Biblioteka dietetyka #2

Mam głowę pełną pomysłów na wpisy. W kolejce czeka chociażby PCOS, Metformina, moje treningi, nawodnienie, polecane produkty z supermarketów czy interpretacja badań laboratoryjnych (jeśli macie jeszcze jakieś życzenia, piszcie proszę w komentarzach). Niestety, ze względu na pracę, treningi, a przede wszystkim studia i naukę zaczyna brakować mi doby. Odpowiednia ilość snu jest jednak dla mnie rzeczą świętą i siedzenie po nocach przy komputerze zdecydowanie odpada. Moje nadnercza są najważniejsze! Zrobiłam jednak rachunek sumienia i po sesji postaram się lepiej zarządzać swoim czasem. Myślę, że zyskam chociaż godzinę dziennie, jeśli zrezygnuję (no dobra, ograniczę!) z przeglądania Snapchata czy InstaStory i wpisy będą pojawiać się częściej.

Czytaj dalej

Drugi oddech

Budzę się około 6:00, ale nie muszę tak wcześnie wstawać. Mogę podrzemać jeszcze z godzinę. Łykam więc Letrox i kładę się z powrotem do łóżka. Rzadko kiedy mam nastawiony budzik. Chyba, że gdzieś jadę lub umówiłam się z kimś na trening. Większość znajomych preferuje jednak popołudniowe godziny. Po pracy. Tak, jak ja, zanim w czerwcu tego roku odważyłam się w końcu przewrócić swoje życie do góry nogami.

Praca w Górniku była moim marzeniem. Kiedyś myślałam, że przy Roosevelta będę pracować do emerytury. Naprawdę. Włożyłam sporo serca w encyklopedię „WikiGórnik”, Akademię Górnika, obsługę biura prasowego, klubową telewizję, media społecznościowe. Jeździłam za zespołem po całej Polsce. Byłam na zagranicznych obozach przygotowawczych. Chodziłam na wszystkie mecze juniorów. Roosevelta było moim drugim domem. Całe moje życie było podporządkowane pod terminarz rozgrywek. Z gorączką, pomimo rodzinnego spotkania czy kosztem snu. Zawsze byłam do dyspozycji. A przynajmniej za czasów trenera Adama Nawałki. Później przez rok byłam jeszcze rzecznikiem prasowym i było to dla mnie cenne doświadczenie, choć z perspektywy czasu myślę sobie, że zostałam wrzucona na zbyt głęboką wodę. Kto nie przyjąłby jednak takiej propozycji?! Po roku zrezygnowałam. Pewnie powinnam była już wtedy odejść z klubu. Pracowałam jeszcze przez rok, by ostatecznie w czerwcu odrzucić propozycję nowej umowy. Oczywiście, to była bardzo trudna decyzja. Miałam chwile zawahania. Uznałam jednak, że to najlepsze rozwiązanie dla mnie i dla klubu, który po spadku z Ekstraklasy potrzebował świeżej krwi, a ja nowego bodźca do działania. Po siedmiu latach czułam się wypalona. Od lipca prawie w ogóle nie wchodzę ani na stronę internetową klubu, ani nie jeżdżę na mecze. Wiadomo, utrzymuję kontakt z wieloma ludźmi związanymi z klubem i których dzięki niemu poznałam, ale raczej prywatnie. Może wiosną wrócę na trybuny. Jak nabiorę dystansu. Nie znaczy to oczywiście, że nie interesuje się już w ogóle piłką nożną. Kibicem byłam, jestem i będę. Tylko już nie marzę o byciu najpopularniejszą dziennikarką sportową w Polsce. Kariera mnie już nie interesuje.

Jesienią byłam jedynie spikerką w IV-ligowym klubie. Miałam pomóc zaprzyjaźnionemu trenerowi na jednym meczu, ale zostałam na całą rundę. Mam nadzieję, że wiosną terminy też się zgrają z moimi zjazdami na studiach.

Czytaj dalej

Lokalny Rolnik

Dwa kroki od mojego domu znajduje się targowisko miejskie, na którym robię zawsze zakupy. Obok siłowni mam drugie. Świeże warzywa, owoce, jajka, kasze na wagę, a także mięso i ryby. Znam już większość sprzedawców. Wiem, którzy mają najlepsze produkty. Po znajomości zostawiają mi zawsze w czwartek i w sobotę lepszy towar „spod lady” w dobrej cenie. Nie każdy ma jednak taki komfort pracy, że może wyskoczyć z rana na targowisko. Około 13:00-14:00 zazwyczaj nie ma już śladu po straganach. Stoiska mięsne czy rybne już około 10:00 świecą pustki (przynajmniej tak to wygląda u mnie). Fakt, w promieniu kilometra znajduje się Biedronka, Lidl, Carrefour i Kaufland, jednak sporo osób robi zakupy jednak na targowisku. Nie powiem, w supermarketach jakość produktów jest coraz lepsza, jednak produkty z lokalnego bazarku smakują inaczej.

Świetnym rozwiązaniem dla osób, które pracują, nie mają możliwości robienia zakupów na bazarku, ani rodziny na wsi, od której dostają świeże jajka czy mięso z własnego chowu jest inicjatywa „Lokalny rolnik”. Słyszeliście o niej? To wirtualne targowisko, na którym można kupić zdrowe jedzenie bez chemii i konserwantów od lokalnych dostawców. Jej inicjatorami są Sylwia i Andrej Modic, których córka choruje na autyzm i ma silną alergię na konserwanty. Nie mogąc znaleźć dla swojej córki odpowiednich produktów w najbliższych sklepach, postanowili stworzyć inicjatywę grupowych zakupów dla osób świadomych, dbających o zdrowie, pasjonatów kulinarnych oraz wszystkich tych, którzy szukają dla siebie nowych rozwiązań w dziedzinie filozofii żywienia. Całą historię powstania „Lokalnego rolnika” możecie przeczytać tutaj.

Warto śledzić profil „Lokalnego rolnika” na Facebook’u – kliknij tutaj.

Czytaj dalej

Health Box

Kto nie lubi niespodzianek? Chyba nikt. Stąd też duża popularność pudełek z kosmetykami czy zdrowym jedzeniem wysyłanych co miesiąc do subskrybentów. Nie ukrywam, myślałam kiedyś, by zrobić sobie taki prezent. Bałam się jednak, że produkty okażą się nietrafione i wyrzucę pieniądze w błoto. A nie ma co ukrywać, finanse raczej nie pozwalają mi na żadne szaleństwa. Kiedy więc otrzymałam propozycję współpracy z firmą Health Box, bardzo się ucieszyłam i nie mogłam doczekać przesyłki.

Health Box tworzą dwie osoby: Aneta i Mirek. To młoda marka oferującą pudełka ze zdrową żywnością w subskrypcyjnym modelu sprzedaży. Założeniem ich działalności jest rozszerzeniem pasji, jaką jest zdrowy tryb życia i wszystko co z nim związane. Sami przywiązują szczególną uwagę do tego, co jedzą i postanowili podzielić się i zarazić swoją filozofią innych. Jak piszą na swojej stronie internetowej, ich Health Box zawiera produkty, z których sami korzystają i do których są w 100% przekonani. Myślę, że to bardzo fajny pomysł na swój biznes i życzę im z całego serca, aby jak najdłużej otrzymali się na rynku.

Czytaj dalej