której nie wiedzieliśmy. Wtedy jednak trzeba się pięć razy zastanowić przed zakupem. Ja najczęściej spisuję listę zakupów na kartce długopisem, ale można tworzyć sobie również listy na telefonie.

Aplikacja Blix umożliwia tworzenie listy zakupów w czasie przeglądania gazetek.

Wystarczy kliknąć na dany produkt i samoczynnie doda się do listy.

Możemy również sami dodawać inne produkty.

Listę możemy udostępniać rodzinie np. przez Messengera czy WhatsAppa. Warto konsultować zakupy z pozostałymi członkami rodziny, aby nie kupować dwa razy tych samych produktów. Ja przykładowo jestem umówiona z mamą, że jeśli zdarzy się jej być na zakupach i kupić coś dla mnie, to daje mi znać sms-em. Zazwyczaj jednak, jeśli już chce, aby zrobiła dla mnie jakieś zakupy, bo nie mam wyjątkowo czasu, albo potrzebuję coś z okolicznego targowiska, na które zawsze rano chodzi, to daję jej konkretną listę.

Wiem, że sporo osób używa również aplikacji Listonic do tworzenia list zakupów. W niej także możecie przeglądać gazetki promocyjne z różnych sklepów.

Ja sama nie korzystam, ale dobrą metodą uniknięcia kupowania zbędnych produktów są zakupy online.

7. Nie kupuję w sklepach z ekologiczną żywnością.

Przyznaję, że jeszcze parę lat temu byłam stałą bywalczynią sklepów z ekologiczną żywnością. Wydawałam tam fortunę na produkty ze znakiem „bo”, „eko”, „organic”. Do momentu, kiedy zobaczyłam, że szynka parmeńska w Organicu z naklejonym zielonym listkiem kosztowała 30zł, a w Biedronce 10zł. Ta sama. Ten sam skład, producent i gramatura. Wtedy przyszło otrzeźwienie.

Marchewka w certyfikatem „bio” z Lidla? Nie, sięgam po zwykłą. Naturalne związki wykorzystywane w ekologicznym rolnictwie również mogą być szkodliwe dla zdrowia i środowiska. Nawet bardziej, niż sztuczne. Co chwilę wychodzą jakieś raporty, że ekologiczna żywność zawiera więcej pestycydów, czy metali ciężkich. Ekologiczne produkty kosztują jednak zdecydowanie więcej, bo takie rolnictwo jest dużo mniej wydajne, a i kluczowy jest tutaj marketing. Często ekologiczne warzywa i owoce są też dodatkowo pakowane w plastikowe opakowania.

Bio bazary w miastach? Platforma Lokalny Rolnik? Kiedyś faktycznie kupowałam tam masę produktów, ale ceny tam są obecnie kosmiczne. Może i chciałabym jajka od szczęśliwych kur, czy mięso ze sprawdzonych hodowli, ale po pierwsze nie mam tyle pieniędzy, a po drugie pewności co do jakości i wpływu na zdrowie.

Także nie popadam w paranoję, czytam składy produktów. Nie kupuję przetworzonej żywności. Unikam cukru, tłuszczu palmowego, tłuszczy trans, sztucznych dodatków. Myślę, że to najrozsądniejsze, co mogę zrobić. A jeśli już chcę jakiś naprawdę swojskich produktów, to pytam wśród rodziny i znajomych, czy nie mają jakiś sprawdzonych źródeł. Czasami ktoś mi oferuje jajka ze wsi lub reklamówkę orzechów włoskich z ogródka babci.

Na parapecie hoduję natomiast pietruszkę i cebulkę na własny użytek, choć pewnie zawiera mnóstwo metali ciężkich ze śląskiego powietrza. Kiedyś muszę pomyśleć też o własnej hodowli kiełków, bo kupuję sporo, ale przyznaję, że po prostu nie mam na to czasu. Jeśli macie ogródek, warto posadzić sobie zioła, marchewkę, czy uprawiać pomidory.

8. Gotuję w domu, okazyjnie jadam na mieście.

Oczywiście, bardzo lubię jeść w restauracji, jednak nie wyobrażam sobie codziennie kupować po kilka dań na mieście. Potrzebowałabym minimum 100zł dziennie, co w skali miesiąca oznacza ogromne kwoty. Gotuję więc sama w domu. Jak już wspominałam na uczelnię zabieram posiłki w pudełkach. Jeśli akurat pora jedzenia wypada w drodze do klienta lub gdy mam treningi personalne, również zabieram jedzenie ze sobą i jem w komunikacji miejskiej, czy pomiędzy treningami. Podobnie, gdy jadę w góry, czy do Krakowa albo Wrocławia pozałatwiać jakieś sprawy, również mam ze sobą pudełka. Oczywiście, może nie na wszystkie posiłki, bo czasem mam ochotę zjeść w jakiejś restauracji, ale najczęściej jest to jeden obiadowy posiłek, a nie cztery.

Jak wiecie, uwielbiam bar wegetariański „Złoty Osioł” w Katowicach i to najczęściej odwiedzana przez ze mnie restauracja, ale za danie główne i bar sałatkowy płacę niecałe 15zł, więc to nie jest majątek. Przyznaję jednak, że ostatnio jadam i tam coraz rzadziej, co wolę ugotować coś sama w domu. Okazyjnie oczywiście chodzimy też z chłopakiem do restauracji, bo nie powiem, że nie lubię testować nowych smaków i potraw. Czasami zdarza się też, że gdy naprawdę nie mamy czasu gotować albo jesteśmy bardzo zmęczeni, idziemy na burgera. To są jednak wyjątkowe sytuacje i w sumie w skali miesiąca w restauracji jestem może z 2-3 razy.

View this post on Instagram

Będąc w Lwowie zakochałam się w gruzińskiej restauracji @chinkalnia. Nie wiedziałam, że to sieciówka, dostępna również w Polsce! Ci więcej, niedawno kolejna restauracja otwarła się w Katowicach. Wczoraj udaliśmy się więc na testy. Ja wybrałam na mały głód pikantną zupę charcho z mięsem wołowym i ryżem 🌶 Była bardzo dobrze doprawiona i mocno rozgrzewająca. Łukasz zamówił tradycyjnie chinkali i chaczapuri po adżarsku. Mówił, że dobre, ale w Lwowie było lepsze 😉 Czaczy niestety nie popróbowaliśmy, bo byliśmy samochodem, więc następnym razem 🙈 Co do restauracji, lokalizacja bardzo dobra, wystrój bardzo klimatyczny, jedynie nie lubię, kiedy dostaję się swoje zamówienia w różnym czasie, więc następnym razem muszę zwrócić na to uwagę. Następny raz na pewno jednak będzie 😋 #chinkalnia #chinkali #charcho #chaczapuri #restauracjagruzinska #kuchniagruzinska #gruzja #katowice #silesia #restauracja #kolacja #kolacjawedwoje #jedzenie #food

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Ostatnio byliśmy w gruzińskiej Chinkalni w Katowicach.

Chciałam też z skorzystać z Restaurant Week’u w Katowicach i wybrać się na 3-daniową degustację z dodatkowym drinkiem za 49zł, ale niestety menu żadnej restauracji nie przypadło mi do gustu (dla bezglutenowca n Śląsku jest bardzo mało propozycji i chyba w żadnej restauracji nie dałabym rady spróbować wszystkich 3 pozycji). Stwierdziłam więc, więc wolę zostawić sobie te pieniądze na wypad do jednej z naszych ulubionych restauracji.

Takie festiwale są jednak dobrą opcją, aby zjeść wykwintne dania w stosunkowo niskiej cenie, więc zachęcam do przejrzenia propozycji w swoim mieście.

Warto więc śledzić wydarzenia w swojej okolicy, a także strony różnych restauracji i korzystać z promocji w stylu „happy hours”, czy brać udział w konkursach i wygrywać darmowe kolacje z osobą towarzyszącą.

9. Piję kawę w domu, okazyjnie kupuję na mieście.

Nie wyobrażam sobie poranku bez kawy. Ba, nie wyobrażam sobie popołudniowej pracy przy komputerze bez kubka kawy. Piję po 2-3 dziennie (rano czarną, a potem z mlekiem). Mam zwykły ekspres przelewowy i czasem jednak mam ochotę na dobre Americano z Costy. Najczęściej zdarza mi się je kupować w czasie weekendu na uczelni w Katowicach, ale też staram się ograniczać do minimum, bo zdarzało mi się w trzy dni wydać po 50zł na same kawy. Oczywiście, mam aplikację Costy na telefon.

Do pobrania tutaj na Androida, a tutaj na Apple.

Zbieram ziarenka, aby 14. kawę otrzymać gratis. Czasami dostaję też jakieś kupony promocyjne, np. teraz mam jeszcze – 30% na dowolny napój do wykorzystania.

Kiedyś w Coście była jeszcze zniżka dla studentów, z której korzystałam za okazaniem legitymacji, ale teraz dotyczy ona chyba już tylko studentów do 26 roku życia. Zamiast do Costy chodzę teraz najczęściej do bufetu, gdzie tak samo dobra kawa kosztuje 3,5zł, a nie 3 razy tyle.

Korzystam też z promocji w różnych sklepach i lokalach. Przykładowo w poniedziałki można teraz kupić w McDonalds’ie małą lub średnią kawę za 2zł (więcej o promocji tutaj). Z kolei w Żabce ostatnio między godziną 7:00 a 10:00 kosztowała 1,99zł. Warto też śledzić profile różnych kawiarni. Czasami w porannych godzinach można kupić kawę za 1zł.

Muszę jednak w końcu kupić sobie kubek termiczny i zabierać kawę z domu na drogę. Wtedy to dopiero tak naprawdę będzie oszczędność.

10. Piję częściowo kranówkę.

Staram się pić około 2-3 litrów dziennie. Niestety, ze względu na konieczność uzupełnienia minerałów (to jedno z moich podstawowych źródeł wapnia w diecie), połowa z tego to butelka Muszynianki czy Sauguaro Muszyńskie. To całkiem spory wydatek w skali miesiąca, bo butelka kosztuje około 2zł, więc 60zł wychodzi 60zł na miesiąc. Gdy jest w promocji, kupuję oczywiście kilka zgrzewek na zapas. Pewnie, mogłabym kupić sobie suplement z wapniem, ale biorę już tyle leków, że staram się ograniczać suplementację do minimum. Kupowanie wody w butelkach nie wpisuje się w filozofię zero waste, ale staram się nie popadać ze skrajności w skrajność. Biorąc też pod uwagę, że nie kupuję słodyczy, ani alkoholu, ani papierosów, to też nie boli mnie jakoś szczególnie te kilkadziesiąt złotych na wodę.

Nie kupuję natomiast już drugiej butelki wody źródlanej, ale najzwyczajniej w świecie piję kranówkę. Mam dzbanek z filtrem, ale przyznam, że rzadko go używam. Woda na Śląsku jest zdatna do picia, regularnie badana. Wodociągi i Sanepid sami zachęcają nawet do picia „wody z kokotka”, organizując różnego rodzaju kampanie promocyjne. Nawet w katowickich restauracjach można dostać darmową kranówkę.

W piątkowym wydaniu lokalnego Dziennika Zachodniego pojawił się nawet artykuł, że wodę z kranu piją wszyscy, zwykli ludzie, politycy i sportowcy. Artykuł znajdziecie tutaj.

Noszę więc z sobą zawsze małą butelkę wody w torebce i tam zawsze wlewam wodę z kranu. Fakt, wolę pić wodą zmineralizowaną, bardziej mi smakuje, ale też nie można przesadzać z jej ilością. Czasem dodaję cytryny, czasem miętę lub tarty imbir dla podkręcenia smaku. Jeśli macie obawy, czy woda z kranu na pewno nie zaszkodzi waszemu zdrowiu, można zainstalować filtr na kran lub po prostu używać dzbanka i butelek z filtrem.

Tak to więc wygląda u mnie. Oczywiście, na pewno mogłabym wydawać jeszcze mniej, ale też nie popadam w paranoję. Jeśli mogę zapłacić mniej, to świetnie, ale na zdrowiu, a tym samym na jedzeniu nie oszczędzam aż do przesady. Jeśli jednak macie jeszcze jakieś sprawdzone metody, jak wydawać mniej na jedzenie, dajcie znać!

3 myśli w temacie “Jak wydawać mniej na jedzenie”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s