Gabriel Nowak, czyli życie łamie najsilniejszych, rzucając ich na kolana

Nie ukrywam, że często w moim życiu pojawiają się chwile załamania. Z różnych prywatnych powodów. Czasem od poddania się dzieli mnie krok. Kiedy stoję nad przepaścią, myślę o takich ludziach, jak Gabriel Nowak, który obecnie po raz czwarty przechodzi rehabilitację po zerwaniu więzadeł w kolanie. Upada i wstaje. Nie brakuje mu nadziei. Co więcej, nadal chce wrócić na boisko. Bo kocha to, co robi. Skoro on potrafi, to ja też…

Myślę, że Gabi może być motywacją nie tylko dla mnie. Stąd też pomysł na wywiad, do lektury którego zapraszam serdecznie.

***
Gabriel Nowak – 28-letni piłkarz, grający na pozycji pomocnika. Wychowanek Energetyka ROW Rybnik. W latach 2008-2010 występował w GKS-ie Katowice. Wiosną 2011 roku trafił do Górnika Zabrze. Po dobrej rundzie przytrafiła mu się kontuzja – zerwanie więzadeł w kolanie. Obecnie przechodzi rehabilitację już po czwartym tego typu urazie. W czerwcu skończył mu się kontrakt z Górnikiem. Nadal chce wrócić jednak na boisko.
Dlaczego właśnie piłka?
– Jak każdy mały chłopiec kopałem sobie podwórku. Siłą rzeczy później zapisałem się do klubu piłkarskiego. Za dużego wyboru zresztą nie miałem. Kiedy byłem mały, inne dyscypliny nie były tak popularne i łatwo dostępne dla przeciętnego dzieciaka. Na przykład tenis ziemny. Teraz czasami sobie myślę, że gdybym mógł cofnąć czas i wybrać jeszcze raz, to może postawiłbym właśnie na tenis. Od paru lat uprawiam ten sport rekreacyjnie i bardzo mi się spodobał.

W tym wypadku dobrze, że nie możemy cofnąć czasu.
– Nie żałuję. Piłka to jest to, co kocham, co zawsze chciałem robić. Z jednej strony pasja, a z drugiej coś, z czego mogę się utrzymać. Zawsze czułem bowiem, że coś mi się uda osiągnąć w futbolu. Wierzyłem w swoje umiejętności.

Nie było żadnych chwil zwątpienia?
– Nie. Nie zmagałem się praktycznie z żadnymi kontuzjami, jedynie z jakimiś drobnymi urazami, jak podkręcenie stawu skokowego za czasów gry w Energetyku ROW Rybnik. Wszystko szło w dobrym kierunku.

Trafiłeś do 1. ligowego GKS-u Katowice.
– Te dwa i pół roku w Gieksie to był dla mnie wyjątkowy czas tym bardziej, że kibicowałem temu klubowi odkąd pamiętam. Śledziłem na bieżąco wszystkie jego wyniki. To było naprawdę wspaniałe uczucie móc założyć koszulkę swojej ukochanej drużyny. Do dzisiaj pamiętam ten moment. Tę dumę, kiedy wychodziłem na pierwszy trening.

Podobne uczucia towarzyszyły Ci po przejściu do Górnika?
– Jak wiadomo, jestem z Rybnika, który kibicuje właśnie biało-niebiesko-czerwonym. Sporo moich kolegów jeździło i nadal jeździ na mecze na Roosevelta. Kiedy tylko dowiedzieli się, że będę grał w Zabrzu, gratulowali mi i życzyli powodzenia. Cieszyli się, że ich kolega z podwórka będzie reprezentował barwy ich ukochanego klubu. Przejście do Górnika to był mój ogromny sukces. Jak każdy zawodnik, marzyłem o grze w Ekstraklasie.

DSC_0017
Gabriel i Marcin Wodecki w Berlinie przed wylotem na zgrupowanie do Turcji.

I udało się to marzenie spełnić.
– Oglądałem wcześniej mecze Ekstraklasy w telewizji, a tu nagle przyszło mi samemu zagrać z herbem Górnika na piersi. Zadebiutowałem w meczu z Cracovią w kwietniu 2011 roku. Zagrałem w kilkunastu spotkaniach w rundzie wiosennej. Pamiętam taki moment w trakcie meczu z Wisłą z Krakowie. Była przerwa w grze, a ja stanąłem na środku boiska, rozejrzałem się po stadionie i powiedziałem sobie w duchu: „To jest niemożliwe, że ja tu naprawdę jestem”. Byłem bardzo szczęśliwy.

Szczęście nie trwało długo. Latem zespół wyjechał na zgrupowanie w Słowenii, z którego musiałeś wrócić wcześniej z powodu urazu.
– Wtedy zaczęły się wszystkie moje problemy zdrowotne. Nie wiedziałem jeszcze, co mnie czeka. Ba, nie wiedziałem nawet dokładnie, co to są więzadła krzyżowe i jak długa czeka mnie przerwa. Nie było więc jeszcze żadnego zwątpienia. Po prostu powiedziałem sobie, że kontuzje się zdarzają i że po prostu wrócę silniejszy. Zresztą zawsze tak sobie to wszystko tłumaczyłem. Nakręcałem się pozytywnie, co zaszczepił we mnie z pewnością trener Adam Nawałka.

Na początku 2012 roku uraz odnowił się. Do ostatniej chwili łudziłeś się, że to nie zerwanie, czy już wiedziałeś, że to właśnie to i byłeś przygotowany?
– Za drugim razem najgorsze było to, że nawet nie zdążyłem powąchać boiska, nie mówiąc o zagraniu w meczu. Ale stało się. Początkowo myślałem, że to nic poważnego. Fizjoterapeuci mówili zresztą, że więzadło na pewno jest całe, ale dla pewności trzeba zrobić rezonans. Doktor Kwiatkowski, lekarz Górnika po obejrzeniu wyników był zaniepokojony. Wysłał mnie do lekarza, który operował mnie wcześniej, a ten jednoznacznie stwierdził, że będzie potrzebny kolejny zabieg.

Miałeś wsparcie ze strony sztabu?
– Jak najbardziej. Szczególnie Jarek Tkocz często dzwonił i pytał, jak się czuję, dzięki czemu wiedziałem, że nie zostałem z tym wszystkim sam. Musiałem kolejny raz rozpocząć żmudną rehabilitację. Sytuacja była o tyle gorsza dla mojej psychiki, że wiedziałem już, ile wysiłku to kosztuje. Musiałem wszystko powtarzać od nowa. Od zera. Napędzała mnie jednak myśl o powrocie i chęci grania w Ekstraklasie. Przecież tyle lat walczyłem o to, by spełnić swoje marzenia. Nie mogłem się więc tak łatwo poddać i zrezygnować…

A jak zareagowali koledzy?
– Pamiętam, że jak przyszedłem do szatni, mając już diagnozę w kieszeni, to Michał Pazdan zapytał mnie, co i jak. Odpowiedziałem, że to zerwanie więzadła, a on na to: – Jak Ty dajesz radę? Pierwsze co bym zrobił to bym się chyba … upił, mówiąc delikatnie.

Straciłeś cały rok 2012, ale tym razem udało się wrócić na boisko.
– Przepracowałem zimowy okres przygotowawczy. Byłem na obozie w Grodzisku i w Turcji. Ostatecznie trafiłem na wypożyczenie do Rozwoju Katowice. Dokładnie pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy wszedłem na boisko. To była 82 minuta meczu z KS Polkowice. 12 sekund później strzeliłem gola. W kolejnym meczu z Jarotą Jarocin również strzeliłem gola. To była dla mnie najlepsza nagroda za ten trudny czas. Całkiem inaczej już wtedy podchodziłem do tego wszystkiego, do treningu, do spotkań ligowych. Kontuzje uczą pokory. Dużo bardziej szanuje się to, co się robi.

Wydawało się, że wszystko jest już na dobrej drodze. Wtedy to strzeliło więzadło w lewym kolanie. Nie wierzę, że zwątpienie wtedy się już nie pojawiło.
– Najgorsze były pierwsze trzy, cztery dni. Pytałem siebie, dlaczego właśnie ja. Ale z czasem doszedłem do wniosku, że nie mogę się przecież użalać nad sobą, że nie mogę płakać, bo to nic nie da. Czasu się nie cofnie. Trzeba więc było wziąć się do roboty i na rehabilitacji dawać z siebie wszystko.

DSC_0245
Trening w Turcji. Z Bartkiem Iwanem i Tomkiem Zahorskim.

Schowałeś się przed ludźmi?
– Starałem się nie izolować. Nie ukrywam jednak, że to męczące, kiedy spotykałem się ze znajomymi i wszyscy pytali, co się stało. W pewnym momencie miałem już wyuczoną na pamięć odpowiedź. Taką regułkę. Na odczepne.

Wyżywałeś się na bliskich?
– Myślę, że dało się ze mną jakoś wytrzymać (śmiech – przyp.red.). Rodzina bardzo mnie wspierała, ale co do odreagowywania, to więcej na pewno mogłaby w tym temacie powiedzieć moja żona. Często mówiła mi jednak, że się zastanawia, jak ja to wszystko wytrzymuję i daję sobie radę. Zresztą od wielu znajomych słyszę, że podziwiają mnie za to, że jestem wytrwały i że w ogóle mi się jeszcze chce po tym wszystkim.

Kontuzje stały się w domu tematem tabu?
– Bardzo często poruszaliśmy w rodzinie temat moich kontuzji. Szukaliśmy przyczyn. Z czasem stało się to jednak tak męczące, że na spotkaniach od razu mówiłem, że rozmawiamy o wszystkim, ale nie o moich urazach.

Bliscy namawiali Cię, żeby dać sobie spokój? Poszukać jakiejś „normalnej” pracy?
– Po trzeciej kontuzji taki temat faktycznie się pojawił. Nie dopuszczałem jednak w ogóle takiej myśli.

Ale miałeś takie momenty, że nie mogłeś patrzeć nawet na piłkę?
– Nie. Na palcach jednej ręki mogę policzyć mecze Górnika, których nie widziałem przez ten czas. Chociaż muszę przyznać, że to nie były łatwe dla mnie chwile. Chłopaki dobrze grali, cieszyli się ze zwycięstw, a ja nie mogłem brać w tym udziału. Żałuję, że nie przeżyłem wspólnie z zespołem tylu fajnych chwil, czy to na boisku, czy to w szatni. Wiele mnie ominęło. Jak już byłem w stanie normalnie się poruszać, to przechodziłem do szatni przy okazji meczów, przed i po, żeby chociaż poczuć trochę jej atmosferę.

Z którymi z chłopaków utrzymywałeś stały kontakt?
– Cały czas jestem w kontakcie z Wojtkiem Łuczakiem, Marcinem Wodeckim, Mariuszem Magierą, z którym przez dłuższy czas wspólnie się rehabilitowałem, a także z kolegami z GKS-u Katowice, chociażby z Grzesiem Goncerzem, który również bardzo mnie wspierał. W końcu sam wiele przeszedł i powtarzał mi, że muszę po prostu być cierpliwy, a życie mi to kiedyś wynagrodzi.

DSC_0631
Obóz w Grodzisku Wielkopolskim. Z Marcinem Wodeckim.

Co dawało ci siłę, aby codziennie rano wstać z łóżka?
– Napędzała mnie myśl, że w końcu przyjdzie ten moment, że znowu zagram w Ekstraklasie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie będzie mi to dane.

Wszystkie dni musiały wyglądać tak samo.
– Najpierw przez dwa tygodnie ćwiczyłem w domu, realizując plan przygotowany przez rehabilitanta. Później jeździłem dwa razy w tygodniu do Centrum Fizjoterapii „Fizjofit” w Gliwicach. W kolejnym etapie trzy razy, by ostatecznie wrócić do normalnego treningu, nawet po dwa razy dziennie. Jedynie po drugiej operacji mieszkałem przez dwa i pół miesiąca w Łodzi, gdzie przeszedłem operację i miałem zapewnioną rehabilitację.

Za każdym razem wszystko przebiegało tak samo? Wiedziałeś już co po kolei masz robić?
– Tak samo bez żadnych komplikacji. Mój rehabilitant z Centrum Fizjoterapii „Fizjofit” Michał Klich śmiał się nawet, że goi się wszystko na mnie, jak na psie. Szkoda, że tak to się potem wszystko kończyło.

Można powiedzieć, że jesteś teraz specjalistą.
– Faktycznie, nie potrzebowałbym już teraz profesjonalnej rehabilitacji, bo znam już wszystko na pamięć, co mam robić.

Współpracowałeś z psychologiem, myślałeś o tym?
– Był taki moment, że zastanawiałem się nad tym. Koledzy mówili, że podobno takie sesje są bardzo pomocne, ale jakoś nigdy się nie zdecydowałem.

Jesteś wierzący?
– I praktykujący. Wiara na pewno miała duży wpływ na moje podejście do tej całej sytuacji. Mówiłem sobie, że ktoś tam na górze ułożył dla mnie taki, a nie inny scenariusz i muszę się z tym pogodzić. Po którejś kontuzji miałem jednak pewien okres zwątpienia, czy aby na pewno, ktoś nade mną czuwa, bo ile można. Wtedy jednak odpowiadałem sobie, że inni mają gorzej i „jechałem” dalej.

Jak wykorzystywałeś czas wolny od rehabilitacji?
– Robiłem dodatkowe treningi. Chodziłem na basen, na rower. Częściej spotykałem się ze znajomymi, odwiedzałem rodzinę, miałem więcej czasu dla żony. Chociaż były momenty, że nie wiedziałem, co już mam ze sobą zrobić. Zapisałem się więc na kurs języka angielskiego i uczyłem się.

DSC_0318
Po treningu w tureckim Side.

Zimą tego roku wróciłeś do gry w rezerwach. Miałeś nadzieję, to już ostatni powrót?
– Byłem pewny, że z kontuzjami już koniec i będzie tylko lepiej. Kiedy pierwszy zespół wrócił z obozów, wznowiłem z nim treningi. Odżyłem psychicznie. Adam Danch również wracał do formy po zerwaniu więzadła, więc było mi tym łatwiej. Razem zawsze raźniej, a mieliśmy naprawdę ciężkie indywidualne treningi z trenerem przygotowania motorycznego. Po takich zajęciach czułem jednak, że znowu żyję. Czułem, że wykonałem kawał dobrej roboty.

Jak na nowo odnalazłeś się w szatni?
– Wiadomo, było sporo nowych zawodników, z którymi nie grałem, którzy mnie nie pamiętali. Nie miałem jednak żadnych problemów z aklimatyzacją.

Zagrałeś w kilku spotkaniach rezerw. Na boisku dawałeś z siebie wszystko, czy raczej byłeś ostrożny i obawiałeś się kolejnej kontuzji?
– Wiadomo, że z tyłu głowy pojawił się lekki strach, ale to była kwestia czasu i przełamania się jednym, czy drugim ostrzejszym wejściem. Udało mi się to już na treningach, więc w meczach rezerw dawałem z siebie 100 procent. W ferworze walki zapominałem o strachu przed kolejną kontuzją.

Media przypomniały sobie o tobie. Denerwowało cię, że zawsze pytano cię o kontuzje? Że to już zawsze będzie się za tobą ciągnęło?
– Wiadomo, że wolałbym rozmawiać o czymś innym, aniżeli tylko o moich kontuzjach, ale siłą rzeczy takie pytania musiały padać. Zdążyłem się więc już uodpornić.

Do 54 minuty meczu z Rekordem Bielsko-Biała.
– W czerwcu kończył mi się kontrakt z Górnikiem. Za wszelką cenę chciałem pokazać, że mimo trzykrotnie zerwanych więzadeł stać mnie jeszcze na grę na wysokim poziomie. Walczyłem o swój byt, przedłużenie umowy. Rozmawiałem nawet z Robertem Warzychą, który zapewnił mnie, że chciałby zobaczyć mnie na boisku w pierwszym zespole. Niestety, los chciał inaczej.

Znowu zerwałeś więzadła.
– Tym razem byłem bardzo podłamany. Nie mogłem uwierzyć, że kolejny raz stało się to samo, że cała moja praca poszła znowu na marne. Pierwsza myśl – kończę z piłką. Wszystko straciło dla mnie sens. Ciągle tylko pytałem siebie, dlaczego ja. Zastanawiałem się, co zrobiłem nie tak, ale nie potrafiłem znaleźć racjonalnego wytłumaczenia. Przecież tak ciężko pracowałem, tak bardzo wierzyłem, że tym razem się uda. Okres po ostatniej kontuzji był dla mnie chyba najgorszy ze wszystkich. Byłem załamany. Co więcej, diagnoza nie była jednoznaczna. Jedne badanie wykazywało, że więzadło jest całe, kolejne – że zerwane. Chwila nadziei i znowu rozczarowanie. Ostatecznie okazało się, że to nie zerwanie, ale uszkodzenie. Rekonstrukcja była jednak konieczna.

Od operacji minęło już ponad 2 miesiące.
– Zdążyłem się więc pogodzić z myślą, że kolejny raz będę musiał zaczynać wszystko od nowa. Będę musiał wspiąć się na wyżyny. Wziąć się w garść i dać radę. Nie mam innego wyjścia.

Będziesz próbował wrócić jeszcze raz?
– Oczywiście, ale na razie podchodzę do tego bardzo spokojnie. Mam czas.

DSC_0431
Zwycięski zespół w gierce wewnętrznej na zgrupowaniu w Grodzisku. Gabi trzeci od lewej.

Myślisz o jakimś planie B?
– Zastanawiam się nad tym. Może gdyby pojawiła się propozycja pracy z dzieciakami, spróbowałbym. Najpierw musiałbym jednak ukończyć kurs, bo mam tylko papiery instruktorskie. Zresztą, zobaczymy, co z tego będzie. Na razie chciałbym wrócić do piłki, pograć w niższej lidze. W końcu nie jestem jeszcze taki stary.

Górnik nie przedłużył z tobą umowy. Byłeś rozczarowany, czy spodziewałeś się takiego obrotu sprawy?
– Nie byłem zdziwiony, bo pewnie postąpiłbym tak samo. Muszę jednak podkreślić, że rozmawiałem z Zarządem i miałem zapewnienie, że gdyby więzadło było całe, to mógłbym dalej trenować w rezerwach.

Podsumowując, czego nauczyło cię te kilka ostatnich lat? Czego dowiedziałeś się o sobie?
– Przede wszystkim spokorniałem. Chociaż Ci co mnie znają, wiedzą, że zawsze taki byłem. Poza tym nauczyłem się wytrwałości w tym, co się robi. Stałem się mocniejszy psychicznie. Wiem, że żadne niepowodzenia nie są w stanie mnie już złamać. Nawet jeśli nie wygrałem z kontuzjami, to wiem, że wygrałem z samym sobą. W końcu nigdy się nie poddałem. Walczyłem, więc jestem zwycięzcą. Nawet teraz, po czwartek kontuzji mam siłę, by dalej walczyć i wrócić na boisko.

Podziwiam Cię za to.
– Dziękuję. Już kilka osób mówiło mi, że podziwia mnie za upór i takie słowa jeszcze bardziej mobilizują mnie do treningu i udowodnienia, że jak się chce, to można wszystko.

Możesz być wzorem.
– Nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby ktoś powiedział, że moja postawa mu pomogła, ale przypuszczam, że jeśli ktoś słyszał moją historię i akurat również zmagał się z kontuzją, to powiedział sobie, że skoro Gabi dał radę, to on też da. Ja tak miałem. Wiedziałem przykładowo, że Dawid Plizga również miał 3-krotnie zerwane więzadła, a mimo to gra dalej. To dodawało mi sił.

Co mógłbyś powiedzieć osobom, które tak, jak Ty mają w życiu pod górkę.
– Nie chciałbym być tutaj jakimś mentorem, ale jedno jest pewne. Jeśli coś się bardzo kocha, ma się pasję, a bez niej człowiek jest przecież uboższy wewnętrznie, to trzeba walczyć. Ten, który walczy, może przegrać, ale ten, który nie walczy już przegrał. W czasie kontuzji często szukałem motywacji i znalazłem wtedy takie oto zdanie: Życie łamie najsilniejszych, rzucając ich na kolana, żeby udowodnić im, że mogą wstać. Słabych nie rusza, ponieważ oni i tak spędzają życie na kolanach. Tak sobie tłumaczę, to wszystko co się dzieje…

*******************
Zdjęcia wykorzystane w artykule zostały wykonane przeze mnie w styczniu i lutym 2013 roku na zgrupowaniu Górnika w Grodzisku Wielkopolskim i Turcji.

Reklamy

One thought on “Gabriel Nowak, czyli życie łamie najsilniejszych, rzucając ich na kolana

  1. Pingback: Tym razem się uda! | JOANNA HAŚNIK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s