Kontrolne badania w Śląskich Laboratoriach Analitycznych

Nawet się nie obejrzę, a zaraz miną 3 miesiące od operacji (o operacji usunięcia torbieli kieszonki Rathkego pisałam tutaj). Jak zalecali neurochirurg i laryngolog, miałam prowadzić oszczędny tryb życia, a tymczasem to był jeden z najbardziej intensywnych okresów w moim życiu od lat. Na szczęście, moja rekonwalescencja przebiega, mimo małych komplikacji bardzo sprawnie. Chciałam Wam jednak opowiedzieć o kontrolnych wizytach, na których byłam w ostatnim czasie, a także przedstawić pierwsze wyniki badań kontrolnych po operacji.

Czytaj dalej

Odpuszczam

Wychodząc w kwietniu ze szpitala umówiłam się z moją endokrynolog prof. Barbarą Zubelewicz-Szkodzińską, że dam sobie ostatnią szansę. Jeśli cykl miesięczny nie wróci do końca roku, wówczas wrócę do syntetycznych hormonów. O pobycie na oddziale endokrynologicznym w Piekarach Śląskich pisałam w artykule „Najwyższy czas…”.

Czytaj dalej

Polekowa nadczynność tarczycy

Cisza na blogu nie jest przypadkowa. Niestety, nie pojechałam na upragnione wakacje, nie leżałam na plaży, nie chodziłam po górach, ani też nie dostałam propozycji pracy nie do odrzucenia i nie pochłonęły mnie nowe obowiązki. Najpierw zmagałam się z polekową nadczynnością tarczycy, a teraz próbuję dojść do równowagi i prawdę mówiąc, na razie idzie mi to bardzo opornie. Ale po kolei.

Czytaj dalej

Dlaczego nie mogę schudnąć?

Stałam codziennie na wadze, patrzyłam w lustro  i zastanawiałam, dlaczego nie mogę schudnąć. Przestrzegałam diety, unikałam cukru, słodyczy i fast-foodów, trenowałam pięć, czasem sześć razy w tygodniu, stosowałam suplementację (białko, spalacze tłuszczu), chodziłam na masaże wyszczuplające – i nic. Na początku schudłam może jeden czy dwa kilogramy, a później… waga cały czas szła do góry. Nie, to nie była tkanka mięśniowa. To był sam tłuszcz! Moi znajomi, z którymi chodziłam na crossfit w ekspresowym tempie tracili kilogramy, a moja sylwetka mimo, że ćwiczyłam na najwyższych obciążeniach, prezentowała się coraz gorzej. Nie wiedziałam, co robię nie tak. Zadręczałam myślami, że za mało z siebie daję. W konsekwencji zmniejszałam ilość jedzenia, trenowałam czasami dwa razy dziennie (trening siłowy plus crossfit) i faszerowałam się termogenikami. Niestety, to wszystko przynosiło odwrotny skutek.

Czytaj dalej

Hashimoto

Półtora roku temu endokrynolog zdiagnozował u mnie Hashimoto – autoimmunologiczne, przewlekłe zapalenie tarczycy. W zasadzie to lekarz potwierdził jedynie moje przypuszczenia, bo przed wizytą z wynikami w ręku spędziłam kilka dni na szukaniu informacji na temat choroby, przeczytałam blogi Anity z alpacasquare.pl i Moniki z tlustezycie.pl i nie miałam już w sumie żadnych wątpliwości. Zarówno objawy, jak i wyniki badań wskazywały właśnie na Hashimoto.

W skutek dnie ukierunkowanej reakcji układu odpornościowego organizm przez pomyłkę atakuje sam siebie, doprowadzając do choroby autoimmunologicznej. W przypadku Hashimoto organizm obiera sobie za cel tarczycę, która przestaje produkować hormony. Nie jest to jednak choroba tarczycy samej w sobie, a całego organizmu. 

Przyznaję, początkowo byłam nieźle wystraszona. Moja siostra i ciocia zmarły na raka, ojciec również chorował, więc widmo rychłej śmierci stanęło mi przed oczami. Teraz się z tego śmieję, ale wówczas nie miałam żadnej wiedzy na temat tego schorzenia. Nikt w rodzinie, ani wśród znajomych nie borykał się z nim. Od tego czasu jednak sporo się zmieniło. Cały czas rozwijam swoją wiedzę i już wiem, że Hashimoto to nie wyrok, a motywacja do zmian. Niestety, nie tylko dla mnie. Coraz więcej osób z mojego otoczenia choruje. Sporo znajomych, którzy za moją namową wykonali badania, wykryło u siebie przeciwciała anty-TPO i anty-TG, a ich badanie USG nie pozostawiło dalszych złudzeń. Parę dni temu zdiagnozowałam swoją przyjaciółkę. Praktycznie codziennie zgłaszają się do mnie osoby z Hashimoto z chęcią podjęcia współpracy. Coraz liczniejsze są grupy wsparcia na Facebook’u zrzeszające osoby zmagające się z chorobami tarczycy. O Hashimoto zaczyna pisać się w codziennej prasie i mówić w telewizyjnych programach śniadaniowych. Według statystyk choruje już co dziesiąta kobieta i co dwudziesty mężczyzna. Niestety, ze względu na odmienną gospodarkę hormonalną kobiety chorują częściej. Choroba daje o sobie znać w każdym wieku, szczególnie w okresie ciąży, po porodzie oraz w menopauzie.

Choroby autoimmunologiczne, w tym Hashimoto zajmują obecnie trzecie miejsce na liście najbardziej przewlekłych chorób, tuż za chorobami układu krążenia i nowotworami. Powoli można mówić o epidemii.

Tymczasem, ostatnio zdałam sobie sprawę, że na blogu pisałam już o mojej walce z insulinoopornością (tutaj), zmęczonymi nadnerczami (tutaj) czy nieszczelnością jelit (tutaj), a tak naprawdę nie podjęłam szczegółowo tematu Hashimoto, od którego wszystko się zaczęło. Tutaj przedstawiłam szerzej symptomy choroby towarzyszące mi na co dzień, wielokrotnie nawiązywałam do tematu w innych artykułach, nie napisałam jednak, co mogło wywołać u mnie chorobę autoimmunologiczną, jak wyglądała diagnostyka, a także jakie podjęłam kroki, aby wprowadzić ją w remisję. Postanowiłam więc zebrać wszystkie informacje w jedną całość i podzielić się z Wami swoimi doświadczeniami.

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tego artykułu chociaż jedna osoba zdecyduje się w końcu zrobić badania i znajdzie przyczynę swojego kiepskiego samopoczucia, z powodu którego jest odsyłana od lekarza do lekarza. Ktoś, kto właśnie dowiedział się o chorobie i będzie szukał informacji w Internecie uspokoi się, bo prawidłowo wdrożone zmiany w sposobie odżywiania, trybie życia oraz otaczającym go środowisku – dobrane w sposób indywidualny – nie tylko poprawią jego komfort życia, ale także wprowadzą chorobę w stan remisji. Chory, który od lat zmaga się z Hashimoto zrozumie, dlaczego w dalszym ciągu mu się to nie udaje. Natomiast ktoś, kto ma w rodzinie osobę chorą, dwa razy się zastanowi, zanim wyśle ją do psychologa. Tego bym sobie życzyła.

Czytaj dalej

Wielopoziomowy rozpiździel

Nawet nie wiem, kiedy minęły ostatnie dwa tygodnie. Sporo się u mnie dzieje. Dobrego i złego. Wylałam wiele łez. Zepsuł mi się komputer i musiałam kupić nowy. Dzisiaj okulary, ale na szczęście udało się je uratować.Rozdrapałam parę bolesnych ran. Nie przespałam dobrych kilka nocy ze stresu i zmęczenia. Na szczęścia w poniedziałek i wtorek miałam wolne, więc udało mi się chociaż trochę zregenerować. Nie zmienia to faktu, że muszę w końcu spiąć pośladki i z taką samą determinacją, jak o swoje zdrowie, powalczyć o inne aspekty swojego życia. Jeśli nie postawię wszystkiego na jedną kartę, to dalej będę tkwiła w tym marazmie, w którym jestem.

Jeśli chodzi o moje zdrowie, czuję natomiast, że jestem na dobrej drodze. W ostatnich dniach otrzymałam kolejną dawkę motywacji oraz sporo cennych wskazówek i zaleceń, dzięki którym wprowadziłam kilka zmian, zarówno w żywieniu, leczeniu, suplementacji, jak i w treningu. Gdybym tylko miała większe możliwości finansowe, to mogłabym być jeszcze bliżej celu. Na polską służbę zdrowia niestety nie mam co liczyć.

Czytaj dalej

Trenuj, ale z głową!

Nigdy nie przepadałam za lekcjami wychowania fizycznego w szkole. Test Coopera był dla mnie nie lada wyzwaniem. Nie trafiałam też nigdy do kosza za trzy punkty. Poranna rozgrzewka i karne pompki to moje najgorsze wspomnienia z obozów harcerskich. Nosiłam okulary. Lekarze straszyli mnie, że nadmierny wysiłek fizyczny może spowodować odklejenie się siatkówki w oczach, więc go unikałam. Ze względu na starszego brata piłkarza interesowałam się jednak sportem. Chodziłam na mecze piłkarskie, koszykówkę, na żużel. Kibicowałam Adamowi Małyszowi (nawet po każdym konkursie pisałam rymowanki, które kilka razy publikowane w gazetach, ale to historia na inny artykuł), byłam na kilku konkursach w Zakopanem. Dzień zaczynałam natomiast od lektury katowickiego „Sportu”. Mam chyba z trzy szafy archiwalnych wydań.

Czytaj dalej