trening

Moje aktywne życie

Oczywiście, trening siłowy zawsze będzie moją największą pasją i ulubioną formą aktywności. Trenuję już systematycznie od prawie 15 lat, od 5 lat jestem trenerem personalnym i pracuję w zawodzie. To właśnie na siłowni rozładowuję napięcie, pozbywam się negatywnych emocji i ładuję akumulatory. Nie ukrywam również, że właśnie w czasie treningu podjęłam wiele ważnych dla siebie decyzji związanych z życiem prywatnym. Wtedy też narodziło się sporo moich pomysłów i zawodowych planów. Nie wyobrażam sobie życia bez przysiadów, martwego ciągu czy wyciskania żołnierskiego. Trening siłowy mam już we krwi. Trzy w tygodniu absolutnie jednak mi wystarczą. Szczególnie latem, kiedy zdecydowanie wolę spędzać czas aktywnie na świeżym powietrzu, łapiąc naturalną witaminę D3 i mając kontakt z naturą.

Zawsze dużo jeździłam na rowerze, w ostatnich latach również na rolkach. Jako, że nie mam samochodu, wszędzie chodzę pieszo. W czasach harcerstwa często jeździłam w góry. Minione miesiące były jednak bardzo intensywne pod tym względem. Przejechałam setki kilometrów na dwóch kółkach, drugie tyle przeszłam pieszo, wykręciłam naprawdę niezłe czasy na rolkach, wróciłam na górskie szlaki i zdobyłam kilka szczytów, ale i zaczęłam się wspinać na skałkach i ściance. Już dawno nie byłam tak aktywna, jak w ostatnich miesiącach. Duża w tym zasługa mojego chłopaka, który zaraził mnie nowymi pasjami, przypomniał o starych i przede wszystkim jest najlepszym wsparciem i towarzyszem. Pod tym względem dobraliśmy się idealnie i myślę, że wspólnie przeżyjemy jeszcze niejedną wspaniałą przygodę, a i zrealizujemy nasze sportowe marzenia i cele, bo nie podcinamy sobie skrzydeł, a motywujemy do działania.

W każdym razie, chciałam Wam dziś opowiedzieć o tym, jak najczęściej wygląda obecnie moja aktywność. Przy okazji podzielę się też z Wami opinią o opasce Xiaomi Mi Band 3, której używam do monitorowania treningów i porównam ją z aplikacją Endomondo na telefon.

Dla porównania, tutaj możecie przeczytać artykuł z ubiegłego roku o mojej tygodniowej aktywności.

Trening siłowy

Jak już wspominałam, obecnie trenuję 3 razy w tygodniu. Najczęściej teraz we wtorek, środę i piątek, choć w zależności od grafiku pracy na dany tydzień, czy jakiś prywatnych zobowiązań czasem dni te ulegają zmianie (ostatnio byłam na przykład we wtorek i środę na weselu, więc moje treningi przesunęły się na czwartek, piątek i sobotę). Generalnie jednak staram się wykonywać treningi siłowe od poniedziałku do piątku po to, aby w weekend spędzić czas na innych aktywnościach lub odpoczynku. Już niedługo (niestety!) zaczynam też ostatni (na szczęście!) semestr studiów, więc wówczas też raczej nie mam możliwości, aby zrobić trening w weekend.

Obecnie mój trening trwa około 2 godziny. Ktoś powie, że za dużo, jak na osobę z chorobami autoimmunologicznymi, ale muszę zaznaczyć, że nie trenuję non stop i potrzebuję całkiem długich przerw między seriami, jak na kobietę (a zdrowe kobiety mogą trenować z większą objętością, niż mężczyźni). Staram się trenować rano, najczęściej między 9:00 a 11:00. Naprawdę okazyjnie zdarza mi się, że zaczynam trening o 13:00, czy 14:00. Jeśli do tej godziny nie mam możliwości wykonania treningu, przekładam go na inny dzień. Boję się trenować w godzinach wieczornych ze względu na problemy z kortyzolem i snem, choć ostatnio sprawdzałam, jak się będę czuła po wieczornej intensywnej jeździe na rowerze i wszystko było w porządku, zasnęłam bez problemu (ale jestem, jak wiecie na lekach). Może więc kiedyś też zaryzykuję.

Trening zaczynam zazwyczaj od 10 minut rozgrzewki na orbitreku. Następnie wykonuję dwa ćwiczenia korekcyjne, gdyż cały czas walczę z przodopochyleniem miednicy czy nadmierną kifozą. Poza tym sporo siedzę przy komputerze i muszę dbać o swoją postawę. Następnie wykonuję po dwa obwody trzech ćwiczeń siłowych, na zmianę na górne i dolne partie (wykonuję trening Full Body Workout) i obwód dwóch ćwiczeń na mięśnie głębokie i silny core. Odkąd prawie umarłam na stromym podejściu na Grzesia w Tatrach (o tym za chwilę), trening kończę 10-15 minut chodzenia po schodach w średnim tempie. I muszę Wam powiedzieć, że po dwóch miesiącach, wchodząc ostatnio Percią Akademików na Babią Górę czuję ogromną różnicę w sile moich nóg i wytrzymałości organizmu. Niestety, przez to moje uda delikatnie bardziej się rozbudowały, co nie do końca mi się podoba, ale byłam świadoma, że tak to się może skończyć.

Przykładowy plan mojego obecnego treningu prezentuje się następująco:

1. Rozgrzewka na orbitreku – 10 min.
2a. Incline DB Flyes 4s12 3010 0s / 4kg
2b. Front Foot Elevated Split Squat 4s12 3010 60s / 8kg
3a. Barbell Squat 4s12 3010 0s / 40kg
3b. Barbell Military Press 4s12 3010 0s / 20kg
3c. Machine Leg Curl 4s12 3010 60s / 50kg
4a. Barbell ROW 4s12 3210 0s / 25kg
4b. Barbell Hip Thrust 4s12 3110 0s / 45kg
4c. Machine Dips 4s12 3010 60s / 30kg
5a. Swiss Ball Curl 4s12 3010 0s
5b. Dead Bug 4s20 2010 60s
6. Schody 10min.

Przypominam, że tutaj możecie znaleźć darmowy plan treningowy wspierający redukcję masy ciała.

Przyznam Wam szczerze, że nie pamiętam już kiedy ostatnio się rolowałam po treningu. Po wałek, czy piłeczkę sięgam naprawdę w ostateczności, kiedy już nie mogę się ruszyć. Częściej korzystam z biczy wodny i jacuzzi na basenie.


W trakcie powyższego treningu spaliłam 623 kalorie według opaski Mi Band 3, której używam od kilku miesięcy.

Na początku myślałam, że to niemożliwe, ale popytałam znajomych, którzy trenują siłowo i używają dużo lepszego sprzętu do monitorowania aktywności (zegarki po kilka tysięcy złotych) i osiągają rezultaty na tym samym poziomie. W czasie 2-godzinnego treningu spalam od ok. 500 do 650 kalorii. Wszystko zależy od rodzaju ćwiczeń, intensywności i czasu robionych przerw.

W opasce brakuje mi jednak opcji „trening siłowy” do wyboru. Są tylko ćwiczenia, pod które można podpiąć tak naprawdę każdy rodzaj aktywności (poza tym bieżnia, bieganie, spacer i jazda na rowerze). Druga kwestia, która budzi moje wątpliwości to liczenie kroków w czasie ćwiczeń. Po zakończeniu treningu zawsze mam na liczniku więcej niż przed, urządzenie liczy bowiem kroki w czasie wykonywania treningu. Zastanawiam się więc, czy czasem nie jest tak, że aplikacja liczy kalorie dwukrotnie, jako „ćwiczenia” i jako „kroki”. Mam co do tego wątpliwości, ale nigdzie nie znalazłam informacji, jak to w rzeczywistości jest. Może Wy wiecie?


Tutaj jeszcze analiza tętna w trakcie powyższego treningu, czyli screen z aplikacji na telefon Mi Fit połączonej z opaską. Jak widzicie, moje treningi naprawdę nie są zbyt intensywne i przez większość czasu jestem zrelaksowana.

Być może jesienią i zimą, gdy pogoda ograniczy dość mocno moją aktywność na świeżym powietrzu to zdecyduję się na 4 treningi w tygodniu i opracuję dla siebie konkretny plan, bo na ten moment szczerze mówiąc trenuję bardzo intuicyjnie, bazując na podstawowych ćwiczeniach wielostawowych i dobierając obciążenia w zależności od samopoczucia w danym dniu. Progres siłowy tym samym jest niewielki. Trenuję dla zdrowia, a wygląd sylwetki jest jedynie skutkiem ubocznym. Jeśli więc tylko będę się dobrze czuła, to popracuję nad siłą. Może po urlopie, od października.

Kroki

Każdego dnia, bez względu na to, czy trenuję siłowo, czy jeżdżę na rowerze, czy rolkach staram się zrobić minimum 10 tys. kroków lub gdy planuję jakiś naprawdę leniwy dzień z Netfliksem na kanapie, co zdarza mi się jednak bardzo rzadko, to pilnuję, aby średnia tygodniowa wyniosła 10 tys.

Nie stanowi to dla mnie większego wysiłku. Często jest tak, że po przyjściu z porannego treningu i zakupów mam już na liczniku ponad 6 tys. Popołudniu najczęściej prowadzę treningi personalne na siłowni w sąsiedniej dzielnicy i staram się chodzić pieszo przynajmniej w jedną stronę. Trasa liczy sobie kolejne 6 tys. kroków. Do tego chodzenie po siłowni, załatwianie różnych spraw na mieście, dojście na spotkania z klientami. Jeśli tylko czas mi pozwala, zawsze wybieram chodzenie zamiast autobusu czy tramwaju.

Oczywiście, latem dużo łatwiej jest zrobić ponad niż 10 tys. Jestem strasznym zmarzluchem i kiedy tylko temperatura spada poniżej 20 stopni najchętniej zapadłabym w sen zimowy. Wtedy odpadają też dla mnie rower, rolki i wszelkie aktywności na świeżym powietrzu, stąd w ostatnich latach zawsze notuję zimą lekki wzrost wagi. Modle się więc, aby jak najdłużej pogoda dopisywała.

Średnia z lipca.


I średnia z sierpnia. Jestem z siebie bardzo zadowolona. Statystyki podbijały mi jednak w obu miesiącach również tańce na weselach, na których robiłam po prawie 30 tys. kroków. 


A tutaj mój dzienny rekord, który padł w dniu wycieczki na Zawrat w Tatrach Wysokich.

Generalnie bardzo lubię chodzić i najczęściej nie marnuje tego czasu, bo albo słucham podcastów i webinarów, albo oglądam jakieś zapisane live na Instagramie czy Facebook’u, w których nie mogłam brać udziału na żywo. Czasem rozmawiam przez telefon. W czasie roku akademickiego powtarzam materiał, którego akurat się uczę do kolokwium. A niekiedy po prostu idę przed siebie i nie myślę o niczym.

Jazda na rowerze

Od lat sporo jeździłam na rowerze, ale w tym sezonie, który otwarłam na początku maja, zdecydowanie częściej. To również zasługa mojego chłopaka, który dużo jeździ na dwóch kółkach i często właśnie na wycieczkach rowerowych spędzamy wspólnie czas.

Wycieczka do Parku Śląskiego.

Mój rekord przejechanych kilometrów.

Zdecydowanie najlepiej jeździ mi się po okolicznych lasach.

Staram się jeździć na rowerze jak najwcześniej, z rana lub popołudniu, ale ostatnio wróciłam z wycieczki po godz. 20:00 i nie miałam żadnych problemów z zaśnięciem. Mimo to, wieczorem wolę nie ryzykować i nie podnosić poziomu kortyzolu, kiedy mój organizm powinien już przygotowywać się do snu.

View this post on Instagram

Jak wiecie nie mam samochodu i jeśli nie mogę gdzieś dojść pieszo (a chodzę sporo), to mam do wyboru komunikację miejską lub rower. I dziś z ciekawości przygotowałam takie porównanie, ile zajął mi dojazd rowerem do Katowic, a ile jechałabym komunikacją. Mimo, że jakoś specjalnie się nie spieszyłam, to i tak szybciej dojechałam rowerem 💪 Co więcej, zrobiłam dzięki temu dzisiejszy trening (jak rower, to już nie siłownia, jedynie codzienne minimum 10 tyś. kroków), złapałam porcję naturalnej witaminy D3 i posłuchałam darmowego webinaru o żelazie i ferrytynie od @sportswebinar (nie marnuje nigdy czasu) ❤ Jak pracowałam jeszcze w @gornikzabrzessa to do pracy, czy w weekend na mecze też jeździłam często rowerem. Teraz też, jeśli tylko nie muszę wyglądać (chyba że mam się gdzie wykąpać i przebrać), nie mam dużego bagażu, ani nie leje deszcz, to zawsze wybieram rower 🚴‍♂️ Myślę, że to dobra opcja dla tych, którzy nie mają czasu na trening, a chcą być aktywni. Ciekawa jestem, jak wkomponowujecie rower w swoje codzienne życie. Dajcie znać 😎 #rower #bike #bicycle #cycling #rowerowo #narowerze #cyclinglife #bikelife #activity #motivation #roweremposlasku #roweremdopracy #trening #sport #mifit #miniband3

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Jak już Wam wspominałam, od lipca chodzę na nową terapię do Katowic – Brynowa. Dojazd komunikacją zajmuje mi prawie półtorej godziny, rowerem – w zależności od tempa około godziny. Jest to więc spora oszczędność czasu dla mnie, pieniędzy na bilety, a i dobry trening. Terapia jest dla mnie trudna, daje mi sporo do myślenia, więc w drodze powrotnej mam szansę odreagować i poukładać sobie wszystko w głowie.

W czasie jazdy na rowerze z czystej ciekawości używam zarówno aplikacji z opaski, jak i Endomondo. Tutaj porównanie wyników z mojej ostatniej wycieczki:


Kilometry i czas mniej więcej się zgadzają, największa różnica jest w ilości spalonych kalorii. Większe zaufanie mam jednak do wyników z opaski, która mierzy mi również tętno, choć czasem i tak nie chce mi się wierzyć, że spaliłam aż tyle kalorii.

W najbliższym czasie chciałabym spróbować przejechać ok. 80km. Już 20 września jedziemy bowiem z chłopakiem z rowerami na Mazury na tydzień, gdzie zamierzamy chociażby okrążyć jezioro Śniardwy. Jak wynika z mapy, trasa będzie liczyła nawet 100km, więc chcę sprawdzić, jak się w ogóle będę czuła po tak intensywnym wysiłku. Wytrzymałościowo na pewno dam radę. Boję się jedynie, czy mój organizm to wytrzyma, nie pojawią się spadki cukru, napady głodu czy spadek odporności. Chcę jednak spróbować.

Początkowo był w ogóle pomysł, abyśmy zapakowali plecaki i namiot na rowery. Ja jednak nigdy nie jeździłam z sakwami i dodatkowym obciążeniem i bałam się, czy dam radę. Inna sprawa, że mogłabym nie wytrzymać intensywnej jazdy dzień po dniu. Zdecydowaliśmy się więc na bazę w Rydzewie koło Giżycka, skąd możemy jeździć na dłuższe i krótsze wycieczki. W najbliższych dniach odpalam mapy i będę planować cały wyjazd. Jeśli więc macie do polecenia jakieś miejsca, które trzeba zobaczyć w okolicach Giżycka, Mikołajek, Ełku czy Mrągowa, o których nie pisze się w przewodnikach, dajcie koniecznie znać. Muszę też wybrać się do Decathlonu na zakupy i zaopatrzyć w końcu w leginsy odpowiednie do jazdy na rowerze.

Na wyprawy rowerowe ze sprzętem jeszcze przyjdzie czas, ale to już raczej w przyszłe lato.

Jazda na rolkach

Raz w tygodniu staram się również w ramach treningu pójść na rolki. Oczywiście, o ile pogoda pozwala. W Rudzie Śląskiej znajduje się tor rolkarski wokół stadionu do gry w rugby (tak, mamy drużynę męską i żeńską) i tam jeżdżę najczęściej. Plusem jest dobra nawierzchnia, ale muszę przyznać, że taka jazda w kółko jest strasznie nudna. Staram się więc zawsze mieć towarzystwo i przy okazji poplotkować z koleżanką albo załączam jakieś podcasty czy webinary. Czasami słucham muzyki, ostatnio najlepiej jeździ mi się przy disco polo („Ona lubi pomarańcze”, „Tańcz, tańcz, tańcz…” i te klimaty, tak, sama w to nie wierzę, ale wpada to w ucho, wpada).

Jeżdżę zazwyczaj około godziny. Czasami 15km, czasami 20km. Zależy od dnia i sił, jakimi dysponuję.

Zauważyłam zależność, że na pierwszych kilkunastu okrążeniach mam bardzo wolne tempo i rozkręcam się tak naprawdę dopiero w ostatnim kwadransie treningu. Podobnie mam zresztą w czasie jazdy na rowerze, czy chodząc po górach. Na początku jest mi bardzo ciężko, dojazd czy dojście do celu danej wycieczki wymaga ode mnie dużego samozaparcia, by nie usiąść i się nie poddać, a z powrotem, gdy wiem, że zostały już ostatnie kilometry, to pędzę, jak szalona. W górach to prawie już biegnę. Finisz to zdecydowanie moja najmocniejsza strona.

Tego lata byłam również po raz pierwszy pojeździć nad jeziorem Pogoria w Dąbrowie Górniczej. Widoki są naprawdę malownicze i taka jazda to naprawdę sama przyjemność, a nie trening. Jako, że był to środek tygodnia i okolice południa, na trasie praktycznie nie było ludzi, więc nie musiałam się obawiać, że w kogoś wjadę, co zawsze mnie bardzo stresuje. Szczególnie właśnie na torze w Rudzie Śląskiej, gdzie jest mnóstwo dzieci, które jeżdżą nie tylko na rolkach, ale również na hulajnogach i naprawdę czasem bardzo trudno przewidzieć ich ruchy. Ile razy się zdarzyło, że nagle zatrzymały się w miejscu przede mną albo wjechały mi pod nogi. Nie jeżdżę z nie wiadomo jaką prędkością, ale jest to dla mnie stresujące. Na Pogorii mogłam spokojnie się rozpędzić, więc na pewno jeszcze kiedyś tam wrócę. Szkoda tylko, że to tak daleko.

Od czasu do czasu jeżdżę też do Katowic na Muchowiec (Dolina Trzech Stawów), gdzie również jest trasa rolkowa.

Niestety, opaska Mi Band 3 nie ma opcji monitorowania spalania kalorii w trakcie jazdy na rolkach. Próbowałam w czasie jazdy uruchamiać opcję „Ćwiczenia”, „Jazda na rowerze” albo „Bieganie”, ale wychodziły mi albo zaskakująco małe albo duże wartości. Opaska nalicza mi również w czasie jazdy kroki, więc zaczęłam ją wyłączać na czas treningu. Dla pomiaru kilometrów włączam więc Endomondo, ale do ilości spalonych kalorii, jakie mi pokazuje nie przywiązuje większej uwagi (przy 15km pokazała mi ostatnio ponad 700kcal, a myślę, że spaliłam może z 300kcal). Kalorie kaloriami, ale najważniejsza jest jednak aktywność na świeżym (śląskim :D) powietrzu i ruch dla zdrowia.

Wycieczki górskie

Po kilku latach przerwy wróciłam również w tym roku na górskie szlaki. Zasługa w tym oczywiście mojego chłopaka, który sporo chodzi po górach i ma ambitne plany na przyszłość, w których na pewno będę go wspierać. W każdym razie, jako harcerka i członek Harcerskiego Klubu Turystycznego mam na swoim koncie sporo szczytów. Praca w Górniku Zabrze, weekendy na meczach, a później brak motywacji i towarzystwa sprawiły, że rzadko jeździłam w góry.

Wiosną byliśmy na Błatniej.

I na Szyndzielni.

W czerwcu pojechaliśmy natomiast w Tatry ze znajomymi. Dobrze, że nie wiedziałam dokładnie, gdzie idziemy, bo myślę, że nie podjęłabym się tego wyzwania. Droga na Zawrat była naprawdę trudna. Serce w niektórych momentach miało mi wyskoczyć z gardła. Już nie mówię o tym, że w górach cały czas leżał śnieg i jeden nieuważny krok i można byłoby stracić życie. Dałam jednak radę, z czego byłam niesamowicie dumna.

Widoki wynagrodziły jednak każdy wysiłek. Było absolutnie cudownie.

W przeszłości wiele razy byłam w Tatrach, ale przyznam szczerze, że po tej wyprawie zakochałam się w nich na nowo. Na urodziny zażyczyłam więc sobie kolejny wyjazd w Tatry. Pojechaliśmy tą samą, sprawdzoną ekipą. Tym razem naszym celem był Grześ, Rakoń i Wołowiec. Niestety, na Grzesiu musieliśmy zakończyć wycieczkę, bo tak jak już Wam wspominałam w artykule „Sztuczna równowaga”, w czasie marszu do schroniska w Kościelisku wszystko było jeszcze w porządku, podchodząc na Grzesia pojawiło się lekkie kłucie, a na szczycie płakałam już z bólu. Naprawdę, nigdy wcześniej nie czułam tak silnego bólu, a naprawdę jestem w stanie wiele wytrzymać. Byłam bliska wezwania TOPR-u, bo nie byłam w stanie siedzieć, leżeć, ani chodzić. Nie chciałam jednak zostać bohaterką memów na profilu Tatromaniaków, zacisnęłam zęby i jakimś cudem zeszłam z Grzesia do schroniska. Po drodze pytałam wszystkie napotkane dziewczyny, czy nie mają może No-Spy, bo zjedzenie kilku tabletek przeciwbólowych nie przyniosło żadnego rezultatu. Na szczęście jedna miała, wzięłam więc od razu trzy tabletki i ból się zmniejszył na tyle, że doszłam do samochodu na Siwej Polanie. Strasznie mi było przykro, że tak zepsułam wszystkim plany (mieliśmy iść jeszcze dalej na Rakoń i Wołowiec), ale nie byłam w stanie. Mimo to przeszliśmy wtedy 25km i zrobiliśmy ponad 30 tys. kroków. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś dotrę na Wołowiec.

 

W lipcu i sierpniu, mimo moich ogromnych chęci, żeby pojechać w góry, niestety nie udało się. A to byliśmy na weselu, a to na urodzinach, a to chłopak był w pracy, albo ja miałam treningi personalne. Ciągnęło mnie bardzo, tym bardziej widząc na Facebook’u te wszystkie zdjęcia z wypraw na grupach Tatro- i Beskidomaniaków. Generalnie nie wiem, czy też to zauważyliście, ale coraz więcej ludzi chodzi po górach i nawet ostatnie wydarzenia na Kasprowym Wierchu nie zniechęciły ich do takiej formy aktywności. Mnie to osobiście cieszy, szczególnie, gdy widzę całe rodziny maszerujące pod górę. Niestety, na szlakach można spotkać też mnóstwo Grażyn i Januszy w klapkach, z piwem w ręce i zostawiających tonę śmieci w lesie. Gdy wracaliśmy z Zawratu z Morskiego Oka, serio, chciałam uciekać (chyba dlatego już prawie biegłam :D).

1 września spełniłam natomiast marzenie o zdobyciu Babiej Góry, na której nigdy wcześniej nie byłam.

View this post on Instagram

Spełniłam kolejne marzenie 😍 Wstyd się przyznać, że jako wieloletnia harcerka nigdy nie byłam na Babiej Górze 🙈 Dzisiaj nadrobiłam zaległości i stanęłam na szczycie. Z Przełęczy Krowiarek poszliśmy do schroniska w Markowych Szczawinach na kawę, a na szczyt wybraliśmy trasę Percią Akademików. Muszę przyznać, że 1 godz. 15 min. stromych schodów to było niezłe wyzwanie, ale widoki wynagradzały ten wysiłek. Poza tym od ostatniej wyprawy w Tatry w czerwcu po każdym treningu na siłowni chodzę na schodach i czułam dzisiaj większą moc i wydolność 💪Z powrotem szliśmy natomiast już przez Sokolicę. Ogólnie wyprawa bardzo udana, nogi mam z waty, ręce też po sobotnich skałkach, także czuję, że żyję 😂 Teraz czas zacząć przygotowania do wyprawy na dłuższy urlop 🚴‍♂️⛵ #babiagora #diablak #percakademikow #beskidy #beskidzywiecki #beskidomaniacy #trekking #trekkingpogorach #gory #mountains #landscape #nature #poland #polskajestpiekna #view #naszlaku #beskidymountains #travel #trip

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Tak, jak pisałam na Instagramie mimo, że podejście Percią Akademików było naprawdę wyzwaniem, czułam się dużo silniejsza, niż 2 miesiące wcześniej. Nie potrzebowałam tylu przerw, serce nie waliło mi, jak oszalałe. Moja wydolność zdecydowanie się poprawiła. Chodzenie po schodach po każdym treningu zrobiło różnicę. Nawet byłam trochę rozczarowana, kiedy zeszliśmy już na dół, bo spokojnie dałabym radę iść dalej. W sumie dłużej jechaliśmy do Zawoji i z powrotem, aniżeli chodziliśmy po górach. Ale było warto, widoki bezcenne! Na pewno będę tam chciała wrócić na wschód słońca. Widziałam zdjęcia na grupie Beskidomianiaków i jeśli jest pogoda, to widać nawet Tatry!

Jakie plany na ten rok? Na pewno za 2 tygodnie w weekend chciałabym pojechać w Tatry na Czerwone Wierchy. Kasprowy Wierch, Rysy i Tatry Słowackie zostawiam już na przyszły sezon. W pierwszy weekend października w ramach mojego prezentu urodzinowego jedziemy do SPA w Brennie, więc może w sobotę zrobimy sobie jakąś wycieczkę w góry. Czy uda się jeszcze gdzieś pojechać, to zależy od pogody. Co do zimowych wypraw, to biorąc pod uwagę, że jestem strasznym zmarzluchem, raczej odpadam. Mój chłopak jeździ jednak na nartach, więc myślę, że pewnie i ja spróbuję. W podstawówce byłam kilka razy z tatą na stoku, ale nikt nie uczył mnie nigdy techniki, więc musiałabym zacząć podstaw.

Wspinaczka

Dzięki mojemu chłopakowi spróbowałam również wspinaczki. Dwukrotnie byłam z nim i jego przyjaciółmi, którzy mają spore doświadczenie na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. W czasach harcerstwa moi znajomi jeździli na skałki, ale ja osobiście nigdy nie miałam jakoś okazji. Kilka razy wspinałam się jedynie na ściance w gimnazjum w ramach lekcji wychowania fizycznego, ale pamiętam, że jakoś szczególnie mi się to nie spodobało, bo mimo, że mogliśmy korzystać z niej również w czasie wolnym, wolałam inne formy aktywności.

Pod koniec marca byliśmy na skałkach w Rzędkowicach.

To były pierwsze ciepłe dni, więc praktycznie cały dzień spędziliśmy na świeżym powietrzu, opalając się na kocu. Spróbowałam również kilka razy wspinać się na najprostszych trasach i nawet udało mi się wejść na szczyt jednej z nich. To było niesamowite uczucie, nie mówiąc już o widokach. Czy się bałam? Nie, nie mam lęku wysokości, ale oczywiście mimo asekuracji, odczuwałam lekki strach. Siły w nogach mi nie brakowało, bardziej w rękach. Przez następny tydzień odczuwałam straszny ból w przedramionach, które jeszcze nigdy nie zaznały chyba tak dużego wysiłku. No i oczywiście cała byłam w siniakach, szczególnie na kolanach. W każdym razie wspinaczka bardzo mi się spodobała, bo było to coś innego, a i nowy bodziec dla mięśni.

Niestety, kolejny raz pojechaliśmy na Jurę dopiero w ostatni dzień sierpnia.

Wcześniej ciągle coś nam wypadało, albo nie było pogody. W każdym razie byliśmy na Lutowcu. Trasy tym razem były bardzo trudne, ale udało mi się wejść z pomocą mojego chłopaka na jedną z nich. Całe ręce, a przede wszystkim plecy bolały mnie jednak okrutnie przez kilka dni. Naprawdę musiałam na tych trasach wykazać się ogromną siłą i mimo, że zrobiłam tylko pięć, czy sześć podejść, to wróciłam do domu okrutnie zmęczona, ale szczęśliwa.

Dwukrotnie byliśmy też na ściankach wspinaczkowych. Raz w Bytomiu i raz w Gliwicach. Taka forma wspinaczka też mi się bardzo podobała. Do wyboru są trasy o różnej skali trudności, więc nie rzucałam się na głęboką wodę, tylko chodziłam po „trójkach” i „czwórkach” (to wyceny trudności danej trasy), na których dawałam sobie całkiem nieźle radę. Dzięki temu złapałam bakcyla i na pewno jesienią i zimą będziemy chodzić częściej. To fajna opcja na aktywnie spędzanie czasu. Ze znajomymi, ale i we dwójkę, bo nauczyłam się techniki asekuracji. Odpowiedzialność za życie i zdrowie drugiej osoby mnie nie paraliżuje, za to od patrzenia non stop w górę okrutnie bolała mnie szyja, szczególnie za pierwszy razem.

Jak tylko kiedyś będę miała przypływ gotówki, muszę sobie kupić tylko swoją uprząż i buty do wspinaczki. Adidasy się ślizgają, więc pożyczam buty od chłopaka na czas swojego wejścia.

Regeneracja

Zawsze powtarzam, że regeneracja to też trening, więc oczywiście nie zapominam o odpoczynku. Wiadomo, najważniejszy jest sen, ale minimum raz w tygodniu staram się również chodzić na saunę, jacuzzi i bicze wodne do rudzkiego parku wodnego.

View this post on Instagram

Zawsze powtarzam, że regeneracja jest tak samo ważna, jak trening i nie można być aktywnym 7 dni w tygodniu (zawodowy sport to inna bajka) 💪 Chociaż kusiła mnie dziś ścianka, wybrałam się na saunę i jacuzzi (plus zrobiłam 15 tyś. kroków, ale to codziennie) 😊 Fakt, po wczorajszym rowerze czuję się dobrze (bałam się trochę reakcji organizmu, bo po cięższym treningu często byłam od razu chora), ale po powrocie z uczelni dopadło mnie dziś ogólne zmęczenie po całym tygodniu aktywności i pracy 😎 Relax w @aquadrom.rudaslaska był więc najlepszym rozwiązaniem 😉 A Wy co dziś robiliście? #sauna #jacuzzi #aquadrom #rudaslaska #silesia #relax #regeneracja #regeneration #girl #woman #brunette #longhair #balance #harmony #wdrodzedorownowagi #diet #dietetyk #dietetitian #dietetics #nutrition #nutritionist #dietetitian #trenerpersonalny #personaltrainer #strenghtcoach

A post shared by Joanna Haśnik (@joannahasnik) on

Uwielbiam tzw. rytuały saunowe, z muzyką, olejkami eterycznymi i machaniem ręcznikiem lub wachlarzem przez saunamistrzów. Zaraz po nich wskakuję pod prysznic, a zaraz potem do niecki do z zimną wodą, a także okładam się lodem. Niesamowicie mnie to odpręża. Seanse odbywają się w saunie suchej, ale też i parowej, gdzie są połączone z peelingami całego ciała. To zdecydowanie moje ulubione rytuały. O tym, jak to dokładnie wygląda napiszę wkrótce odrębny artykuł.

Pomiędzy seansami saunowymi idę na basen, gdzie masuję głównie nogi i ramiona na biczach wodnych. Czasami relaksuję się również w jacuzzi. Pływać nie pływam, bo mam fatalną technikę, a i pływam w okularach, bo inaczej nic bym nie widziała. Tym samym boję się zanurzyć głowę pod wodę. Pływanie jest więc dla mnie okrutnie męczące, a i nie lubię go na tyle, aby inwestować w okulary korekcyjne na basen.

Oczywiście, zdarzają mi się czasem dni, że zrobię tylko 10 tys. kroków i pójdę na saunę i jacuzzi. Albo przeleżę dzień na kanapie. To jednak naprawdę rzadkość. Lubię swoje aktywne życie, tym bardziej teraz w dwójkę. Co więcej, ostatnio przeszło mi przez myśl, że może… zaczęłabym biegać. Serio. Naprawdę szczerze nie znosiłam nigdy biegania, ale jakoś tak ostatnio poczułam chęć. Może nie do jakiś długich dystansów, ale 5-10km plus sprinty na okolicznym stadionie. Myślę, że przydałby mi się nowy bodziec dla mięśni. Jeśli tylko pogoda dopisze, to postaram się w najbliższych dniach podjąć rękawice i zobaczyć, jak zareaguje mój organizm. Nie chcę mu fundować jakiś większych stresów, bo dopiero co wracam do równowagi po huśtawce emocjonalnej związanej z terapią i kolejnym nowotworem wśród moich najbliższych, więc na początek jakieś 30 minut truchtu, czy marszobiegu mi wystarczy. Zobaczymy. Na pewno zdam relację na Instagramie, więc zapraszam do śledzenia.

Oczywiście, spalając przykładowo w dniu z treningiem siłowym około 800-900kcal i nie chcąc redukować wagi muszę odpowiednio jeść. Inaczej nie miałabym siły na tak aktywne życie. Biorąc pod uwagę, że moja Podstawowa Przemiana Materii wynosi ok. 1400kcal, jem więc teraz około 2200-2300kcal, czasem w takie dni w 55km na rowerze nawet i więcej, albo około 1800kcal, gdy tylko chodzę pieszo i relaksuje się na saunie. Jeśli będziecie zainteresowani, napiszę odrębny post o tym, jak wygląda moje obecne odżywianie. A na razie uciekam wykorzystać ciepły weekend!

3 myśli w temacie “Moje aktywne życie”

  1. Witaj,
    Masz bardzo fajny tryb życia, większość z nas może niestety tylko zazdrościć siedząc w pracy przy biurku po 8-9 h dziennie ;-)
    Czytam Twojego bloga prawie od początku jego istnienia i bardzo się cieszę że tak ładnie Ci się poukładało.
    Chciałam się odnieść do wyjazdu rowerowego z sakwami. Taka wysportowana osoba jak Ty zupełnie nie powinna się tego obawiać :-) My, korpoludki, dajemy radę raz w roku wybrać się na tygodniową wycieczkę z namiotem i uwielbiamy te wypady. Jedzie się tylko odrobinę ciężej, za to wolność i bliski kontakt z przyrodą są nieocenione :-) Bylismy tak już na Węgrzech, w Niemczech, Szwajcarii i Włoszech. Super sprawa, polecam :-)
    Pozdrawiam i życzę Ci jeszcze więcej szczęścia!

  2. Jestem pod wrażeniem ilości aktywności! Czytam Twojego bloga regularnie i .. dajesz nadzieję i wiarę, że można mimo określonych jednostek chorobowych, czuć się dobrze oraz być zwyczajnie aktywnym.

    1. Zastanawia mnie tylko, jak być aktywnym, gdy ma się pracę siedzącą i nie zawsze jest to „tylko” 8h. W wolny weekend aktywność pojawia się naturalnie, ale w tygodniu .. jest zwyczajnie ciężej wplatać ją w codzienne obowiązki.
    Jak wtedy jeść by utrzymać wagę i nie tyć ?
    Może pomyślisz o takim wpisie ? :)

    2.. Powiedz proszę czy przy takiej aktywności nie miałaś problemów z zatrzymywaniem wody w organizmie, opuchlizną tudzież zwyczajnym tyciem ?

    Ja chyba jestem tym przypadkiem gdzie wszystko działa na odwrót .. a moje próby dodania większej liczby aktywności i treningu siłowego skończyły się – dodatkowymi kilogramami.

    Napisz o obecnym odżywianiu :)

    Pozdrawiam!

    1. Dziękuję za miłe słowa :) Odpowiadając na pytania. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy ma taki „komfort” pracy i że w sumie ta aktywność to po części moja praca. Choć, jak pracowałam na etacie to na siłowni byłam codziennie, ale nie miałam rodziny i mogłam sobie na to czasowo pozwolić. Jeśli nie masz takiej możliwości i są dni, że niewiele się ruszasz to wówczas najważniejsza jest dieta i utrzymanie zerowego bilansu kalorycznego dla zapotrzebowania w danym dniu. Jak będę pisać o swojej obecnej diecie i jej kaloryczności, to wspomnę o tym, bo i u mnie takie dni się zdarzają. Co to zatrzymywania wody, to miałam z tym w przeszłości duży problem, stąd przez długi czas bałam się tak intensywnej aktywności, jak teraz. Cały czas więc tak naprawdę testuję swój organizm. „Odpukać” nie jest najgorzej. A na wadze po prostu po ciężkich treningach nie staje, bo na pewno będzie więcej, więc po co się stresować :) Ważę się tylko po dniu wolnym i w 1. fazie cyklu :D A co do Ciebie, to trzeba znaleźć swój złoty środek. Sama wiem, że dopiero, gdy wyregulowałam wszystkie kwestie zdrowotne to mogę sobie pozwolić na więcej. O diecie na pewno napiszę :) Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s