Drugi rok studiów

Mija tydzień od ostatniego egzaminu na studiach z dietetyki pediatrycznej. Śmieję się, że mój rok naprawdopodobniej jako ostatni studenci w Polsce skończył sesję. Niektórzy już w połowie czerwca mieli wakacje, większość do końca ubiegłego miesiąca mogła już odetchnąć z ulgą i rzucić książki w kąt, a dietetycy ze Śląskiej Wyższej Szkoły Medycznej w Katowicach jeszcze nie napisali nawet pierwszego egzaminu. Nie narzekam jednak, bo dzięki temu, że wszystko było w miarę rozłożone w czasie mogłam bez problemu połączyć uczelnię z pracą. Jedynie przez ostatnie dwa tygodnie, przed samymi egzaminami skupiłam się głównie na nauce (i leczeniu kolana rozbitego na rowerze :D).

Nie ukrywam jednak, że po otrzymaniu ostatniego wyniku z egzaminu, kiedy cały stres ze mnie zszedł, poczułam ogromne zmęczenie i przez ostatni tydzień musiałam się chociaż trochę zregenerować. Dostałam w tym czasie jednak sporo pytań o studia, więc mimo, iż mówiłam na Insta Stories, że w pierwszej kolejności napiszę o zmianach w swojej diecie, treningu, suplementacji, postanowiłam najpierw opisać swoje odczucia związane z czwartym semestrem studiów. Zresztą po każdym z poprzednich robiłam tutaj takie małe podsumowanie, więc zachęcam wszystkich, którzy zastanawiają się nad rekrutacją na dietetykę w Śląskiej Wyższej Szkole Medycznej w Katowicach do lektury artykułu o 1. semestrze (tutaj), podsumowania całego 1. roku studiów (tutaj) oraz opisu 3. semestru (tutaj). Jedynie zaznaczam, że program studiów uległ zmianie, więc nie sugerujcie się :)

Czytaj dalej

Lokalny Rolnik

Dwa kroki od mojego domu znajduje się targowisko miejskie, na którym robię zawsze zakupy. Obok siłowni mam drugie. Świeże warzywa, owoce, jajka, kasze na wagę, a także mięso i ryby. Znam już większość sprzedawców. Wiem, którzy mają najlepsze produkty. Po znajomości zostawiają mi zawsze w czwartek i w sobotę lepszy towar „spod lady” w dobrej cenie. Nie każdy ma jednak taki komfort pracy, że może wyskoczyć z rana na targowisko. Około 13:00-14:00 zazwyczaj nie ma już śladu po straganach. Stoiska mięsne czy rybne już około 10:00 świecą pustki (przynajmniej tak to wygląda u mnie). Fakt, w promieniu kilometra znajduje się Biedronka, Lidl, Carrefour i Kaufland, jednak sporo osób robi zakupy jednak na targowisku. Nie powiem, w supermarketach jakość produktów jest coraz lepsza, jednak produkty z lokalnego bazarku smakują inaczej.

Świetnym rozwiązaniem dla osób, które pracują, nie mają możliwości robienia zakupów na bazarku, ani rodziny na wsi, od której dostają świeże jajka czy mięso z własnego chowu jest inicjatywa „Lokalny rolnik”. Słyszeliście o niej? To wirtualne targowisko, na którym można kupić zdrowe jedzenie bez chemii i konserwantów od lokalnych dostawców. Jej inicjatorami są Sylwia i Andrej Modic, których córka choruje na autyzm i ma silną alergię na konserwanty. Nie mogąc znaleźć dla swojej córki odpowiednich produktów w najbliższych sklepach, postanowili stworzyć inicjatywę grupowych zakupów dla osób świadomych, dbających o zdrowie, pasjonatów kulinarnych oraz wszystkich tych, którzy szukają dla siebie nowych rozwiązań w dziedzinie filozofii żywienia. Całą historię powstania „Lokalnego rolnika” możecie przeczytać tutaj.

Warto śledzić profil „Lokalnego rolnika” na Facebook’u – kliknij tutaj.

Czytaj dalej

„U Gwoździkowej”

Zazwyczaj tak ustawiam sobie plan tygodnia, że w środy pracuję w domu. Do południa siedzę przy komputerze w piżamie, nadrabiam zaległości związane z Górnikiem lub blogiem, rozpisuję plany treningowe i diety. Jeśli nie jestem chora (jak dziś :() i nie mam żadnego klienta na siłowni, popołudniu jadę natomiast na basen i saunę do Aquadromu na Halembie (dzielnica Rudy Śląskiej) i wpadam na zakupy do mojego ulubionego sklepu zielarsko-medycznego „U Gwoździkowej”.

IMG_4404

Jakiś rok temu idąc na basen całkiem przypadkowo trafiłam na ten sklep i… przepadłam. Pamiętam, że spędziłam tam wówczas z dwie godziny, oglądając wszystko dokładnie, wydając z 300zł i wychodząc z całą torbą zakupów. Do Aquadromu nie zdążyłam już pójść. Wypieki na twarzy miałam jednak tak samo duże, jak po saunie.

IMG_4303

Byłam po prostu zachwycona asortymentem tego sklepu. W tym czasie rozpoczynałam bowiem walkę ze swoimi chorobami i znalazłam tam praktycznie wszystko to, czego potrzebowałam, a nawet więcej. Strasznie nie lubię bowiem kupować w sklepach internetowych i czekać na przesyłkę, a tam mam wszystko na wyciągnięcie ręki.

IMG_4356

Od tego czasu minimum raz w tygodniu wpadam do „Gwoździkowej” na zakupy. Powiem szczerze, żadne buszowanie po galeriach handlowych nie sprawia mi podobnej przyjemności. Poza panie pracujące w sklepie są bardzo uprzejme, znają już wszystkie moje dolegliwości i zawsze pytają, jak się czuję. To strasznie fajne uczucie.

IMG_4301

Poza tym panie zawsze doradzają mi takie produkty, które mi pomagają. Mają ogromną wiedzę. Jedynie mój portfel jest mniej zadowolony, bo za każdym razem kusi mnie coś nowego, czego nie planowałam kupić.

IMG_4320

Dzisiaj chciałam Wam więc pokazać pokrótce, co możecie kupić „U Gwoździkowej”. Już niedługo święta, a tam na pewno znajdziecie idealne prezenty dla Waszych najbliższych!

Czytaj dalej

Nie ma obiadu bez… zupy!

Kiedy byłam małym dzieckiem ze względu na skazę białkową nie mogłam pić mleka. Mama karmiła mnie więc przecieranymi zupami. Wtedy nie było bowiem jeszcze słoiczków z Gerbera. Jak to na typowo śląski dom przystało, mama na co dzień gotowała zupy dla pozostałych domowników, a moją porcję dodatkowo miksowała więc na krem. Zazwyczaj były to zupy warzywne: marchewkowe, kalafiorowe, szpinakowe, pomidorowe.

Im byłam starsza, tym na stole pojawiał się rosół z makaronem, ryżem, czy lanymi kluskami, barszcz z krokietem, czy uszkami, rosół, kapuśniak, krupnik, pieczarkowa, żur z kiełbasą i jajkiem, mleczna z makaronem, czy nawet typowo śląska „wodzionka”.  Z niecierpliwością czekałam na święta, by zjeść rosół z głów karpi z grzankami.

Zupa generalnie zawsze musiała być w moim domu na obiad. Kto jest ze Śląska, wie pewnie co to „eintopf” (z niem. danie jednogarnkowe), który zastępował cały obiad, gdy brakowało pieniędzy. Tym samym mam dodawała do zup sporo ziemniaków, krojonych warzyw, makaronu, ryżu, czy kaszy lub czasami mięsa, aby maksymalnie móc się najeść. Zdarzało się bowiem, że brakowało pieniędzy na drugie danie, choć w takiej sytuacji najczęściej w moim domu robiło się placki ziemniaczane z cukrem. Ale mi one wtedy smakowały…

Z zup zrezygnowałam dopiero z jakieś dwa, czy trzy lata temu. Nie miałam jeszcze takiej wiedzy, jak teraz i kiedy zaczęłam skrupulatnie liczyć makroskładniki w moich posiłkach, stwierdziłam, że nie potrafię ocenić, ile zupa ma białka, tłuszczy i węglowodanów, więc po prostu z dnia na dzień przestałam je jeść.

Dopiero po przejściu na protokół autoimmunologiczny zrozumiałam, że to był błąd. Jednym z zalecanych naturalnych lekarstw dla mnie jest wywar z kości, o którym pisałam tutaj. Odtąd codziennie rano piję kubek bulionu z kości i mięsa wołowego i moje jelita oraz żółądek są mi wdzięczne.

Na protokole jestem bardzo ograniczona, jeśli chodzi o spożywane produkty. Staram się więc kombinować, jak tylko mogę, aby uzyskać jakąś nową potrawę, czy nowy smak. I tak też zaczęłam robić warzywne kremy na bulionie wołowym.

Czytaj dalej

Spalaj tłuszcz na CrossFicie!

Mimo, że endokrynolog, do którego chodziłam (i więcej nie pójdę, umówiłam się na październik do doktora Klajnowicza w Mysłowicach, ale dzwonię co jakiś czas zapytać, czy przypadkiem ktoś nie zrezygnował) stwierdził, że nie powinnam ćwiczyć, w dalszym ciągu trenuję 5-6 razy w tygodniu. Efekty mojej pracy może są niewielkie, ale kocham to i nie wyobrażam sobie już życia bez przysiadów, czy martwego ciągu.

Zrezygnowałam jedynie z zajęć CrossFit’u, na które chodziłam przez ponad rok dwa razy w tygodniu. Niestety, to zbyt duże obciążenie dla mojego organizmu. Po wieczornym treningu nie byłam bowiem w stanie w ogóle zasnąć i ogólnie czułam się źle.

Szkoda, bo bardzo lubiłam te zajęcia. Czułam, że w trakcie tej godziny jestem w stanie dokonać niemożliwego. Mimo, że czasami wychodziłam z siłowni „na czworaka”, wykręcałam koszulkę z potu, wszystkie mięśnie bolały mnie jeszcze przez tydzień, czy też w trakcie treningu miałam ochotę zwymiotować. Nigdy się jednak nie poddałam. Wolałam paść trupem, niż odpuścić. CrossFit wymaga bowiem naprawdę silnego charakteru.

Na pocieszenie w ostatnim czasie przyszło mi kilka razy poprowadzić zajęcia CrossFit’u w Studio Energia w Rudzie Śląskiej, gdzie trenuję i pracuję. W przyszłości na pewno wybiorę się na kurs instruktorski, bo uważam, że CrossFit to świetny „dodatek” do treningu siłowego. Tak, „dodatek”, bo nigdy nie zdecydowałabym się, ani nie polecałabym trenować tylko i wyłącznie CrossFit’u. Często swoim klientom, którzy chcą zredukować wagę zalecam jednak jego elementy lub przeznaczam jeden dzień w planie tylko na CrossFit, jako trening metaboliczny.

Co to w ogóle jest jednak ten cały Crossfit, na którego punkcie oszaleli ostatnio Polacy?

Czytaj dalej

Nie zwalniam tempa!

Codziennie wstaję o godz. 6, a kładę się spać przed północą. Czasami nie mam siły na nic. W piątek wieczorem rzucam torbę na łóżko i z miejsca zasypiam, a w sobotę, gdy dzwoni budzik na trening, najpierw pół godziny zastanawiam się nad sensem życia :D

Mój kalendarz nawet w weekend jest wypełniony obowiązkami. Nie pamiętam, kiedy nie miałam nic do zrobienia. Odhaczam tylko wykonane zadania i wciąż dopisuję nowe, a spotkania ze znajomymi przekładam na długi weekend majowy, kiedy będę miała (mam nadzieję) chwilkę wytchnienia.

Mimo to, dawno nie byłam tak nakręcona. Nie miałam w sobie tyle wewnętrznej energii i entuzjazmu. Ale i nieco lęku, bo jestem odpowiedzialna już nie tylko za siebie, ale i za innych. Zgadza się, pracuję jako trener personalny!

Czytaj dalej

Pierwszy krok!

W minioną niedzielę zaliczyłam kurs i odebrałam certyfikat trenera personalnego :) Spokojnie, twardo stąpam po ziemi i wiem doskonale, że jeszcze mnóstwo pracy, kolejnych kursów i uzupełniania wiedzy przede mną. Zrobiłam jednak pierwszy krok do realizacji swoich marzeń :)

kurs1
Pani magister, pani rzecznik i… pani trener :) To brzmi dumnie :)

Czytaj dalej